Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy > Archiwum sesji z działu Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 17-01-2017, 18:39   #1
 
GreK's Avatar
 
Reputacja: 31454 GreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputację
[storytelling, autorski] Morfa. Cz.2. W matni.

W środku było ciemno i duszno. Szczelnie zbite ściany wozu, obite dodatkowo dla wzmocnienia metalowymi wstawkami, nie przepuszczały wiele światła ani powietrza. Zaprzęg miał przede wszystkim spełniać funkcje obronne i nie na darmo zwano go fortecą. Pojazd kołysał lekko i skrzypiały wielkie, wysokie na postawnego mężczyznę koła, obciągnięte obręczami. Tylna ściana była teraz ściągnięta i na krawędzi podwozia, kołysząc nogami siedział ulany chłop o długiej, krzaczastej brodzie, próbującej nieudolnie ukryć szeroką bliznę ciągnącą się od policzka aż do kącika ust. Zmrużywszy oczy, przez tumany kurzu wzbijane przez wóz, patrzył na słońce, które czerwieniło niebo na południu. Za niedługo miał zapaść zmierzch. Podrapał się w owinięty przesiąkniętymi krwią szmatami kikut lewej ręki. Zaklął. Splunął w piaszczystą drogę i zeskoczył ciężko z wozu. Idący za pojazdem ludzie, którzy najwidoczniej dość mieli siedzenia w jego zatęchłym wnętrzu, pozdrawiali go gestem lub krótkim, serdecznym słowem. Zbył ich machnięciem dłoni. Puszysty brązowy kundelek z białą łatką na prawym boku, który do tej pory leżał na rękach rudej, piegowatej dziewczynki wyrwał się jej i doskakując do butów mężczyzny zaczął go obszczekiwać.

- Kulka! - krzyknęła mała piskliwym głosikiem. - Kulka! Do nogi! Zostaw wujka.

Dryblas zignorował psiaka i szybkim krokiem wyminął idących obok traktu. Zrównawszy się z woźnicą stanął na stopniu, zdrową ręką łapiąc poręczy.

- Daleko jeszcze Casusie? - zachrypiał.

Nazwany Casusem, zgarbiony staruszek, kulący się mimo upału pod grubym kocem, nawet się nie odwrócił.

- Już widać dachy Skilthry Niedźwiedziu.

Jednoręki spojrzał przed siebie, lecz prócz zwierząt w chomątach i dwóch fortec, które właśnie znikały im z oczu, znaczących drogę wznoszonym pyłem, nie zauważył niczego. Nie miał jednak powodu, by nie wierzyć staremu, który już piąty raz w życiu przemierzał ten szlak.

- Zdążymy? - w jego głosie nadzieja walczyła ze zwątpieniem.

Stary cmoknął, rzucając ukradkiem na długie cienie kładące się przed nimi.

- Oni tak - odparł po chwili. - My.. straciliśmy mulari.

Obaj spojrzeli na puste, szóste miejsce w zaprzęgu. Stracili zwierzę dwa dni temu. Pozostałe pięć kudłatych, masywnych bestii o zawiniętych rogach i szerokim, płaskim pysku, przejęło na siebie ciężar ciągnięcia wozu. Były zmęczone, jeszcze bardziej niż ludzie, tą wielodniową wyprawą. Niedźwiedź zacisnął mocniej palce na poręczy.

- Nie spędzimy ani jednej nocy więcej na trakcie. Dzisiaj będziemy spać za murami. Pogoń zwierzęta.

***
Gdy słońce dotknęło linii horyzontu, przygotowywano się do zamknięcia południowych wrót. Dwie fortece, które przed chwilą dotarły do miasta przepatrywał beznosy Pempto, diatrys z wyszytą cyfrą pięć ۵ na czerwonym habicie. Wciągając ze świstem powietrze, obchodził wóz i stłoczonych przy nich ludzi, szukając najmniejszego śladu skrzywienia, najmniejszego śladu morfy. Stojący nieopodal tagmatos, gotowi byli zareagować na jedno skinienie zakonnika.

Tymczasem przy bramie kilku zaniepokojonych strażników wpatrywało się z niepokojem w unoszącą i powiększającą się z każdą chwilą chmurę pyłu, która zawisła nad traktem.

- Forteca! - jeden z młodzików wskazał ręką w kierunku zachodzącego słońca, tam gdzie na tle rosnącej chmury, teraz już coraz wyraźniej było widać wyłaniający się zza wzniesienia wóz.

- Niedźwiedź! To Niedźwiedź jedzie! - podniosły się głosy podróżnych.

Beznosy podszedł do wrót. Ciężko było wyczytać emocje z jego pobliźnionej, zmienionej twarzy. Z uwagą wpatrywał się w horyzont ze świstem wciągając powietrze. Forteca była coraz bliżej. Już widać było masywne sylwetki mulari ciągnące wóz i idących po bokach ludzi. Już słychać było trzaśnięcia bata.

Ciemna chmura pyłu powiększała się z każdą chwilą i z tej perspektywy wydawało się, że goni wóz jakby chciała go pochłonąć. Forteca zbliżała się szybko. Już rozpoznali wielką postać Niedźwiedzia, który w pierwszym szeregu szedł w zaprzęgu założywszy na siebie chomąto. Już widać było przygarbioną sylwetkę woźnicy.

Chmura rosła przysłaniając powoli słońce zachodzące na horyzoncie. Ludzie podeszli do bramy i zaczęli skandować: “Nie-dźwiedź! Nie-dźwiedź! Nie-dźwiedź!”

Nagły wiatr rozwiał czerwoną szatę Diatrysa. Pobliźniony zachwiał się. Charknął.

- Wh-rota! - stęknął połykając litery, jakby wiatr wpychał mu je z powrotem w gardło. - Zamh-ykać wrota!

Zagrały łańcuchy. Skrzypnęły zawiasy.

- Nie-dźwiedź! Zdążą! Nie-dźwiedź!

Jakaś kobieta krzyknęła z przerażenia. Ktoś zaklął. Masywne wierzeje zaczęły się powoli przesuwać.

- Biegnij! Niedźwiedź! Biegnij!

Słońce zostało przysłonięte przez kurzawę i tylko czerwony blask nad nią wskazywał, że jeszcze nie zaszło. W jednym momencie nastała szarówka. Wóz zniknął im z oczu w ciemnościach. Usłyszeli basowy pomruk zbliżający się od strony południa zadymki.

Nim wrota zatrzasnęły się z głośnym hukiem, przez szczelinę między nimi wpadł brązowy psiak z łatką na prawym boku. Wsunięto metalowe sztaby. Wrota stęknęły gdy tumany piasku oparły się o nie z wysokim wizgiem wwiercającym się w uszy.

Beznosy, stojąc niepewnie na nogach rozejrzał się wokół, na leżące ciała.

- Morf-ha… - stęknął.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Dreamcatcher. Horror. Storytelling. Dokąd prowadzi tunel z koszmaru?
Oblężenie. Z przymrużeniem oka. Pod miasto nadciąga armia nieumarłych.
GreK jest offline  
Stary 27-01-2017, 12:26   #2
 
Autumm's Avatar
 
Reputacja: 8152 Autumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputację
Kilka dni wcześniej...





