Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-05-2012, 16:50   #1
 
Issander's Avatar
 
Reputacja: 34 Issander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodze
Ostatni Bastion: Przygoda na Północy.

Gdzieś na południu...

Julian Aperagus przyglądał się załadunkowi. Kohorty z Armii Pająka oraz Armii Orła sprawnie i w dyscyplinie okrętowały się na przydzielone im galery. Flotę mieli osłaniac żołnierze marynarki na swoich większych, wyposażonych w działa galeasach, jednak Julian doskonale wiedział, że państwa północy nie odważą się zaatakować dwustu okrętów w jednej, decydującej bitwie. W przypadku wygranej, Cesartwo mogłoby z pewnymi problemami ściągnąć jeszcze dwa razy tyle statków z Flot: Zachodniej i Południowej, zaś w przypadku przegranej państwa północy straciłyby zdolność operowania na morzu... Nie, kapitan znacznie bardziej obawiał się sztormów. Wyruszali w trakcie okresu silnych, chłodnych wiatrów od strony kontynentu, zwiastujących nadejście zimy - to miało im pomóc szybko uderzyć z zaskoczenia, jednak równie dobrze mogło zapędzić ich w sam środek cyklonu. Dworscy magicy twierdzili, że podróż będzie bezpieczna, ale kto by tam wierzył szarlatanom...

Julian wiózł kiedyś maga "ze specjalną misją". Czarodziej kazał im wyruszyć w złą pogodę ze względu na pośpiech, obiecując, że statek przetrwa - i owszem, udało się, jednak w sztormie stracił sześciu doświadczonych marynarzy oraz przedni maszt.

Spojrzał jeszcze raz na dziesiątki tysiący żołnierzy - ze skały górującej nad portem wyglądali niczym mrówki, równie jak one zorganizowani. Armia. Chluba Cesarstwa, owoc ciągłej, milytarystycznej tradycji i wieloletnich, rygorystycznych treningów. Ilu z nich wróci do domów? Ile matek będzie szlochać nocami? Był już na tyle stary i doświadczony, że mógł pozwolić sobie na takie myśli. Jednak większość z ludzi w dole myślała tylko o tym, jak wiele szuj z północy uda im się powalić i jak wiele łupów przywieźć do domu. Julian doskonale orientował się, że na północy żyją tacy sami ludzie, jak w Cesarstwie, tak samo będą bronić swoich domów, jak i on by to czynił... Jednak wiedział, że żołnierze nie powinni tak myśleć. I bardzo dobrze, że tak nie robili.

Pierwsze statki odbijały od brzegu, zapełnione ludźmi i zapasami, by na redzie powoli ustawiać się w szyku, czekając na resztę. Czas nadszedł, by zejść na pokład i objąć dowodzenie nad klejnotem Cesarstwa.

Biada królestwom północy.


Tymczasem na dworze króla Piotra II...

- Więc to już pewne, tak?
- Tak, panie. - Powiedział beznamiętnie mistrz szpiegów, po czym kontynuował - Wojska Cesarstwa ruszyły ze swoich pozycji na wybrzeżu Wielkiej Zatoki i przekroczyły rzekę Vis. Nie wracają statki kupieckie, co prawdopodobnie oznacza, że cesarscy starają się utrzymać w tajemnicy fakt zbierania floty. Wojna na południowym półwyspie - choć trwała już od dawna przy pomocy marionetkowych państewek i najemników - wybuchła z pełną otwartością.
- Co na to Visyjczycy?
- Masz na myśli, panie, Górne i Zachodnie Vis? Dolne Vis podporządkowało się Cesarstwu i prawdopodobnie przepuściło żołnierzy mostami. Górne Vis jest podzielone - obecnie rządzi tam dziecko, a właściwie procesarska rada regencyjna, jednak silna opozycja prawdopodobnie stworzy partyzantkę. Zachodnie Vis jest silne i przygotowane do wojny, ale niewielkie, panie, i wyniszczone poprzednimi wojnami. Bez pomocy szybko upadnie, a wtedy już tylko rzeki Pilta i Wielka Kuash będą bronić dostępu samego serca naszej krainy, choć oczywiście jako pierwsze ucierpią inne kraje, a nie my.
- O ile wróg nie uderzy od strony morza.
- Jesteśmy na to gotowi, panie...
- Nie wątpię, że jesteśmy.
Zapadła cisza. Po chwili król zaczął:
- Dobrze, wszyscy wiemy, że tej wojny nie wygramy ani szybko, ani łatwo. Jednak musimy ją wygrać, inaczej wszyscy tutaj obecni skończymy na palach, a Betania stanie się jedynie kolejną prowincja Cesarstwa. Nie możemy na to pozwolić. Jeżeli stworzony przez nas Sojusz nie zawiedzie... A nie może zawieść... Powinno nam się udać. Co, powtarzam, nie znaczy, że będzie łatwo. Musimy wykorzystać wszystkie możliwe chwyty. Czy ktokolwiek ma jakiś pomysł?
- Panie, moim zdaniem powinniśmy szybko uderzyć na...
- Po naradzie udamy się na spotkanie z generałami, ambasadorami i dowódcami armii, by ustalić strategie. Na razie pytam o co innego...
- A może... Ostatni Bastion, panie? - Rzucił skarbnik.
- Co sugerujesz?
- Zarządźmy rekrutację. Trzy, może nawet pięć tysięcy żołnierzy...
Tym razem przerwał mu mistrz szpiegów.
- Czy wiesz, ile żołnierzy znajduje się w ostatnim bastionie?
- Nie...
- Trzystu. Do tego około dwustu gwardzistów podlegających gubernatorowi. Jak sądzisz, w jaki sposób upilnują oni pięć tysięcy rekrutów? Czy słyszałeś, co mówią o mieszkańcach Bastionu? To twardzi ludzie. Od dawna domagają się utworzenia kolejnego vicekrólestwa, o takim samym statusie jaki posiada Fistia. Nadal uważasz swój pomysł za dobry?
- Możemy... Możemy przecież zgodzić się na ich warunki. - Spróbował czternastoletni następca tronu. - To sytacja wyjątkowa i w ogóle. Przecież tak samo było z Fistią...
Teraz to skarbnik postanowił wyjaśnić problem.
- Czy wiesz, książę, jakie są bogactwa naturalne Fistii?
- Hm... Zboża... Kakao, przyprawy, tak? Fistia ma bogate gleby, prawda?
- Tak - westchnął skarbnik - Bogate ziemie, które dają bogate plony, które później odkupujemy za pół darmo, bo przy nadaniu Fistii statusu vicekrólestwa warunkiem były obowiązujące dziewięćdziesiąt dziewięć lat odpowiednie umowy. Czy natomiast wiesz, jakie są bogactwa Bastionu?
- Jasne. Srebro, każdy to wie.
- I...? Co się stanie ze srebrem, jeżeli uczynimy Bastion niepodległym, choć zależnym vicekrólestwem? Nadal będzie nasze?
Znowu zapadła cisza.
- Zabierzmy kopalnie. - Stwierdził wreszcie książe.
- Co?
- Przecież to proste. Dajmy im wolność, ale zabierzmy kopalnie.