Powietrze wypełnione było ciężkim, duszącym kadzidełek, a unoszący się z nich dym miał kolor złota w przebijających się przez szpary w okiennicach promieniach południowego słońca. W tej migotliwej poświacie każdy ruch dłoni siedzącego za ladą mężczyzny wyglądał jak scena z teatru cieni, improwizowany balet grany tylko dla jednego, specjalnego widza. Fernike patrzyła zahipnotyzowana, jak grube, mocne palce zanurzają się w kolejnych woreczkach i słojach, z tkliwą precyzją dobierają porcje egzotycznych przypraw i skrupulatnie odmierzają je na aptekarskiej wadze.
- Trzy porcje pieprzu jaśminowego, jedna cynamonu, półtorej miary zatar… garść różowej soli. Należy się siedem łań, dziesięć lisów. - odezwał się w końcu kupiec głębokim, łagodnym głosem. Położone na stół monety zgarnął jednym płynnym ruchem, nie zadając sobie trudu, by je przeliczyć.
- Jesteś niepoprawny, Kalte Gutierez! - Fernika prychnęła z udawanym gniewem - Gdzie się podziała twoja ostrożność i dobre handlowe nawyki? Przysięgam, że następnym razem ocyganię cię na kilka lisków, skoro pochopnie zakładasz uczciwość takiej starej żmii, jak ja…
- Dzień, w którym komuś uda się mnie oszukać w moim własnym sklepie nadejdzie, kiedy choćby jeden z radnych naszego wspaniałego miasta wyjmie rękę z cudzej kieszeni i wsadzi ją dla odmiany do swojej własnej, w celu innym niźli podrapanie się po jajach. Albo też i po piździe. - mężczyzna wyszczerzył się szeroko, odchylając się na krześle i zaplatając ręce na pokaźnym brzuchu. Mebel ostrzegawczo zatrzeszczał pod jego ciężarem.
- A skoro już o piździe mowa… Hakim! - uniósł głos, a zza kotary oddzielająca zaplecze od sklepu wychynęła skrzywiona, szpetna gęba, nosząca ślady długotrwałej libacji. Najstarszy syn Kaltego wyglądał jak przysłowiowy rzezimieszek z ciemnej uliczki, a nie ktoś parający się szlachetną profesją kupca - Na dziś skończyłem. Powiedz Alemu, żeby zamknął front i posprzątał, a Samilowi żeby przejrzał magazyn i zrobił listę braków. I zrób nam dwie kaffy. Dla Niki z kardamonem, tylko nie tym dla klientów, jak ostatnim razem, gałganie! - Gutierez zdjął z szerokiej szyi pęk kluczy, odpiął jeden i rzucił nim w kierunku młodszego mężczyzny. Ten złapał go sprawnie i zniknął za kotarą. Po chwili na blacie zjawiły się dwie parujące, srebrne czarki, pełne aromatycznego, smolistego wywaru.

Kalte siorbnął z obu - grzecznościowy zwyczaj półświatka, mający zapewnić gościa, że napój nie jest zatruty - i podsunął jedną z nich siedzącej naprzeciw kobiecie. Dłuższą chwilę obydwoje delektowali się alkalicznym smakiem, aż w końcu dobiegający zza ściany huk wsuwanych w drzwi żelaznych sztab upewnił ich, że nikt nieproszony nie przeszkodzi im w rozmowie.

- Szybko zamykasz... - rzuciła niezobowiązującą Fernike, bawiąc się filiżanką. Niewypowiedziane pytanie zawisło w powietrzu, ale znali się tak dobrze, że pewnych kwestii nie trzeba było wypowiadać na głos. Kalte pokręcił powoli głową, krzywiąc usta.
- Zbiera się na burzę w tym naszym małym szambie, Nike. Kleftiści ostrzą noże, anakratoi dokładnie myją uszy... nawet tagmata chwyta w ręce miecze, zamiast jak to zwykle tylko własne chuje. Jedni mówią że to Brown przypieka Bezuchego, a ten się rewanżuje, a inni zaś że to sam archigos wyciąga łapę po władzę nad złodziejską wiarą. Mniejsza o powód, ważniejsze, że gówno zaczyna już wypływać na powierzchnię...
- I zamierzasz ten przypływ przeczekać, mhm? - Fernike przygryzła wargę, spod pochylonego czoła obserwują mężczyznę - Od kiedy to Koral chowa się do nory, kiedy jest okazja do ubicia nowych interesów, przypieczętowania nowych sojuszy, zarobienia...

Kupiec uniósł w górę jedną dłoń, przerywając kobiecie.

- Nie tym razem. Wiesz, że od lat siedzę okrakiem na płocie, starając się nikomu za bardzo nie wadzić... ani nie pomagać. W trakcie wojny to nie jest najlepsza pozycja, bo oberwać można z każdej strony... więc poczekam aż opadnie kurz. Cicho, spokojnie... nie to co niektóre narwane panny! - roześmiał się krótkim, urywanym śmiechem, z czułością spoglądając na Fernikę - Interes zamykam wcześniej, ilu mogłem ludzi zwolnić, to zwolniłem, zapasy porobiłem na długo. Zamierzam żreć całymi dniami prażony bób, pierdzieć w stołek i oglądać z bezpiecznego oddalenia to krwawe widowisko, a nie być jego częścią.
- A...? - kobieta palcem wymownie wskazała na sufit, gdzie na piętrze mieściło się królestwo cholerycznej ślubnej Korala, Nomi.
- Wysłałem ją do Miedzianych Wrót. W tych niespokojnych czasach ważna jest każda niezawiązana nitka, minimalizacja ryzyka… - uniósł wzrok na powałę i uśmiechnął się lekko - Wiesz, jak to mówią: wrogów trzymaj daleko od siebie…
- …a rodzinę i przyjaciół jeszcze dalej! - dokończyła Fernike ze śmiechem - Mnie też gdzieś planujesz wyeksportować? Daleko, za morze?
- Jakbyś tylko się dała… - Kalte uniósł brwi - A wiem, że nie, więc nawet nie spróbuję. Choć muszę dla spokoju duszy spytać cię o jedno, agapite... naprawdę właśnie teraz chcesz zrobić, to, o czym mi wcześniej wspomniałaś? Wiesz, że już nie jesteśmy tak młodzi i głupi jak kiedyś... kilka rzeczy może nie być tak prostych, jak wtedy. - wyciągnął swoją wielką łapę i delikatnie ujął w nią upierścienioną, drobną rękę Gołębicy; w jego głosie zabrzmiała nuta melancholii.
- Muszę. - roześmiana twarz kobiety przybrała na chwilę poważny wyraz - Muszę ratować moje pisklęta. Co dzień słyszę o nowej, okropnej rzeczy, jaką rękami dziewcząt robi Chari i co dzień przeklinam moment w którym w swojej głupocie uznałam, że ten skurwiel Minskin będzie dla niej dobrą partią. Oby zdechł na skręt jąder. Albo co gorszego, bo jak go sama dorwę, to mu się to wyda przyjemną alternatywą! - syknęła z pasją.
- Coś mi się widzi, że twoje ścieki i moje szczyny łączą się w radośnie szemrzący strumyczek. - Koral dopił kaffe i pochylił się nad stołem, ciepłymi wargami całując Gołębicę w dłoń. Na jasnej skórze kobiety umoczone w napoju usta zostawiły delikatny, ciemniejszy ślad. - Nie wierzę, że nagłe zainteresowanie miejskiej psiarni grzeszkami wysokich sfer i jednoczesne bulgotanie w niższych partiach nie jest ze sobą jakoś powiązane. Pakujesz się właśnie w gorszą rzecz niż w przestępczość, kochanie: w politykę. Jako uczciwie pracujący złodziej jestem tym faktem głęboko zniesmaczony. - puścił dłoń Ferniki i znów odchylił się na krześle, zaplatając ramiona za głową, jakby się nad czymś zastanawiał - Więc ...dam ci moich głupków do ochrony. I tak nie mają wiele do roboty, a ja będę spał smaczniej, mając ich daleko od siebie, a twoją dupę chronioną. Nawet się nie kłóć! - pogroził Fernike żartobliwie palcem.

Gołębica z nadąsaną miną wstała od stołu i ze skrzyżowanymi w geście dezaprobaty ramionami zrobiła kilka gniewnych kroków wte i wewte po małym, zawalonym towarem kantorku. Dostrzegłszy jednak że Koral nijak nie reaguje na tą demonstrację niezadowolenia, zmieniła taktykę; z uwodzicielską gracją usiadła na stole, przechylając się ponętnie w kierunku bujającego się na krześle mężczyzny.
- ...a gdybym cię tak przekonała, że jestem naprawdę dużą dziewczynką i nie potrzebuję niańczenia, mój ty władczy pateras? - zamruczała cicho, mrużąc powieki.
- Możesz spróbować... ale bez żadnych gwarancji! - Gutierez rozchylił lekko usta, szykując się do namiętnego pocałunku... i poleciał do tyłu, pchnięty przez Fernikę dłonią w pierś. Zmaltretowanemu krzesłu nie trzeba było wiele do całkowitego unicestwienia; w powietrze poleciały drzazgi, a Koral całą swą niemałą masą plasnął o podłogę, głową lądując na płóciennym worze jakiejś pylistej przyprawy i wzbijając tuman rdzawego kurzu. Rzucone przez zaciśnięte zęby przekleństwo zagłuszył perlisty śmiech Gołębicy, która wyglądając zza krawędzi lady zaśmiewała się do łez na widok obolałego i niezdarnie gramolącego się z ziemi mężczyzny.

- I kto tu powinien uważać na swoją dupę?! - zawołała triumfująco, kiedy już zdołała nieco opanować wesołość. Nie nacieszyła się jednak długo zwycięstwem; Koral z zadziwiającą zręcznością rzucił się do przodu i siłą ściągnął ją do parteru, dokumentnie rozwalając worek, na którym półleżał i brudząc wszystko wokół czerwonym pyłem. Przez chwilę leżeli tak koło siebie, dysząc i wpatrując się w siebie z złowrogim błyskiem w oku i zaciśniętymi zębami. A potem jedne spragnione usta odszukały drugie, równie spragnione.

Zaś o to, co było dalej, należałoby już zapytać trzech braci Gutierez którzy jeszcze długo, siedząc w magazynie, zmuszeni byli wysłuchiwać namiętnych odgłosów dochodzących zza cienkiej kotary, prowadzącej do części sklepowej.
 
__________________
"Polecam inteligentną i terminową graczkę. I tylko graczkę. Jak z każdą kobietą - dyskusja jest bezcelowa - wie lepiej i ma rację nawet jak się myli." ~ by Aschaar [banned] 02.06.2014
Nieobecna 28.04 - 01.05!

Ostatnio edytowane przez Autumm : 27-01-2017 o 17:55.
Autumm jest offline  
Stary 27-01-2017, 12:27   #3
 
Autumm's Avatar
 
Reputacja: 8152 Autumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputację
Teraz...




- Jak myślicie chłopcy, rubiny czy szmaragdy? - Fernike spojrzała krytycznie na trzymane w dłoniach kolczyki, przykładając raz jeden, raz drugi zestaw do ucha przed lustrem. Wcześniej wybrana suknia czekała już na wieszaku, ale z biżuterią zawsze miała problem.
- Szafiry. - powiedział miękko Ali, przyglądając się tym zabiegom. Drugi z mężczyzn w pokoju starannie udawał, że Fernike wcale tam nie ma i usilnie starał się nie zwracać na nią uwagi. Być może miało to coś wspólnego z faktem, że oprócz sznura pereł na szyi, szacowna matrona Spiros ubrana była li tylko w kusą, prześwitującą koszulkę nocną, która choć więcej sugerowała, niż odkrywała, to robiła to w bardzo sugestywny sposób.
- Błękit i zieleń? Odważnie... ale stylowo. Niech będą! - Gołębica skinęła głową z uznaniem. Może i środkowy brat Gutierez był momentami lekko... dziwaczny, ale jego talent do dobierania eleganckich kreacji był naprawdę niezwykły jak na kogoś, kto ledwo potrafił czytać i pisać, a jedyną szkołą, jaką ukończył, była brutalna uliczna szkoła życia.

Uporawszy się z tym arcyważnym dylematem, Gołębica delikatnie stuknęła palcami w srebrny dzwoneczek; do garderoby wsunęły się bezszelestnie dwie młode dziewczęta, by pomóc Fernike w ubraniu się. Zaczęły rzecz jasna od rozebrania pani, na co siedzący przy drzwiach i usiłujący się już od dłuższego czasu upić drugi Gutierez, Hakim, westchnął ciężko i jak niepyszny ewakuował się do przylegającego pokoju z cierpiętniczym wyrazem twarzy. Fernike uśmiechnęła się do siebie z lekko złośliwą satysfakcją - uwielbiała wprawiać mężczyzn w zakłopotanie, a dręczenie przydzielonych jej wbrew woli ochroniarzy ostatnio stało się jej ulubioną rozrywką. Nie wątpiła, że Hakim w swoim życiu widział już trochę nagich kobiet, ale za każdym razem kiedy widział długoletnią kochankę swego ojca w bardziej... ekscytującym stroju, peszył się jak dojrzewający chłopiec, przyłapany przez ojca na podglądaniu kąpiącej się służby.

Kobieta rozprostowała ramiona i stanęła w lekkim rozkroku, pozwalając dziewczętom natrzeć jej skórę kilkoma różnymi maściami, olejkami i kremami - w większości wytworami jej własnego alchemicznego warsztatu. Czekając na koniec tych kosmetycznych zabiegów, Fernike spojrzała krytycznie w lustro, oglądając się ze wszystkich stron. Mimo przeszło pięciu dekad życia - imponującego wieku w skażonym świecie, w którym morfa, choroby, głód i przemoc zbierały obfite żniwo - matronie Spiros wdzięku i urody mogłyby pozazdrościć nawet niektóre młódki. Czas odcisnął rzecz jasna na niej swoje piętno, ale zmarszczki i siwe włosy tylko dodawały jej uroku, zamiast go odejmować. Skórę wciąż miała jasną i gładką, piersi duże i pełne a figurę bliską idealnego kształtu klepsydry. Nieprzemijająca uroda była jej bronią i źródłem jej sukcesu; tak jak wojownicy dbali o swoje miecze, ostrząc je i polerując, tak Gołębica podejmowała każdy wysiłek, by jej ciało zachowało piękno i sprawność.

A czasy były takie, że każda, nawet najdrobniejsza przewaga mogła zaważyć na losie wszystkiego, co dla niej było ważne i cenne. Fernike dotychczas zachowywała daleko idącą neutralność w zakulisowych intrygach miasta, ciesząc się wolnością i niezależnością jaką zapewniał jej majątek po zmarłym mężu i nazwisko bogatego rodu; mając tyle, nie musiała babrać się w lepką i cuchnącą materię polityki, przyjmując postawę bacznego obserwatora. Zresztą jej wpływy i powiązania szły często na przekór politycznym podziałom i sympatiom - Gołębica świadczyła usługi tak różnorodnej klienteli, że zajmowanie jakiejkolwiek strony w podjazdowej wojnie o władzę, toczącej się od zawsze w Skilthrze, byłoby nierozsądnym posunięciem z czysto biznesowych powodów.

Ale polityczna mapa miasta, którą Gołębica znała dotychczas dość dobrze, ostatnio przechodziła gwałtowne korekty. Sądząc po ostatnich wydarzeniach i tajemniczych "zniknięciach" kilku kluczowych politycznych graczy, archigos Parwiz Jehuda zaczął gwałtownie konsolidować swoją władzę, okaleczając Radę i próbując siłą narzucić nowe porządki. Atmosfera w mieście była... gorąca, by określić rzecz eufemistycznie, a szalejący anakratoi, usiłujący spacyfikować burzliwe nastroje, tylko dokładali do pieca paliwa. W tej sytuacji, wybuch ulicznej przemocy był po prostu nieunikniony; wrzenie w półświatku osiągnęło takie poziomy, że poszczególne grupy kleftisów zaczęły szlachtować się w ciemnych zaułkach, kierując nawet swoje zakrzywione noże w kierunku tagmaty.