A na północy...

Niczego nieświadomi podróżnicy zebrali się na Placu Bram, który pełnił rolę zarówno targowiska, jak i miejsca odpraw dla karawan. W ostatnie dni lata nie było tu dużo osób. Niewiele osób potrzebowało narzędzi czy nowych ubrań, zaś nieliczne stragany z żywnością sprzedawały jedynie resztki letnich plonów.

Kiedy już wrócimy, pomyślał Mirkan Stonehead, szef karawany, nie będzie można się przecisnąć do wychodka. Niedługo zacznie się handel jesiennymi plonami: wielkimi ziemniakami i jabłkami, a także alkoholem, przetworami, zapasami mąki, orzechami, świecami, ciepłymi ubraniami... Wszystkim tym, co pozwoli mieszkańcom Silverytown przetrwać zimę.

Tymczasem wśród chętnych do dołączenia do karawany zebrał się spory tłumek. Nic dziwnego, stwierdził Mirkan, przełęcze stają się nieprzejezdne już w połowie jesieni, a ta nigdy nie jest długa. Tymczasem pora wytłumaczyć im zasady...

- Chcecie z nami podróżować, tak? To słuchajcie, czego się macie trzymać! Jeżeli ktoś zaatakuje karawanę, albo złamie się oś, to pomagacie, a jeżeli to wy zasłabniecie, lub będziecie potrzebowali pomocy, to ją dostaniecie! Jeżeli jednak po prostu chcecie jechać na wozie, musicie zapłacić! My pomagamy wam, a wy nam, a za resztę należy się srebro! Czy to jasne?

Mirkan spojrzał po ich twarzach. Chyba zrozumieli. Jeżeli nie, będzie im musiał to wytłumaczyć w inny sposób, ale na to przyjdzie czas. Wśród czekających był też mag i ten widok zdecydowanie go niepokoił. Na północy zdarzali się magowie, ale tylko przejazdem - nie było tu żadnego rezydującego czarodzieja. Zwykle pojawienie się jakiegoś zwiastowało kłopoty. Czy tak będzie i tym razem? Mirkan nie wiedział. Jednak bardzo przemawiał do niego brzdęk srebrnej sakiewki, jaka szybko wpadła mu w dłonie. Taki staruszek nie będzie przecież podróżował na piechotę, prawda?

Chłopcy pakowali jeszcze ostatnie skrzynki na wozy. Ośmiu ludzi - kusznicy i woźnicy, po jednym na wóz, stali w zbitej grupce i wymieniali między sobą jakieś sprośne żarty. Po chwili wszystko było gotowe.

- Ruszamy, panowie! - a przynajmniej miał nadzieję, że wszyscy "pasażerowie" są jednej płci, choć miał wątpliwości co do jednej osoby. Szata z kapturem nie pozwalała mu jednoznacznie tego stwierdzić, bo choć rozmiarami przypominała mężczyznę, coś w nim twierdziło, że jednak ma do czynienia z kobietą. - Przed zmierzchem powinniśmy dotrzeć do Littlewall.
- Czy to jakieś miasto? - spytał mag.
- Tak, o ile te pokurcze potrafią budować miasta - zarechotał - ale w jednej rzeczy są dobre - whiskey. Panowie, normalnie nie robimy postoju w Littlewall, jednak dzisiaj wypadają Spusty!

Ci, którzy słyszeli już o niziołczej whiskey, uśmiechnęli się pod nosem. Jednak w niczym nie dorównywało to radości pracowników karawany, którzy doskonale orientowali się, na czym polega święto Spustów... Reszta miała się o tym przekonać już niebawem.
 

Ostatnio edytowane przez Issander : 03-05-2012 o 20:24.
Issander jest offline  
Stary 04-05-2012, 20:18   #2
 
Saverock's Avatar
 
Reputacja: 195 Saverock ma w sobie cośSaverock ma w sobie cośSaverock ma w sobie cośSaverock ma w sobie cośSaverock ma w sobie cośSaverock ma w sobie cośSaverock ma w sobie cośSaverock ma w sobie cośSaverock ma w sobie cośSaverock ma w sobie cośSaverock ma w sobie coś
Ankarian, gdy tylko przeczytał wiadomość, szybkim krokiem opuścił karczmę, zabierając tylko najpotrzebniejsze rzeczy w tym plecak podróżny. Kierował się do placu bram i przez całą drogę do celu, myślał o tym, co się stało. Żeby ktoś taki jak on, człowiek zachowujący wzmożoną czujność nawet we śnie, nie obudził się w takiej chwili. Naprawdę mu się to nie podobało. Niestety nie mógł nic zrobić. A nawet po czymś takim, wiedział, że wcale nie musi się tak bardzo martwić. Ona na pewno sobie poradzi i możliwe, że lepiej od niego.

Rozmyślania na ten temat przerwało Ankarianowi dotarcie na miejsce. Zauważył, że było tutaj wiele osób. W grupie wprawdzie bezpieczniej podróżować, ale równie dobrze ktoś z tej grupy mógł go rozpoznać, co mogłoby się skończyć nie za ciekawie. Z tego też powodu Ank naciągnął czarną chustę(teraz wydawało mu się nawet, że czuł na niej zapach tej od którą ją dostał) na twarz i poprawił kapelusz.

Skoro już mowa o chuście i kapeluszu, warto wspomnieć o pozostałym ubiorze i ogólnie o wyglądzie. Otóż mężczyzna był jeszcze młody. Posiadał średniej długości czarne włosy, lekki, czarny zarost i błękitne oczy. Odziany był cały na czarno. Koszula, spodnie, mocne skórzane buty i długi płaszcz, zapewniający ochronę przed zimnem, z którym dane się będzie zmagać wszystkim, którzy wyruszają na północ.

Nie wyglądało, aby miał przy sobie jakąkolwiek broń. Ale nie takie rzeczy ludzie widywali. Bywali osobnicy, którzy pod takim płaszczem potrafili ukryć tyle broni, że starczyłoby dla co najmniej kilku chłopa. Tylko, czy on do nich należał? To jak na razie pozostawało tajemnicą, która być może w najbliższym czasie przestanie nią być.

Nie wsłuchiwał się zbyt dokładnie w słowa szefa karawany. Teraz interesowało go jedynie to, że musi podróżować na północ i cokolwiek by się działo, nie dać się zabić. Nie wydawało się to aż tak trudne. Poprawił plecak podróżny w którym znajdowało się trochę rzeczy, mogących się przydać w czasie podróży. Chociażby ciepły koc i inne takie.

Ank ruszył wraz z karawaną. Dokładniej szedł przy jednym z wozów. Przy tym, który jechał drugi. Siedzący na nim osobnicy nie wyglądali na takich, co będą zaczynali rozmowę. Kusznik, woźnica. Ten pierwszy prawdopodobnie będzie obserwował okolicę, a ten drugi musiał patrzeć przed siebie, a nie gadać. Właśnie tego mu było trzeba. Nie miał zamiaru rozmawiać.

Idąc tak przed siebie, czasem spoglądał na pozostałych. Nie dlatego, że ktokolwiek z podróżujących go interesował. Po prostu starał się upewnić, że żaden nie jest zagrożeniem. Wśród tylu osób zawsze mógł się znaleźć osobnik posiadający zbyt dużą wiedzę na temat Ankariana. I dlatego warto byłoby go wykryć zanim sam się ujawni. Tak dla bezpieczeństwo.
 
Saverock jest offline  
Stary 04-05-2012, 21:42   #3
 
Anvan's Avatar
 
Reputacja: 119 Anvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znany
-Niech szlag trafi tego kapitana!-mruknął Riskan wsiadając na konia.-Co ja jestem prywatny szpieg?Ja jestem cholera Riskan Hofferon,mną manipulować się nie da!-Hofferon gadał tak sam do siebie jadąc po cichych uliczkach w środku nocy w stronę karczmy Rozbity łeb, miejsca gdzie spotykali się wszyscy złodzieje z miasta.
W karczmie wynajął pokój za darmo,nie ma to jak umieć korzystać ze znajomości.Po wejściu obejrzał pokój.Jego tymczasowa siedziba była skromna jedno łóżko, kredens a na kredensie miska z wodą.Riskan zapalił parę świec i podszedł do kredensu.Schował tam swoje rzeczy a potem po raz kolejny zaczął czytać list.Gdy skończył mruknął tylko-Jak ja mam to zrobić, nawet nie wiem od czego zacząć?-Ale Hoffeorn musiał to zrobić bo od tego zależała jego wolność a z nią zapewne też życie gdy zawiedzie.Zdenerwowany zgasił świece i padł na łóżko.
Następnego dnia wziął konia ze stajni po uprzednim spakowaniu swojego dobytku i pojechał do miejsca skąd wyruszała karawana.Był to chyba jakiś rynek którego nazwy Riskan za nic nie mógł zapamiętać.
Kupił sobie bochen chleba i trochę mięsa.Zaczął jeść a przy okazji rozejrzał się po zgromadzonych.Od razu wypatrzył maga o którym mówił ten Kapitan.
Szef karawany zaczął gadać o wzajemnym pomaganiu.-Szkoda że nie powiesz że będą nas atakować grupy dzikusów, watahy olbrzymich wilków,a największym zagrożeniem będzie zimno i głód-po cichu powiedział Riskan.
Karawana ruszyła, a Riskan zaraz za nią.Po drodze przyjrzał się kałuży.
Zobaczył tam dosyć wysokiego człowieka z czarnymi włosami i krótko przyciętym zarostem,był on ubrany w czarną koszulę a na nią narzucony czerwony płaszcz z nałożonym kapturem na głowę.Do czarnego pasa miał przypięty z lewej miecz a z prawej krótką kuszę zabójczą na małych dystansach.Na nogach miał czarne spodnie a chodził w skórzanych butach.
Tym człowiekiem był Riskan Hoffeorn.
Podjechał na koniu do wozu gdzie siedział mag.Jechał w ciszy chwilę, a nagle zapytał-magu na czym polega święto spustów?Spojrzał na niego wyczekując odpowiedzi.
 

Ostatnio edytowane przez Anvan : 04-05-2012 o 22:49.
Anvan jest offline  
Stary 05-05-2012, 01:23   #4
 
potacz's Avatar
 
Reputacja: 605 potacz to imię znane każdemupotacz to imię znane każdemupotacz to imię znane każdemupotacz to imię znane każdemupotacz to imię znane każdemupotacz to imię znane każdemupotacz to imię znane każdemupotacz to imię znane każdemupotacz to imię znane każdemupotacz to imię znane każdemupotacz to imię znane każdemu
Światło księżyca wpadało do kamiennej komnaty przez małe okienko u jej sklepienia. Przy ścianie wisiał mężczyzna w żelaznych kajdanach.
Zakrwawiony, nie ludzko okaleczony, zawszawiony i zarośnięty. Wisiał w pozycji ani to stojącej ani to siedzącej. Krew spływała mu z ran, których miał więcej niż nie jeden weteran. Cała twarz była zakrwawiona.
Poruszył się. Głowa się uniosła. Spod brudnych włosów i zakrwawionych powiek, wyjrzały oczy. Lecz jedno oko od drugiego różniło się. Były to straszne oczy człowieka, który ze śmiercią spotkał się nie raz, który jej wyczekuje jak zbawienia. Wpatrywał się w nią, błagając jak pies...
Lecz ona tylko spoglądała na niego i przecząco kiwała głową.

-Nie zostawiaj mnie tutaaaaaaj!!!!–krzyk potępieńca jeżył włosy na głowie.

***
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=sVXWWvrPyvY[/MEDIA]

Obudził się zlany potem. Gdy otworzył oczy, znajdował się w izbie z pobielonymi ścianami.
Goście z pokoju obok walnęli kilka razy w ścianę, słychać było ich przekleństwa. Nie rozumiał słów, ale rozumiał ich znaczenie. Usiadł na brzegu siennika.
-Please forgive me... – rzekł przybysz do ściany, przepraszając za nocny alarm, lecz nikt tego nie usłyszał. Nie mieli tego usłyszeć.
Złapał się za głowę. Od incydentu na sali karczemnej minęła zaledwie godzina.
Leżące w rogu pokoju futro poruszyło się. Podeszło do Vernona i położyło mu łeb na kolanie. Zamruczało troskliwie.
Mężczyzna położył rękę na głowie wilka i pogłaskał go uspokajająco.
„Lay your head down. It was just a nightmare. Those days will not come back. Dear Creator, please protect me...”

Położył się. Wilk położył się tuż obok.

***

Zamykając drzwi, sprawdził czy wszystko ze sobą zabrał. Wyszedł na schody spojrzał na karczmarza.
-Pamiętam. – wypowiedział w obcym mu języku w stronę właściciela zajazdu. Karczmarz skinął głową i w duchu życzył mu powodzenia. Nic dziwnego. Od tego człowieka zależało bardzo wiele.

Przy placu bram skontaktował się z kierownikiem karawany. Jak zwykle, problem był z jego towarzyszem i z porozumieniem się. Problemy jednak zostały rozwiązane.