Fernike westchnęła. Ten cały krwawy zamęt musiał zacząć się akurat teraz, kiedy tak bardzo potrzebowała pomocy dwóch wpływowych mężczyzn, którzy stali się właśnie trudno dostępni poprzez bycie w oku cyklonu. Archigos był jednym z nich; Fernike podejrzewała, że dając wolną rękę Syntyche Nekri i jej gończym psom, grododzierżca wypuścił z klatki jadowitą bestię, nad którą nie miał już żadnej kontroli. Anakratoi pozwalali sobie stanowczo na zbyt wiele, ewidentnie korzystając z tego, że wzrok władzy skierowany był gdzie indziej. Knowania tajnych służb dotknęły też pośrednio Fernikę i to właśnie w archigosie Gołębica upatrywała kogoś, kto mógłby pomóc jej w potrzebie i powściągnąć rozzuchwalone ogary. Ale sytuacja stała się tak napięta i niejasna, że póki co, bliższe kontakty z najwyższą władzą Skilthry nie wchodziły raczej w grę, jeśli Gołębica pragnęła zachować swój specjalny, neutralny status wśród miejskich klik i koterii. Drugim mężczyzną, z który musiała przebywać na dystans - co było o wiele bardziej bolesne niż w przypadku Parwiza - był jej wieloletni kochanek, przyjaciel i partner w interesach, Koral Gutierez. Przemytnik, diler i szemrany biznesmen, Koral dotychczas starał się nie wychylać głowy zbyt wysoko, by jego interesy mogły iść dyskretnie i sprawnie; teraz jednak, kiedy ulice zaczęły spływać krwią, pojawili się tacy, którzy mieli ochotę na przejęcie intratnego biznesu... i to w zdecydowanie mało finezyjny sposób. Dlatego za Gołębicą plątało się teraz trzech synów Korala, przekonanego o tym, że Brown wyciągnie swoje mordercze szpony też w jej kierunku. A sam Gutierez rozpłynął się w powietrzu, zaszywając się w tylko sobie wiadomej szczurzej norze czy innej przemytniczej kryjówce. Tak więc na horyzoncie zbierała się nielicha burza, a Gołębica jak na złość nie miała za sobą solidniejszego wsparcia.

- Kyrie...? - z niewesołych rozmyślań wyrwał ją cichy głos służki. Zatopiona w myślach Fernike nie zauważyła, że zabiegi pielęgnacyjne dobiegły końca, i stała przez chwilę znieruchomiała jak posąg, ku lekkiej konsternacji dziewcząt.
- Już, kochanie. Jestem gotowa. - Gołębica uśmiechnęła się promienie. Z pomocą służek ubrała swoją "zbroję", jak nazywała w żartach cały komplet halek, gorsetów, krynolin i innych elementów garderoby niezbędnych, by oszałamiać nie tylko urodą, ale także strojem. Całość prezentowała się jak zwykle doskonale, sprawiając że mężczyznom zwykle opadały szczęki, a kobietom podnosiła się w gardle żółć. Zadowolona z efektu Fernike poćwiczył jeszcze kilka uwodzicielskich i słodkich minek przed lustrem, a potem w użycie znów poszedł srebrny dzwoneczek.

Służebne dziewczęta zniknęły; Gołębica przeszła z garderoby do swojego gabinetu, gdzie czekał już młodziutki, bardzo przejęty swoją rolą goniec, kątem oka zauważając, jak Hakim niechętnie wyłazi ze swojego ukrycia i wlecze się za nią.
- Przekażesz w moim imieniu, że bardzo, ale to bardzo żałuję, że nie mogę zjawić się wieczorem osobiście, ale zapraszam na rozmowę w ciągu najbliższych dni. Zapamiętasz? - kobieta wręczyła szczonowi starannie zawinięty pakunek i liścik z adresem. Na sekretarzyku czekał jeszcze jeden list przygotowany do wysłania, ale ten musiał być wysłany bardziej... dyskretnymi kanałami, by tak rzec. W końcu fakt, że koresponduje ze wygnaną z miasta pod zarzutem szpiegostwa Wroną, gdyby ujrzał światło dzienne, mógłby spowodować niemało problemów, których na razie Gołębica wolała uniknąć. Wysyłany przez gońca pakuneczek też był w pewien sposób kompromitujący... choć zdecydowanie bardziej dla odbiorcy, niż dla nadawcy; znajdujący się w środku alchemiczny specyfik na męską niemoc w małżeńskim łożu nie był niczym zakazanym per se, ale skojarzony z nazwiskiem możnej rodziny, dla której był przeznaczony, mógłby narobić wiele zamieszania natury "wizerunkowej" i stać się źródłem niekończących się, prześmiewczych plotek. Gołębica słynęła nie tylko ze swoich alchemiczno-aptekarskich talentów, ale także dyskrecji; dlatego razem z gońcem z mieszkania zniknął Ali, mający przypilnować, by przesyłka po drodze nie dostała się niepowołane ręce.


* * *

Nie mając żadnych poważniejszych planów aż do wieczora, i nie chcąc wyściubiać nosa na brudne i niebezpieczne ulice, Fernike popołudnie spędziła w domu, uczciwie dzieląc czas pomiędzy beztroskie leniuchowanie, podjadanie słodyczy, czytanie traktatów alchemicznych, napisanie kilku listów i wysłuchanie kameralnego koncertu młodego, utalentowanego minstrela. Gołębicę kusiło nielicho, by sprawdzić czy długie, szczupłe palce muzyka z taką samą czułością potrafią pieścić coś innego, niż tylko pękatą lutnię, ale szybko topniejąca, odmierzająca czas świeca dyskretnie przypomniała jej o tym, że do wieczornego przyjęcia zostało niewiele czasu. A przecież Fernike nie mogła pojawić się na proszonym spotkaniu w tym samym stroju, w jakim chodziła po domu; cały długi rytuał kąpieli, ponownego nacierania pachnidłami, ubierania się i dobierania biżuterii powtórzyć trzeba było od nowa, co skutecznie uniemożliwiało bardziej przyjemną konsumpcję pozostałego czasu...


* * *

Gotowa do wyjścia i wyglądająca jeszcze bardziej oszałamiająco niż rankiem, Fernika siedziała w zaciszu swojego gabinetu, czekając aż przybędzie powóz, który miał zabrać ją na wyczekane przyjęcie. Palce kobiety wygrywały niespokojną melodię na polerowanym drewnie biurka; mimo spokojnej, pogodnej twarzy, Gołębicę od środka żarło zdenerwowanie i jakiś nie dający się do końca wytłumaczyć niepokój. Nie bała się samej imprezy; bywanie "na salonach" było jej naturalnym żywiołem i z zapałem uprawianą rozrywką. Bywała częstym i wdzięcznym gościem w wyższych sferach, i nawet fakt, że spotkanie organizowane było przez igetisa Borisa Spirosa, brata jej zmarłego męża, nie mącił jej spokoju. Choć Fernike nosiła od dawno nazwisko tej bogatej rodziny, okoliczności w jakich weszła do familii sprawiały, że z resztą rodu łączyły ją poprawne, choć oficjalnie chłodne stosunki. Ale zaproszenie przyszło bezpośrednio od głowy rodu, więc najwidoczniej sprawa była na tyle ważna, że igetis potrzebował pełnej reprezentacji rodziny i wszystkich zasobów, jakich mógł użyć.

Bo co do celu całego tego balu Gołębica nie miała wątpliwości. Tylko skończony utracjusz, ślepy i głuchy na panującą w Skiltrze atmosferę, mógłby wpaść na tak ekstrawagancki pomysł jak zorganizowanie eleganckiego, proszonego przyjęcia w chwili, kiedy spora część arystokratów polis dosłownie walczyła o życie. Boris ani utracjuszem, ani ślepcem bynajmniej nie był; Gołębica wiedziała więc, że pod pozorem miłego spędzania czasu w bezpiecznych wnętrzach rodowej rezydencji odbędzie się polityczny targ, na którym mniejsze i niezaangażowane dotychczas w główny nurt wydarzeń rody będą omawiały strategię działania i zastanawiały się, na kogo z Rady postawić w najbliższym czasie.

I tu właśnie leżało źródło jej lęków. Bezuchy Robinden Darkberg, jej chimeryczny i niepewny, ale jednak sojusznik, zamilkł tajemniczo w ciągu ostatnich dni. Chodziły nawet plotki - w które Gołębica nie chciała wierzyć - że został aresztowany przez anakratoi i osobiście zamęczony na śmierć przez Syntyche. Cokolwiek jednak by się nie stało, oczekiwać go na nadchodzącym spotkaniu byłoby niebezpieczną naiwnością... za to z całą pewnością mógł pojawić się tam zięć Fernike, Jagon Minskin. Ambitny i przebiegły oficer uczynił więcej niż wystarczająco, by uczynić z siebie osobistego wroga Gołębicy i stać się osobą, której Fernike najbardziej ze wszystkich nie chciałaby oglądać... żywej. Ale trzeba było grać takimi kartami, jakie los rozdawał; Gołębica miała wrażenie, że jakiś podły szuler wyjął z jej talii wszystkie asy, zostawiając w niej same blotki, a wszyscy pozostali mają na rękach pełen kolor. Cóż, zawsze mogła blefować...

Otrząsnęła się i uspokoiła ręce. Nie z takich kłopotów wychodziła cało, a nawet na swoje. Wystarczy tylko zachować trzeźwość umysłu i nie tracić z oczu założonego celu.

- Samil, kochanie... - powiedziała miękko, zwracając się do stojącego przy oknie ochroniarza - Na pewno masz coś na nerwy, prawda? Uratujesz rozhisteryzowaną damę w potrzebie? - uśmiechnęła się, puszczając oczko.

Mężczyzna kiwnął głową, podchodząc bliżej. Wyglądał jak portowy zbir, którego lepiej nie spotkać w ciemnej uliczce; oszpecona twarz i masywna, zwalista sylwetka osiłka ostro kontrastowała z eleganckim, wręcz fircykowatym ubiorem, jaki nosił. Trzeci Gutierez był najbardziej podobny do Korala, zarówno pod względem wyglądu, jak i usposobienia. Dlatego właśnie Gołębica wolała jego zabierać jako przyboczną straż w miejsca wymagające taktu i dyskrecji, zamiast ochlaptusa i kleptomana Hakima czy niezrównoważonego sadysty Alego. Samil wyciągnął z kieszeni aksamitnej kamizelki małe, pięknie rzeźbione kościane pudełeczko i pasującą do niego rurkę. W środku znajdował się biały, krystaliczny proszek; mężczyzna sprawnie usypał z niego cienką linię na blacie i podał Gołębicy rurkę. Sam wziął odrobinę substancji w palce i starannie wtarł w dolną wargę. Otrząsnął się jak po zimnej kąpieli; jego oczy zalśniły, a na skórę wypełzł lekki rumieniec. Narkotyk musiał być pierwszej mocy.

Fernike wciągnęła proszek i odchyliła głowę do tyłu, czując jak śluzówka boleśnie obkurcza się i wysycha; od zatok rozeszło się jej po twarzy nagłe uderzenie ciepła, jakby nieostrożnie otworzyła drzwiczki nagrzanego pieca. Nieprzyjemne odczucia trwały jednak moment; po chwili Gołębica z ulgą wypuściła z płuc powietrze, czując jak narkotyk zaczyna działać. Strach zniknął, zastąpiony poczuciem kontroli i siły; świat wokół wyostrzył się, zyskując na szczegółach i głębi, a myśli kobiety zaczęły szybciej i jaśniej krążyć, odrywając umysł od przyziemnych trosk. Za to euforyczne pobudzenie trzeba będzie zapłacić nocą pełną ciężkich snów i fizycznym osłabieniem następnego dnia, ale na tą chwilę ważniejsze było, że Fernike czuła z całą pewnością, że cokolwiek by się nie stało w ciągu nadchodzących godzin, na pewno da sobie z tym radę. Wręcz nie mogła się doczekać, by zmierzyć się teraz z problemami, które jeszcze chwilę temu wydawały się ją przerastać...

* * *

W chwili, kiedy wsiadała do czekającego pod jej kamienicą przysłanego powozu, nad Skilthrą zaszło słońce, pogrążając miasto w ciemnej chmurze mroku.
 
__________________
"Polecam inteligentną i terminową graczkę. I tylko graczkę. Jak z każdą kobietą - dyskusja jest bezcelowa - wie lepiej i ma rację nawet jak się myli." ~ by Aschaar [banned] 02.06.2014
Nieobecna 28.04 - 01.05!

Ostatnio edytowane przez Autumm : 27-01-2017 o 17:58.
Autumm jest offline  
Stary 28-01-2017, 12:01   #4
 