Podczas wymarszu mężczyzna szedł na końcu karawany. Wilk do granicy miasta szedł przy nodze, a po wyjściu, gdy tylko zaczęły się lasy, uciekł w nie. Mężczyzna kiwnął głową na znak aprobaty.

Miał na oko trochę ponad 6 stóp, był żylasty i szczupły, ale nie chudy. Dłuższe włosy spiął z kitkę. Ubrany był w czarne spodnie wpuszczone w czarne buty i białą lnianą koszulę. Miał przez plecy przewieszoną sporą torbę, na kolanach miał metalowe ochraniacze, a na rękach rękawice z lśniącymi powierzchniami. Szedł spokojnym krokiem za ostatnim wozem. Znakim szczególnym była czarna chusta, zakrywająca całą lewą część twarzy. Widoczne było tylko jedno jego oko. Spod chusty wystawały szramy, i mimo melancholijnego wyrazu twarzy, od mężczyzny biła sprężystość i witalność.
Wydawało się, że to osoba trzymająca się życia z całych sił.

„All I have is a name. We’ll see what we can do when we arrive at the place. For now, let’s just be on the lookout.”
Jesienny poranek był nader ciepły. Vernon wyjął ze swej torby kawałek jałowcowej kiełbasy i chleba i zaczął kąsić podczas marszu.
 
__________________
"Głową muru nie przebijesz, ale jeśli zawiodły inne metody należy spróbować i tej."

Ostatnio edytowane przez potacz : 05-05-2012 o 01:29. Powód: Kosmetyka
potacz jest offline  
Stary 05-05-2012, 03:45   #5
 
Kaworu's Avatar
 
Reputacja: 4900 Kaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputacjęKaworu ma wspaniałą reputację
Gdyby inni podróżni znali powód, dla którego Yerban dołączył do karawany, uznaliby go niechybnie za zasuszonego, opętanego dziada, który postradał resztki rozsądku na stare lata.

Był już naprawdę stary i własne ciało często odmawiało mu posłuszeństwa. Wiek wpłynął na jego niegdyś doskonały słuch i wzrok, zimno przenikało kości milionem ostrych igieł, kończyny stały się chude, żylaste i zwiotczałe, a serce z wysiłkiem tłoczyło coraz gęstszą posokę w żyłach. Mag potrzebował coraz więcej czasu, by się rozbudzić, a coraz mniej, by zasnąć. Dzień, w którym zaśnie i już się nie obudzi, zbliżał się powoli.

Nie, Yerban nie marudził, po prostu był świadom faktów i nie przeinaczał ich. Podróż na północ była ostatnią wojażą jego życia. W zasadzie, był nawet szczęśliwy. Los obdarzył go życiem dłuższym niż przeciętne i wykorzystał je w pełni. Mógł z ręką na sercu powiedzieć, że jego doświadczeń, prac badawczych, wspomnień i przemyśleń starczyło, by obdzielić przynajmniej czterech ludzi. Był już w każdym zakątku lądu, widział chyba każdy możliwy ekosystem, a map, szkiców i publikacji, które stworzył, mógł mu pozazdrościć każdy naukowiec.

Tylko gdyby potrawy nie wymagały tony pieprzu, by podrażnić wiekowe podniebienie...

Maga śmieszyło to, co inni członkowie karawany o nim myślą. Widział to w ich zaciekawionych, ukradkowo rzucanych spojrzeniach, a także w tym, jak się do niego odnosili. Uważali, że przeprowadza jakiś magiczny eksperyment, podróżuje w celu zdobycia cennej ingrediencji lub starożytnej księgi. To zabawne, jak na widok starca z brodą i laską wszyscy w koło myśleli o błyskawicach z niebios i kulach ognia.

Tak naprawdę, jedynym powodem, dla którego ów starzec wyruszył do zimnych, dzikich krain, była łasica biała, zając śnieżny, szarotka wysokogórska i parę innych gatunków. Zwłaszcza szarotka wysokogórska – była niezwykle rzadko spotykaną rośliną, występującą tylko w paru miejscach świata i mimo szczerych chęci, Yerban nigdy nie widział jej na oczy.

Czy chciał ją zerwać i umieścić w jakimś zielniku? Oh, skądże. Była stanowczo zbyt rzadka i – wedle opowieści – piękna, by wyrwać ją brutalnie z odrobiny gleby, na której rosła i zmiażdżyć okładkami jakiejś opasłej księgi. Mag chciał po prostu zobaczyć na własne oczy jeden z cudów świata, zanim sam z niego zejdzie. Ot, cała filozofia.

Rzecz jasna, nikomu nie przyszło do głowy, iż mężczyzna jest przede wszystkim biologiem, potem podróżnikiem i geografem, a na samym końcu czarodziejem. „Potężny mag, który bada rośliny i zwierzęta?! I to nie magiczne, a takie pospolite? Co tak można osoba dostrzega w bieganiu po lesie i zrywaniu kwiatków?”

Takie reakcje także śmieszyły Yerbana. Owszem, był magiem, w dodatku starym, ale żeby od razu potężnym? Moc nigdy nie była dla niego celem samym w sobie, raczej czymś, co ułatwiało życie, pomagało w nieprzyjemnych sytuacjach i pozwalało zająć się pracą naukowca bez względu na czynniki zewnętrzne. Zbyt wielu badaczy zginęło tylko i wyłącznie z powodu różnic kulturowych lub przyczyn geopolitycznych, których sami nie rozumieli. W przypadku czarodzieja, wystarczyło pomachać laską, rzucić najprostsze zaklęcie, a potem powiedzieć w lokalnym dialekcie, iż szuka się rzadkiej rośliny, a nie kłopotów.

Yerban nie był jak ci magowie, którzy nauczywszy się rzucania kul ognistych, mieli się za władców całego świata. Wiódł skromny, cichy żywot, bogaty w doświadczenia intelektualne. Być może dlatego dożył sędziwszego wieku niż czarodzieje, którzy uważali, że błyskawica rozwiązuje wszelkie problemy i otwiera każde drzwi.

Oczywiście, inni widzieli to, co chcieli dostrzec – mędrca poszukującego antycznego artefaktu. Nie miał zamiaru wyprowadzać ich z błędu, życie nauczyło go, że skromne pasje znajdują mniejsze zrozumienie niż patetyczne marzycielstwo.

~*~

Starzec siedział właśnie z tyłu wozu, czytając intrygujące dzieło poświęcone historii regionu, do którego zmierzali (zawierające zarówno przydatne informacje historyczne, jak i geograficzne), gdy zbliżył się do niego pewien mężczyzna, pytając o Spusty.

Yerban uśmiechnął się delikatnie, odłożył książkę na bok i poprawił okulary, spoglądając przenikliwie na pytającego. Przywykł już do tego, że ludzie przychodzą do niego częściej z pytaniami, niż z zwykłą chęcią porozmawiania o błahych sprawach. Magów zawsze odgradzała od reszty społeczeństwa pewna subtelna bariera, skóra sprawiała, iż choć szanowani, nigdy nie mieli z kim napić się piwa w karczmie.

- Spusty, młodzieńcze? Hmmm... to w sumie dosyć zabawne święto, o ile można je tak w ogóle nazwać - rozbawienie zaigrało w jego starych, błękitnych oczach – Widzisz, to w zasadzie nic innego, jak rodzaj festynu, organizowanego przez niziołki. W beczułkach z alkoholem zawsze gromadzą się resztki, a przynajmniej gromadziły do czasu, gdy wprowadzono nowsze kurki. Jeśli beczek było naprawdę dużo, to z resztek potrafiła się uzbierać spora ilość płynu, którą niektórym było żal marnować. Spuszczano więc owe resztki z beczek, organizując coś, co można nazwać dniem taniej whiskey. Bardzo... ludyczna tradycja, rzekłbym.

W tym momencie wóz, podążający za tym, na którym siedział Yerban, zatrzymał się gwałtownie. Sądząc z tego, pod jakim kątem był nachylony, lewe, tylne koło musiało zostać uszkodzone.

- Pozwól, młody człowieku. Nogi już nie najnowsze, a i kręgosłup wypadałoby wyprostować- usprawiedliwił się, chwytając z jednej strony wóz, a z drugiej jeźdźca i zsiadając powoli. Podpierając się swoim drągiem, kroczek po kroczku, ruszył w stronę potrzebujących.

Zastał tam przekrzywione koło, przy którym kręcił się kolejny młodzieniec, tym razem ledwie podrostek. Jego starania, choć żarliwe, nic nie dały – koło było wykrzywione, zapewne z powodu przegniłego drewna, a może stal, którą je otoczono, była jakimś wybrakowanym stopem? Nie miało to znaczenia, należało je po prostu wymienić.

- Oh, młodzieńcze, nie kłopocz się tak. Jesteś stanowczo zbyt mały, by dać sobie radę samemu. Pozwól, że stary podróżnik użyczy Ci resztek swych sił- powiedział mag dobrotliwie, chwytając pewniej swą laskę.

Był to prosty, dębowy drąg, zakończony nieobrobionym, przejrzystym kryształem. Większość ludzi sądziła, że to kryształ górski lub nawet drogocenny diament, tak naprawdę był to jednak tylko goshenit- mniej znany i cenny, a za to bardziej kruchy. Jeśli kamienie mówiły coś o swoich magach (a Yerban spotkał tylu magów w swym życiu, by ostrożnie wysnuć taką opinię), to krystaliczna czystość i zdolności optyczne kamienia mogły być odzwierciedleniem jego umysłu, delikatność kamienia zaś nawiązywać do stanu jego ciała.

Czarodziej skierował kryształ w stronę koła, zastanawiając się przez chwilkę. Niedawne pytanie o Spusty przypomniały mu pewien prosty, szybki czar, który nadawał się doskonale do rozwiązania problemu. Trzy razy zakręcił drągiem niewielkie kółka, szepcąc coś pod nosem i bah – koło zakręciło się, po czym wyskoczyło z osi, upadając na ziemię.

- Widzisz, mój drogi – zwrócił się powoli do chłopca – to jedno z pierwszych zaklęć, jakich uczymy się w szkołach magii. Zazwyczaj jest wstępem do bardziej skomplikowanych czarów, które pomagają nam zawiązywać supły i manipulować różnymi przedmiotami, aż nie nabędziemy dostatecznie wielkiej wprawy, by rzucać bardziej, powiedzmy, konkretne zaklęcia. Najczęściej ten akurat czar jest rzucany przez tych studentów, którzy chcą odkręcić sobie kureczek od beczułki wina, ale nie mają dostatecznie dużo siły, albo po prostu są zbyt leniwi. W tym wypadku musiałem po prostu włożyć w tą magię trochę więcej energii – pogładził swój kryształ w zamyśleniu, wspominając znane tylko sobie wydarzenie – Myślę, że mógłbym Ci pomóc z wkręceniem nowego koła... o ile oczywiście nie uznasz tego za namolność starego człowieka.
 
Kaworu jest offline  
Stary 05-05-2012, 14:48   #6
 
Agape's Avatar
 
Reputacja: 1444 Agape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumnyAgape ma z czego być dumny
Północ, czy to naprawdę była północ? Jakoś inaczej to sobie wszystko wyobrażała. Tymczasem miasto było dziwnie znajome. Może wszystkie miasta są do siebie podobne? Nie! Nie chciała żeby tak było, tu miało być zupełnie inaczej i tego będzie się trzymać. Próbowała samą siebie przekonać że to tylko podobieństwo architektoniczne, a przecież architektura nie była ważna, liczyli się mieszkańcy. Przebywała w Hope Bay od kilku tygodni i nie wiedziała co ze sobą zrobić. Próbowała się na coś przydać, zaproponowała zarządcy portu u którego się zatrzymała, że pomoże mu prowadzić księgi, ale dał jej do zrozumienia że to nie najlepszy pomysł. Jego żona też nie chciała jej pomocy. Nie byli niemili, ale odniosła wrażenie że nie życzą sobie by dotykała czegokolwiek, jakby się bali że roznosi jakąś zarazę. Nie mogła mieć im tego za złe, w końcu zgodzili się mieszkać z nią pod jednym dachem.

Kiedy usłyszała że statek przywiózł wieści i list z Etol była zachwycona. Wreszcie dowie się jak wygląda sytuacja w mieście. Nie spodziewała się jednak takich wieści ani takiego listu. Rozłożyła sporych rozmiarów kartę i przyjrzała się jej jeszcze raz dokładnie. Nie zawierała wiele tekstu, jedynie krótki opis i rzucające się w oczy cyfry. Sponad nich spoglądała na nią groteskowa twarz zdradzająca pewien niewielki stopień podobieństwa do jej własnej. Nie mogła tu zostać.

Zebranie swoich rzeczy nie zajęło jej wiele czasu, ale niesienie ich stanowiło problem, już na obrzeżach miasta kupiła konia. Gdyby ktoś ją pytał o zdanie to przypominał jej raczej psa, w każdym bądź razie był zupełnie nie podobny do koni do których przywykła, jakiś taki niski i strasznie kudłaty. Załadowała na niego wszystko i pognała traktem do Silverytown.

Miała szczęście, naprawdę mnóstwo szczęścia, że w tak wielkim mieście udało jej się usłyszeć o mającej wyruszyć z Placu Bram karawanie i trafić na ów plac. Zamierzali przekroczyć góry by handlować w miasteczku Highmarket. Zresztą cokolwiek planowali nie widziała innego rozwiązania niż tylko jechać z nimi.