Caleb's Avatar
 
Reputacja: 28019 Caleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputację
Tak naprawdę wszystko sprowadzało się do jednego podziału. Na zabijanych i zabijających. Nie szło nawet o dosłowność profesji Browna, ale że w każdym człowieku tkwiła ofiara lub kat. Dopiero z tego faktu wynikały pozostałe cechy charakteru.
Pierwszych lubił nazywać martwymi za życia. Na przykład Polidor. Tytuł strategosa musiał mu ciążyć bardziej niż własny brzuch. Byle tagmatos miał więcej jaj od niego. Gdyby zaszła potrzeba powstania zza biurka i próby sił w otwartej walce, wróg rozprułby tego wieprzka w jedno uderzenie serca. Dobrze że mieli go podobno zmienić, bo stary by już w ogóle w tagmatę zwątpił.
Albo radny Symonides. Pierdział w stołek na obradach, wiedząc że jest jeno figurą i nie posiada realnej władzy. W obliczu prawdziwej polityki, zostałby przez nią pożarty. Bo akurat ta potrafiła nieść gorętsze batalie, niż toczone z obcym wojskiem, a może nawet morfą.
A przecież znał lichwiarzy, kurwy i wykidajłów bardziej zapalczywych niż ci, którzy obsadzali wysokie stołki. To byli na swój sposób silni ludzie. Nigdy nie dali się stłamsić przez gówno warty los. Ich wyłapywał bardzo szybko. Owe rozeznanie było przecież częścią jego pracy.
“Zabójcy” nie znajdowali się więc tylko w gildii. Ten przekrój miał szerszy zakres niż naiwne skojarzenie noża z bebechami. Ofiara i siepacz to zarazem sługa i rządca. Dawca oraz biorca.
Nekri z całą pewnością należała do tej drugiej kategorii. Bynajmniej tylko dlatego że była oprawczynią Skilthry. Przez życie szła z konsekwencją ostrza przebijającego zgniłą tkankę miasta.
Tylko człowiek pozbawiony rozumu by ją lekceważył. A Brown z pewnością głupcem nie był. Wiedział co oznacza gniew Syntyche. W milczący sposób szanował ją za tę bezwzględność. Co nie znaczyło, że egzekutorkę lubił.
Kiedy jego najlepszy uczeń, Cyric przyszedł do vasanistissy nieproszony, wiele ryzykował. Nawet jeśli zamierzał zjawić się tylko pod pozorem uroczystości pogrzebowych przybranego brata, Baltarysa. Gdy okazał nieprzystającą do jego statusu dumę, tylko Brown mógł mu pomóc. Biedny dureń, nawet nie wiedział co go czekało, gdyby stary nie ruszył z odsieczą. A może i posiadał jakąś tego świadomość. W podziemiach Skilthry również odkupowało się winy za pomocą śródków, spośród których łzy oraz krew ledwie otwierały długą listę.
Cyric był jego dzieckiem. Co prawda nie takim jak Baltarys, ale rodziny nie definiowały tylko więzy krwi. Kimże stałby się sam Brown, gdyby ktoś inny nie uświadomił mu tego lata temu. Po akcie pokory protegowanego, wybaczył mu. Tym razem.
Jednocześnie mistrz podziemi zaciągnął dług u oprawczyni. Odebrał swego chowanka, czego ceną miał być podarowany na egzekutorskiej tacy kozioł ofiarny. Nie namyślał się długo, choć udawał że w istocie było odwrotnie. Chciał żeby skubana myślała, iż okupiła to u starego ciężką decyzją. Dla niego to była konieczność. Tyle.
W obecnej sytuacji smród ciągnął się z dwóch zafajdanych źródeł. Zgodnie z jego rozkazem, zabito kuszniczkę ze straży zwaną Amber. Dwa: porwano jej szefową, anoterissę Origę Torukię. Również miała zginąć, ale tak się pojebanie złożyło że uszła z życiem. Nekri chciała jej żywą, zapewne aby nie zaognić sytuacji z tagmatą. Stary zezwolił ją wypuścić, ale dopiero gdy jego córki złamały weń ducha. Mimo iż tej kobiety zwyczajnie nienawidził, musiał przyznać że ona także stanowiła typ wojownika. Mało kto tak kurczowo trzymał się życia i zmysłów. Większość mężczyzn już dawno by dała za wygraną.
Brown ani myślał umywać rąk od odpowiedzialności. Ręczył za swoje dzieci oraz ich czyny. Taka była cena piastowania miejsca na szczycie, choć jak na ironię - w najgłębszym miejscu Skilthry. I choć był świadom swoich rozkazów, których implikacje powinien przewidzieć, to równocześnie gniew na własne dzieci był usprawiedliwiony. Bo to trzeba było od razu drzeć się, że straż brata trupem położyła? Nie lubił, nienawidził gdy ktoś z tak gorącą głową podchodził do swojej pracy. Chciał wierzyć, że to wina kompromisu podejmowania trudnej misji z temperamentem młodej głowy. Bo jawnego braku subordynacji by zwyczajnie nie zdzierżył.

Opuścili bustuarium przez ukryte przejście w piwnicach. Z tego co zdążył usłyszeć, na zewnątrz budynku trwał jakiś rwetes. O to chwilowo nie dbał. Kto jak kto, Nekri wiedziała jak ustawić mącicieli, tym bardziej na swoim poletku.
Trafili do kanałów, co i tak było mu na rękę. Tutaj czuł się pewniej niż na otwartej przestrzeni. Ilekroć kroczył ulicami miasta, przytłaczał go ogrom niebios rozciągniętych nad głową. Były niczym monstrualne sklepienie, gotowe spaść na ludzkie robactwo w dowolnej chwili. Podziemia działały inaczej. Stanowiły zrozumiałą i zamkniętą konstrukcję.
Kiedy tak brodzili w błocku i nieczystościach, Brown chciał wiedzieć jedno. Co dokładnie tak rozwścieczyło Syntyche. Cyric powinien wyspowiadać mu się tu i teraz. Lecz ten drżał i wyraźnie brakowało mu sensownych tłumaczeń. Stary nie mógł patrzeć na taki widok. Machnął tylko ręką.
“Dzikie” rejony kanalizacji miasta zaczęły się zmieniać w dobrze znane im terytorium gildii. Byle jakie, pochylone korytarze zastąpiły przejścia wsparte na grubych stelażach. Odnogi prowadziły do cel oświetlonych przez setki świec. Mimo ich iluminacji, wszędzie panował półmrok. Dopełnieniem tegoż były szepty dobywające się z licznych zakątków i alkierzy. W domu Browna można było porozumiewać się tylko półgłosem.
Mistrz odwrócił ponure oblicze w stronę sługi. Cyric przez chwilę spoglądał niechętnie na oszpeconą twarz swego mentora.
- Zejdź mi z oczu i zajmij się czymś pożytecznym - rzekł ostentacyjnie Brown i natychmiast skierował kroki ku najniższym kondygancjom.
Musiał od razu przejść do realizacji swojego planu. Człowiek, którego miał zamiar wydać Nekri nazywał się Theodric. Był niezgorszym zabójcą, któremu przydzielił już szereg zleceń. Ale raz skrewił. I to porządnie.
Nie lubił marnować dobrych ludzi. Dlatego dla wąskiego grona najlepszych skrytobójców przeznaczył pewną dyspensę. Pod kanałami miasta znajdował się bowiem jeszcze jeden poziom.


Nie miał pojęcia ile dokładnie lat liczyły sobie katakumby. Był jedyną osobą, która znała ich skomplikowany układ, mimo że niektórzy wątpili aby można było spamiętać tak duże miejsce. Jednak nawet on nie zapuścił się w dosłownie każdy korytarz. Część z pewnością już dawno uległa osunięciu, inne zalały nieczystości z właściwych kanałów.
Każdy, komu darował bezpośrednie wymierzenie kary, musiał zejść tutaj z mieszczącym się w dłoni prowiantem oraz równie skąpym źródłem światła. Jeśli delikwent znalazł drogę powrotną, jego winy zostały puszczone w niepamięć. Gdyby zabłądził... nie mógł tedy przynajmniej narzekać na wiekuistą samotność. Katakumby były dosłownie wyłożone kośćmi należącymi do magnaterii z poprzednich pokoleń. Choć patrząc na ich liczbę, Brown podejrzewał że zaczęto tu później wrzucać gnaty poślednich mieszkańców. Kiedy morfa szalała po świecie, zwłoki częstokroć palono. zaś zwęglone szczątki zrzucane były do krypt. Te ze strefy sacrum przeszły ponurą drogę do formy trupiego śmietnika. Później, wraz z rozwojem miasta większość zwyczajnie zapomniała o tym miejscu. Nie Brown.
Wąskie przejścia, oświetlone jedynie liżącym pochodnię ognikiem, sprawiały klaustrofobiczne wrażenie. Każden korytarz prowadził do kolejnych, identycznych odnóg. Prócz zapomnianych kapliczek nie było tu innych punktów odniesienia. Nic dziwnego, że tak łatwo szło tu zabłądzić.
Twarz starego nieznacznie rozciągnęła się, gdy powoli krocząc, minął parę opuchniętych, sinych trupów. Ściany obok był porysowane śladami paznokci. Zastanawiał się co czuł ludzki umysł, którego właściciel ostatni swój czas spędził w ciemnościach. Może resztki świadomych myśli czepiały się jego postaci jako ciemiężcy. Chciał sądzić jakoby było wręcz przeciwnie. Że ukarani kajali się i błagali dobrego ojca o powrót do jego łask. Jedna z przeklętych dusz miała się za parę chwil doczekać się ponownego widzenia z mistrzem. Czy tego chciała lub nie.
Wtedy to usłyszał. Szloch Theodrica przypominał szczebiotanie przerażonego zwierzęcia. Bez problemu wybrał parę następnych rogatek. Szedł powoli, z dostojeństwem człowieka dla którego tysiące trupów było jedynie tłem wobec załatwiania interesów. Wyszedł mu naprzeciw.
Wychudzona postać musiała nosić maskę. Podobnego wyrazu twarzy nie mógł posiadać żyjący człowiek. A jednak. Theodric przypominał żałosną kopię samego siebie. W jego źrenice przelała się ciemność oraz zwierzęcy strach, poszerzając je do ogromnych rozmiarów. Dumne kiedyś oblicze nabrało kredowej barwy. Ubranie, a właściwie to, co z niego pozostało przywodziło na myśl drugą skórę. Zwisało z niego równie luźno, było poszarpane i brudne.
- A zatem postradałem zmysły. Widzę duchy - wybełkotał Theodric.
Mistrz pokręcił głową.
- W żadnym wypadku, choć możliwe że gdzieś tutaj są.
- Ja… nie rozumiem.
Podszedł do byłego ucznia bliżej. Położył mu dłoń na ramieniu. Kąciki ust starego podniosły się. Aby oddać słowo prawdzie, grymas przypominał próbę kogoś, kto czytał o uśmiechu, ale nie wiedział jak zastosować go w praktyce.
- To bardzo proste, Theodricu. Przyszedłem cię stąd uwolnić. Uznałem że miast zakłócać spokój przodków, bardziej potrzebny będziesz gdzieś indziej. Uznaj to za akt mojej łaski - podniósł mu głowę, aby zrównała się z jego własnym obliczem - Powinieneś to docenić. Nie zwykłem tak szafować zrywami mojego serca.
Więzień nie mógł uwierzyć w to, co słyszał. Chyba nadal sądził, że istotnie dopadło go szaleństwo. Coś wreszcie zaskoczyło w jego głowie, bowiem padł na kolana i uniósł się wysokim zawodzeniem.
- Dziękuje… o bogowie… jesteś wspaniałomyślny, ojcze!
Brown wyswobodził swoją nogę z rąk mężczyzny. Spojrzał na niego, nie kryjąc pogardy.
- Nie jesteś moim synem. Ale wciąż możesz się przydać.
- Wszystko. Co tylko każesz oj… panie!
Pokręcił głową. Mówiąc “docenić”, nie miał na myśli płaszczenia się. To był żałosny spektakl. Gdyby nie był mu potrzebny, najchętniej wdeptał by go w ziemię jak glistę.
- Chodź za mną - powiedział tylko i odwrócił się, by ruszyć z powrotem do wyjścia.

Wezwał je do siebie, jak tylko wróciły do gildii. Ostatnio dobrze się sprawiły, dał im więc czas zająć się swoimi sprawami. Przyjął dziewczynki w swojej celi. Ledwie parę pomieszczeń obok, siedział przykuty do ściany Theodric. Dębowe drzwi upewniły Browna, że ten nie zasłyszy prowadzonej rozmowy.
Spojrzał na swoje córy, Utishę i Altiję. Przez ułamek sekundy dało się ujrzeć w jego oczach dumę. Prędko jednak na swoje miejsce wróciła ponura aparycja mistrza.
- Przyzwałem was, ponieważ Theodric chwilowo wrócił do naszej społeczności. Czeka dla niego pewne zadanie u egzekutorki naszego miasta. Teoretycznie winien być posłuszny i spełnić je bez namysłu. Widzicie jednak, wizyta na dole nieco zmieniła Theodrica. Mało w nim życia i werwy, która to jest cechą mężów w jego wieku.
Wstał i rozprostował kości. Nalał sobie wina wina z omszałej karafki. Następnie pociągnął zdrowy haust. Myśli szybko się wyklarowały.
- Każdemu z nas na czymś zależy, prawda? - tylko przelotnie skupił się na Altiji, dobrze wiedząc w jaki sposób patrzyła czasem na Cyrica - Mówię o prawdziwych priorytetach. To odróżnia nas od zwykłych morderców. Problem jest takiej natury, że Theodric ducha stracił. Jeśli pójść pod jego celę i uchylić luft, zobaczyłybyście wypalonego człowieka bez wiary. A ktoś taki jest mało wiarygodny. Syntyche chce posłusznego pieska, gotowego przyjąć przygotowany dlań scenariusz. Nie pojebańca, który w dowolnym momencie zacznie burdel robić, bo i tak nie posiada nic do stracenia. Przypomnijmy mu, że jest odwrotnie.
Nachylił się do córek konspiracyjnie, mimo że pozostawali w pomieszczeniu we trójkę.
- Theodric miał rodzinę gdzieś w Studni. Według tego co ćwierakają moje ptaszki, mieszka tam jego bękart. Prowadzi skromny zakład krawiecki. Nasz pętak wciąż żywi do niego jakieś uczucia, bo część urobku mu przysłał. Jest też wuj, z zawodu druciarz, choć ostatnimi laty dusznica go do łoża przyszpiliła. Odwiedźcie któregoś z nich, pozbądźcie kilku palców lub czego tam chcecie. Theodric może już rozumu wiele nie posiada, ale emocji tak szybko wyrugować z człeka nie idzie. Jak ujrzy “zgubę” swej latorośli czy wuja, pojmie szybko o co toczy się stawka.
Znów zaschło mu w ustach. Ostatnio działo się to nader często. Dokończył trunek i zanotował w pamięci, że trzeba będzie posłać do Thormunda po więcej wina.
- Jak tylko sobie rzecz uświadomi, zabierzecie go do bustuarium jeszcze dziś przed zmierzchem. Wskażę wam drogę w kanałach. Nie zwlekajcie zatem córy moje i nie każcie mi czekać. I jak choć cień podejrzenia na mnie padnie, niech wasze nogi tu nawet nie postąpią. Pożyjecie kwadrans dłużej.
Groźba pozostawała w sferze hipotetycznej. Należało jednak stale podkreślać że w żadnej relacji nie wolno było się z Brownem przesadnie spoufalać. Kumoterstwo osłabiało dyscyplinę, na którym zbudował podziemne królestwo.

Z Theodriciem ustalił nową wersję już wcześniej. Miało go coś łączyć z Origą i tym samym być zazdrosnym o Mossmonda. Na tego znów był za cienki w uszach. Wyimaginowany kochanek wciąz jednak nie mógł znieść odrzucenia. W afekcie zabił Amber, bliską przecież podmiotowi westchnień. Tak co by pokazać że nie żartuje. To mu jednak nie wystarczyło. Chciał ją mieć tylko dla siebie. Chore pożądanie przejęło nad nim kontrolę. Porwał kobietę, dając upust niezaspokojonym rządzom. Jeśli miała zajść taka potrzeba, gotów był pogadać z Hagne. Relacje tuzina kurw, o tym że Theodric burdel często odwiedzał i lubił tam się sadystycznie wyżyć, spięłyby historię logiczną konkluzją. Nie takie usługi zamtuz oferował.
Jeśli Nekri miała lepszy pomysł, ani myślał ją dalej wyręczać. Swoje uczynił i miał nadzieję, że poselstwo spełni swoje zadanie. Wolałby udać się do Syntyche osobiście, ale miał dziś jeszcze jedno, ważne spotkanie.
Czekała na niego w osobistej celi. Jeszcze nim wszedł i zamknął za sobą drzwi, poczuł charakterystyczny zapach. Jaśmin i lawenda. Nie sposób było pomylić tych woni z niczym innym.
- Balansujesz na ostrzu noża, wiesz? - powiedziała dźwięcznym głosem.
Prychnął i przysunął sobie zydel.
- Gówno się tam znasz. Moja pozycja jest świetnie zabezpieczona.
- Na pewno? Zastanawiam się, czy potrafiłbyś spojrzeć w oczy zwierciadła i to powtórzyć.
Zgrzytnął zębami. Czasem jej nienawidził, mimo tego że…
- Zamknij się. Trzymam rękę na pulsie. Nie rozumiesz nic ze złożoności machiny, jaką uruchomiłem tu pod miastem. Myślisz że choć na sekundę przestałem być czujny? Doskonale orientuje się ilu ludzi widziałoby mnie martwym. Ale stary Brown nie da się podejść jak amator.
Nie musiał na nią patrzeć, aby wiedzieć że się uśmiecha. Bawiło ją to. Przez chwilę poczuł się mały, obnażony.
- Amatorem nie był też Kruk. A jak skończył?
Tego było zbyt wiele. Brown zerwał się na równe nogi i kopnął ją. Potem rzucił całym ciałem do przodu. Począł okładać pięściami. Co ona sobie kurwa wyobrażała? Że niby kim jest, aby zwracać się do niego w taki sposób?
Ręce miał unurzane we krwi, ale nie dbał o to. Jej skóra ulegała morderczym ciosom. Pękała karminem w kolejnych miejscach.
Stojący na straży przyboczny zareagował natychmiast. W ułamku sekund dobiegł do celi i załomotał w drzwi.
- Ojcze? Czy wszystko w porządku?
Nie czekając na reakcję uchylił drzwi.
Brown klęczał sam na środku pomieszczenia. Jego oddech był ciężki. Ręce miał poharatane o butelkę czerwonego wina.
- Nigdy nie było lepiej - wydyszał.