Szczerze powiedziawszy spodziewała się że dołączenie do grupy będzie nieco trudniejsze, tymczasem nikt nie zadawał zbędnych pytań. Z jednej strony było to jej na rękę, z drugiej dziwiła ją lekkomyślność Mirkana, któremu było chyba wszystko jedno kto się z nim zabierze. Było to tym dziwniejsze że towarzystwo wydawało się mocno podejrzane. „ Nie to co ja.” Uśmiechnęła się do siebie w cieniu kaptura.

Wystarczyło jedno spojrzenie by wiedzieć że ma coś do ukrycia. Głęboki kaptur rzucający równie głęboki cień na jej twarz, szal w kolorze wrzosu zasłaniający to co nie zniknęło w cieniu i rękawiczki sprawiały że niewiele można było o niej powiedzieć. Nie chciała by ktoś odkrył kim jest i ludzie o tym wiedzieli, a ona wiedziała że wiedzą, nie przeszkadzało jej to jednak zupełnie, nie dopóki ich ciekawość pozostawała niezaspokojona. Zapewne myśleli sobie „Chcę wiedzieć jak wygląda”, a wtedy w ich głowach odzywał się jakiś cichy głosik i szeptał: „Uwierz mi. Wcale nie chcesz.„ Mimo to było coś, czego gdyby tylko chcieli mogli się domyślić. Była wysoka, postawna, posturą przypominała mężczyznę. Jednak pewne szczegóły delikatnie sugerowały jej prawdziwą płeć. A to misterny kwiatowy haft wokół lamówki jej szaro- lawendowego płaszcza, a to rajskie ptaki wytłoczone na skórze jej ciemnobordowych wysokich niemal do kolan butów , być może coś w jej ruchach.

Załadowała swoje rzeczy na trzeci z kolei wóz, a sama pojechała na koniu zostawiając przy sobie tylko miecz, którego można było się domyślić po tym jak układała się poła jej płaszcza. Starała się trzymać z daleka od starego maga, a właściwie to od wszystkich którzy mieliby ochotę na pogawędkę która składałaby się zapewne głównie z kłopotliwych pytań w rodzaju: "Kim jesteś?", "Skąd przybywasz?", "Dlaczego z nami jedziesz?". Zresztą w jej wypadku wszystkie pytania były kłopotliwe ponieważ by na nie odpowiedzieć lub choćby zbyć pytającego musiałaby się odezwać. Jej głos zdecydowanie nie należał do przyjemnych.

Zamyśliła się, nie były to wesołe myśli i była wdzięczna że przerwało je zamieszanie przy jednym z wozów. Z fascynacją obserwowała starca i to jak łatwo radzi sobie z zepsutym kołem. Taka magia mogła zdziałać wiele dobrego, ale były też inne rodzaje magii. Z pewnym wysiłkiem odegnała uporczywe wspomnienia.
 
Agape jest offline  
Stary 06-05-2012, 03:02   #7
 
pteroslaw's Avatar
 
Reputacja: 73 pteroslaw wkrótce będzie znanypteroslaw wkrótce będzie znanypteroslaw wkrótce będzie znanypteroslaw wkrótce będzie znanypteroslaw wkrótce będzie znanypteroslaw wkrótce będzie znanypteroslaw wkrótce będzie znanypteroslaw wkrótce będzie znanypteroslaw wkrótce będzie znanypteroslaw wkrótce będzie znanypteroslaw wkrótce będzie znany
Gelid przybył do tego miasteczka tego samego dnia, którego odjechał razem z karawaną. Nie zatrzymał się nigdzie, podróżował całą noc, ale chciał jeszcze przed położeniem się dostać się do Littlewall.

Mężczyzna był nieco senny, ale potrafił wytrzymać bez snu nawet dwa dni. Czasem było to niezbędne do przeżycia. Gelid przybył na północ w jednym celu, celu, którego nikt się nie domyślał. Chciał dojechał do Ostatniego bastionu, dlatego spał po kilka godzin dziennie, dlatego też, podróżował w tamtym kierunku od paru tygodni. Nie wiedział nawet w którym kierunku podróżować będzie ta karawana. Dopóki będzie się zbliżał do Ostatniego bastionu. Dlaczego tak bardzo chciał się dostać do tego miasta? Chciał spotkać swojego nauczyciela, a z tym człowiekiem nigdy nie było wiadomo ile będzie siedział w jednym miejscu. Informacje Gelida były już nieco przestarzałe, ścigał się więc z czasem.

Białowłosy mężczyzna wysłuchał zasad podróżowania w karawanie. Spojrzał na ludzi z którymi miał podróżować. W zasadzie wszyscy byli zwyczajni, w żywocie najemnika spotyka się wiele osób. Właściwie tak wiele, że nie można zostać zaskoczonym czyimś dziwacznym wyglądem. Poza tym, Gelid sam był nieco charakterystyczną postacią. Białe włosy, dziwaczny miecz przy pasie, no i ubranie zupełnie nie pasujące do chłodnego klimatu północy. Jednocześnie po mężczyźnie nie było widać żadnego przejęcia zimnem.

„Co to święto spustów?”, Gelid usłyszał w swojej głowie cichy, kobiecy głos. „Nie mam pojęcia. Najwidoczniej dowiemy się dopiero jutro.”, także odpowiedział w swojej głowie Gelid. To była największa tajemnica Białowłosego, był zaklinaczem.

Mężczyzna szedł na równi z wozami. Nie potrzebował jechać, ani siedzieć. Uważał wręcz, że takie marsze są wskazane, by zachować kondycję fizyczną.

Gelid spojrzał na starca jadącego na wozie, rozpoznał go od razu. To był mag. Jak powszechnie wiadomo, zaklinacze z magami się nie lubią. Białowłosy mężczyzna nie był wyjątkiem w tej kwestii. Postanowił więc unikać kontaktów z tym starcem. Gelid szedł milcząc, trzymając dłoń, tak by w każdej chwili móc wyjąć miecz, nie odzywał się też dopóki nie został zapytany...
 
pteroslaw jest offline  
Stary 06-05-2012, 14:35   #8
 
Darth's Avatar
 
Reputacja: 531 Darth jest jak niezastąpione światło przewodnieDarth jest jak niezastąpione światło przewodnieDarth jest jak niezastąpione światło przewodnieDarth jest jak niezastąpione światło przewodnieDarth jest jak niezastąpione światło przewodnieDarth jest jak niezastąpione światło przewodnieDarth jest jak niezastąpione światło przewodnieDarth jest jak niezastąpione światło przewodnieDarth jest jak niezastąpione światło przewodnieDarth jest jak niezastąpione światło przewodnieDarth jest jak niezastąpione światło przewodnie
Nie po raz pierwszy, Arashi zastanawiał się nad światem. I swoim miejscu w nim.
Nienawidził wpadać w tak refleksyjny nastrój.
Kiedy masz nieskończone możliwości, kiedy możesz zdobyć nieograniczoną potęgę...
Powinieneś być przerażony.
Stoimy na skraju świata, zaciągając ostatni oddech przed skokiem w nieznane.
I znajdziemy tam naszą zagładę lub moc by zmienić los nasz i świata.
Tak. Ale czy przyniesiemy mu zniszczenie czy ocalenie?
O tym zadecydujemy my.
Prawda...
- Wielmożny panie. - odezwał się z lekkim zdenerwowaniem karczmarz u którego Buredo właśnie siedział - Karawana o która pytałeś za niedługo wyrusza na północ.
Wojownik przez moment zastanawiał się, po czym ruchem prawie niewidocznym dla oka podniósł leżący obok jego krzesła miecz, przewiesił na plecach i wyszedł bez słowa. Usłyszał jak za jego plecami karczmarz oddycha z ulgą.
Przerażasz ich.
Dobrze. Każdy który boi się mnie uderzyć, zmniejsza ilość krwi na moim ostrzu
Żyjesz z zabijania.
Alę czerpię przyjemność z walki. Jakiż sens ma mordowanie ludzi którzy nawet nie stanowią wyzwania?
Arashi przez moment oczekiwał na odpowiedź, która nigdy nie nadeszła.

*******

Karawana. Nic specjalnego. Czterech strażników, kilkoro podróżnych. Najwyraźniej jeden mag. Większość uzbrojona.
Jeśli do czegoś dojdzie możemy ich zabić.
Wiem. Postarajmy się jednak by do niczego nie doszło.
Arashi zastanawiał się czy tak daleko na północy ludzie o nim słyszeli. Zła sława podążą za człowiekiem jak cień, a sława Buredo była wyjątkowo zła. Gdyby ktokolwiek na niego spojrzał, ujrzałby zaiste wyjątkowy obraz. Poważna twarz, zarost, przedwcześnie posiwiałe włosy. Szaty z gładkiego materiału i dziwnego kroju. Włókna tego stroju by splecione w taki sposób że mogły zatrzymać cięcie ostrzem, ale tego nie sposób było powiedzieć po pierwszym spojrzeniu. Rękojeść długiego ostrza wystająca znad prawego ramienia. Samo ostrze również było dziwnego wykonania. Przerażające szare i dziwnie puste oczy.
Tak, Arashi był wyjątkowym człowiekiem. Na razie jednak postanowił trzymać się z dala od towarzyszy podróży. Chyba że któryś postanowiłby odezwać się do niego, oczywiście.
 
__________________
Najczęstszy ludzki błąd - nie przewidzieć burzy w piękny czas.
Niccolo Machiavelli
Darth jest teraz online  
Stary 06-05-2012, 16:33   #9
 
Issander's Avatar
 
Reputacja: 34 Issander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodzeIssander jest na bardzo dobrej drodze
Karawana poruszała się w najszybszym tempie, na jakie tylko stać śpieszącego się muła... Z tym, że muły nigdy się nie śpieszą, a już zwłaszcza te, które muszą ciągnąć zapełnione po brzegi towarami wozy. Zender wyobrażał sobie, jak sunące wzdłuż drogi ślimaki wspinają się na koła, by załapać się na darmową podwózkę.
Tymczasem atmosfera była conajmniej ciężka. Zdecydowana większość osób postanowiła nie szukać towarzystwa, jedynie mag siedzący na pierwszym wozie od czasu do czasu wypytywał o coś Mirkana, a ten odpowiadał: a to, do czego używa się jakiegoś tam ziółka, a to o miejscowym zwyczaju, a to o tym, jakie drapieżniki można spotać za górami, a które po tej ich stronie były już dawno wytrzebione - choć podobno Józwa z Koźlej Wódki widział jednego zeszłego lata, no ale to przecież głupek, kto by mu tam wierzył... Mózg Zendera rozpływał się z nudów od samego słuchania.

Kiedy już zostawili miasto za plecami, przez jakiś czas jechali pośród mokradeł. Ktoś obdarzony wysokim wzrostem, jeżeliby dodatkowo stanął na wozie, mógł dostrzec rozlewającą się rzekę na południe od traktu. Tymczasem mokradła ustąpiły bardziej solidnemu terenowi. Gdzieniegdzie pojawiały się zagajniki, ale krajobraz szybko zdominowały pola i osady. Domki były malutkie, w sam raz nadawałyby się dla niego samego, co przy swoim mikrym wzroście Zender rzadko miał okazję powiedzieć.

- Wjeżdżamy na ziemie niziołów! - usłyszał z przodu głos Mirkana - Niedługo dotrzemy do Littlewall! - Jednak na horyzoncie nie widział jeszcze miasta, co biorąc pod uwagę tempo, w jakim podróżowali, oznaczało, że wcale nie dotrą tam aż tak szybko.

Nie pozostawało mu nic innego, niż rozglądać się dookoła. Ciszę przerywały raz na jakiś czas typowo wiejskie odgłosy: jakieś nawoływania, szczekanie psów, dźwięki wydawane przez bydło... Rozglądając się dookoła, raz czy dwa wydało mu się, że dostrzegł biegnącego wzdłuż traktu wilka, choć mogło tak mu się tylko wydawać.
Starał się nie patrzeć po swoich towarzyszach, bo nie podobały mu się spojrzenia, jakie otrzymywał w odpowiedzi. Trudno, stwierdził, mogę przynajmniej spróbować porozmawiać z Riskanem, co prawda jak dla mnie wydaje się być trochę bucowaty, ale, co tu dużo mówić, gdybym miał sam siebie ocenić, pewnie powiedziałbym to samo...

Kilka godzin później.

Mimo, że wcale nie wyruszyli z samego rana oraz mimo tempa, jakim sie poruszali, gdy dotarli do Littlewall słońce jeszcze wisiało na niebie, choć zbliżał się zmierzch. Miasto wyglądało conajmniej nietypowo. Wbrew nazwie "mury" wznosiły się całkiem wysoko, o ile można tak było nazwać zewnętrzne ściany kamienic. Owszem, wznosiły się na trzy-cztery piętra (oczywiście piętra pasujące wysokością do niziołków). Owszem, okienka od zewnętrznej strony były niewielkie, a wszelkie szpary zalepione w taki sposób, aby nie pozostawić wolnego miejsca, jednak gdyby takie miasto zostało zaatakowane przez prawdziwą armię, nie broniłoby się nawet godziny.

Z wyjaśnieniami pośpieszył Mirkan:
- Dawno, dawno temu, jeszcze zanim się urodziłem, te ziemie nie były wcale tak bezpieczne, jak teraz. Niziołki zamieszkuję ziemie w promieniu wielu mil i potrzebowały jakiegoś schronienia przed goblinami i zbójcami. Później zaczęły się tu zjeżdżać z przyzwyczajenia, aż wreszcie na święta, tak jak i dzisiaj. Większość bogatszych rodzin z okolicy ma tutaj kamienicę, lecz obecnie są one przerobione z małych warowni na zajazdy, a w piwnicach nie trzyma się zapasów żywności i broni, tylko beczki z whiskey.

Rzeczywiście, pomyślał Zender, na gobliny takie mury wystarczą.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=j4WTV2iwTxw&t=2m45s[/MEDIA]

Już z pewnej odległości od miasteczka słyszeli odgłosy zabawy - ta najwyraźniej nie zaczynała się o zmierzchu. Wjechali przez bramę do środka. Poza ogromnym tłumem, składającym się mniej-więcej w połowie z niziołków, a w połowie z ludzi, krasnoludów i elfów, miast sprawiało bardzo dobre wrażenie. Na codzień mieszkało w nim niewielu niziołków, do tego znane są one z dbania o higienę, w związku z czym było czyste, a w klombach kwitły nawet rośliny, a nie potłuczone butelki, jak w innych miastach. O ile można było powiedzieć, zabawa przebiegała w spokoju - gdzieniegdzie nawet siedziały grupki mieszane, składające się z przedstawicieli różnych ras. Głównie whiskey, ale także piwo oraz miód, lały się strumieniami.

Miasteczko składało się z szesnastu kwadratów oddzielonych uliczkami, na każdy z nich zaś składały się dwie, trzy albo cztery kamienice o różnym kształcie. Jedynie jeden kwadrat był pusty i pełnił rolę rynku - to tam i w okolicznych pubach koncentrowała się zabawa. Kiedy przez niego przejeżdżali (co trwało chyba z miesiąc), widzieli między innymi niziołczych żonglerów, jednego akrobatę robiącego salta i stojącego na głowie, kilku barwnie ubranych ludzi na szczudłach oraz starego człowieka w komicznie przerysowanych szatach maga, bawiącego młodzież magicznymi fajerwerkami i bańkami mydlanymi o zabawnych kształtach. Z niektórych pubów dobiegała ich skoczna muzyka z dużym udziałem fujarek i fletów - najwyraźniej niziołki lubiły tego typu instrumenty, bo w graniu na nich nie przeszkadzał im ich niewielki wzrost.

Wreszcie udało im się przedostać do jednej z tylnich uliczek. Zajazd, pod którym stanęli, był o wiele cichszy, choć i tu niewiele było już wolnych miejsc. Przez okienka można było dostrzec, że bawią się tu raczej typy spod ciemnej gwiazdy oraz ludzie, którzy wcale nie przybyli na festyn dla zabawy, a po prostu dla taniej whiskey. Szef karawany zeskoczył z wozu i przywitał się z mężczyzną w fartuchu, najwyraźniej właścicielem zajazdu, po czym rzucił w stronę wozów, kiedy ten już odszedł:

- To jest Petras, jedyny właściciel zajazdu, który jest człowiekiem. Jego zajazd ma wyższe stropy, no i udzieli wam zniżek jako członkom karawany, bo taką mamy umowę, ale poza tym, to na waszym miejscu cieszyłbym się, gdyby siennik który dostaniecie był wolny od pcheł, szczerze mówiąc... Jeżeli chcecie, możecie poszukać czegoś na własną rękę - te pokurcze oferują wyższy standard, do tego zwykle mają po jednym lub dwóch pokojach przystosowanych dla ludzi, ale liczą sobie za nie krocie, zwłaszcza w ten dzień. Bawcie się tam, gdzie uznacie za słuszne, ale jeżeli mogę zasugerować, we własnym gronie. Znaczy - pilnujcie się. Nie chcemu rano szukać jednego z nas po całym mieście, żeby nie zostawić go zarzyganego gdzieś na jakimś barłogu, nie? Jutro wyjątkowo wyruszamy późnym rankiem... - Mirkan zamyślił się, najwyraźniej na temat ilości alkoholu, którą zamierzał wypić - Eee, chciałem powiedzieć, wyruszamy o południu. Tak! Jeżeli kogoś nie będzie tutaj w południe, wyruszamy bez niego! Koniec odprawy, idźcie się bawić.
 

Ostatnio edytowane przez Issander : 06-05-2012 o 17:33.
Issander jest offline  
Stary 06-05-2012, 20:43   #10
 
Anvan's Avatar
 
Reputacja: 119 Anvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znanyAnvan wkrótce będzie znany
Karawana jechała.Riskan ucieszył się bardzo jak się dowiedział że w Littlewall będą pili na umór.Później miał okazję podziwiać trochę magii.Hoffeorn po raz kolejny się zamyślił:-który z nich nim jest?I czemu miał by jechać na północ?Powinien przecież uciekać do swoich na południe.To wszystko jest cholera bezsensu.-Myśląc tak spojrzał w lewo i znowu zobaczył tego wilka, który był razem z tym kolesiem mówiącym w dziwnym języku.
Riskan znów bacznie obejrzał towarzyszy próbując znaleźć cokolwiek co by mu pomogło.A więc najpierw spojrzał na maga,ten raczej jego celem nie był: ot miły staruszek parający się magią jedzie na północ w nieznanym innym celu.Potem skierował wzrok na tego kolesia co chustą zakrywał twarz:Riskan od razu poczuł że ma do czynienia z osobnikiem z jego fachu,takie rzeczy się czuje.
Następnie spojrzał na tą osobę co ciągle kryła twarz i się w ogóle nie odzywała.
Nawet nie dało się tej osoby określić płci, ta osoba jego celem nie była, choć nigdy nie wiadomo.Kolejną osobą którą analizował był ten szaro włosy z dziwnym mieczem,Hofferon nie miał pojęcia co o nim sądzić więc postanowił poczekać aż dowie się więcej.Zatem skierował spojrzenie ku białowłosemu, dziwakowi jakich mało.Tak przynajmniej myślał Riskan a,to dlatego że on szedł cały czas na równi z wozem no i bał się spojrzeć magu w oczy co było bardzo dziwne.Był też ten krasnolud, całkiem normalny się wydawał na tle reszty.
Na końcu został Mirkan. Hofferon nie wiedział o nim nic ale też wydawał się spokojny.Warto też wspomnieć że prawie wszyscy byli uzbrojeni.
Na takich rozmyślaniach Riskanowi zeszła cała droga.Potem przejechali bardzo powoli przez miasteczko i zatrzymali pod zajazdem.
Szef karawany wyjaśnił parę rzeczy a potem wszedł do zajazdu.Hofferon zawołał-Zender choć znajdźmy jakąś porządną karczmę i się napijemy.A jeśli ktoś chce iść z nami proszę bardzo.Ja stawiam pierwszą kolejkę!-Zakończył i odwrócił się nie patrząc czy w ogóle ktoś z nim idzie, skierował się w stronę rynku.
 

Ostatnio edytowane przez Anvan : 06-05-2012 o 20:46.
Anvan jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:46.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167