 

Ostatnio edytowane przez Caleb : 29-01-2017 o 04:17.
Caleb jest offline  
Stary 28-01-2017, 23:44   #5
Konto usunięte
 
Velg's Avatar
 
Reputacja: 365 Velg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetny
Leżał, a diatrysi o pokaleczonych twarzach bez wyrazu pochylały się nad nim i zaglądały w jego otwarte trzewia, jakby chcieli z nich coś wywróżyć – zupełnie, jakby byli szamanami-wykrzywieńcami.

Czasami starał się do nich coś powiedzieć – zapytać, czy otworzą mu żyły; zapytać, co z jego córką; zawołać któregoś ze swoich – ale samo gardło odmawiały mu posłuszeństwa. Czuł się, jakby gdzieś w gardle morfa wyrosła mu nowa kość. Zresztą, sam umysł, rozgrzany od gorączki i haomy, nie chciał się go słuchać – ale przynajmniej dzięki gorącu nie czuł piwnicznego zimna.

Bardzo chciał, aby spojrzeć w puste oczy diatrysa – i spróbować wyczytać z nich swój los – ale nie potrafił. Kiedy tylko próbował, to od haomy zdawało mu się, że pobłyskują krwawo. Jednak nawet odwrócenie wzroku nie pomagało: ściany z ciemnego kamienia również jarzyły mu się czerwienią w wątłym świetle.

Poddawał się i zamykał oczy, a opadające powieki zdawały mu się coraz cięższe. Czuł, że powoli kończą mu się powody, aby je otwierać. Zawiódł. Kto wie? - może, gdy tu leżał, Proto beznamiętnie obiecywał, że wydadzą go nowemu wielkorządcy Skillthry.

W celi?, pokoju? nie było światła dziennego, a ludzie diatrysów przychodzili zbyt nieregularnie. Ile mijało czasu, gdy wychodzili, zabierając ze sobą kaganek? Może godzina?, może dzień?

Miał nadzieję, że przyjdzie ktoś inny. Jednak jego jedynym towarzyszem – oprócz diatrysowych ludzi – był ktoś inny, wyjący w sąsiedniej celi. Dlatego na przemian bał się i czuł się zdradzony. Bo tak, mógł być złym ojcem: zamknąć nawet >własną< córkę w zamku, aby nie dostała pomysłów. Tak , że >własna< Szirin odmawiała nawet ucałowania ojcowskiej ręki – ale przecież byli >rodziną<, a archigos był ojcem zarówno dla >Szirin<, jak również dla wszystek Jehudan.

Dlaczego więc nikt nie przyszedł? Czy naprawdę tylko dlatego, że diatrysi bronili im przystępu? Czyżby tu, teraz, za murem rozszalały tłum mści się za jego rządy, mordując jego zimków oraz niszcząc jego spuściznę w nich? Może słodkimi słowami dali się przekupić któremuś z radnych, który teraz próbuje popsuć jego krew?

Nie pamiętał za to, ile razy przychodzili do niego już trzej diatrysi. Kiedy jeszcze spał, rozharatali mu brzuch – tak zręcznie, że podejrzewał, że musieli do tego sprowadzić medyka. Teraz, gdy przychodzili, robili to tylko, aby obejrzeć jego rany od środka. Czego szukali? Nie wiedział. Może węszyli, czy wykrzywiło go od wewnątrz? W każdym razie – pytanie, którą padało, znał już na pamięć.

Morf?” - zawsze pytał jeden z nich. „Jeszcze Morf nie” - odpowiadał inny. Nie wiedział, czy się zmieniali – nie odróżniał ich, a był znacznie za słaby, aby się podnieść i ich odczytać numery.

Wtedy – zamieniwszy te słowa – wychodzili, aby wrócić za jakiś czas. Czasami – pomiędzy ich wizytami – przychodził do niego młody, niski diatrysowy człowiek, którego – jak kojarzył – kiedyś przydzielił, aby pomagał diatrysom.

On z kolei był tu tylko, aby wlać w jego gardło haomę. (Może dlatego, żeby uśmierzyła jego ból. Może, aby mogli otworzyć mu – upojonemu – żyły, gdyby się zmorfował.) Kilka pierwszych razy chciał walczyć – i kąsać palce śniadego chłopca – ale jego ciało zapłonęło żywym ogniem. Był zbyt słaby, aby stawiać opór. (Zresztą, wtedy diatrysi usłyszeliby o tym.) Wybrał więc inną ścieżkę: otwierał usta, ale starał się, aby zatrzymać część narkotyku w ustach i wypluć go w kąt, gdy tylko chłopiec wyjdzie.

Jednak – jak się okazało – miało to złe strony. Kiedy – tym razem – któryś z diatrysów zadźwięczał „Morf?”, a drugi sięgnął do jego wnętrzności, zabolało znacznie bardziej niż się spodziewał. Ból rozerwał jawę na cząstki.

I już był gdzie indziej. Umysł mu się rozgrzał myślą, a od rozgrzanych myśli szybował. Jego połamane ciało poruszało się podle jego woli tak samo, jak rydwan podąża za lejcami woźnicy. Przestrzeń wydawała się nieważna – zupełnie, jakby przepychał ciało w górę, przez puste przestwory. Już miał wznieść się ku Słońcu, lecz wtedy niebiosa przeklęły go i strąciły w przestwór, a wtedy on przeklął i niebiosa.

Spadł w odmęty jak deszcz, a jego ciało rozbiło się o twardą ziemię. Zewsząd otoczyły go znajome twarze: paskudna maska Syntyche, melasowy uśmiech diuka, głodne oczy poprzedniego strategosa…, ale wszyscy byli obcy, a nigdzie nie było nikogo z jego ludu. I oni – obcy – wyczuli, że jest inni, zaczęli go jeść tak samo, jak jak jadło ofiarne.

I wtedy – wśród jego krzyków – sen się skończył, a na jego miejsce przyszedł kolejny.
 
Velg jest offline  
Stary 03-02-2017, 20:17   #6
 
GreK's Avatar
 
Reputacja: 31454 GreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputację
Decato.

Wyczuwała ją przez skórę od kilku dni. Im bardziej na północ, tym intensywniejszą. Wszechobecną. Skóra piekła lekko a nabrzmiałe blizny, układające się w zawiłe wzory brązowiły się na bladej cerze. Lecz to czego doświadczyła już kilka mil od Skilthry było czymś nieoczekiwanym.

Słyszała od mistrzów, że na rubieżach cesarstwa jej stężenie było znacznie większe niż w jego centrum, lecz nie spodziewała się takiego poziomu. Morfa. Ogrzewała krew płynącą w żyłach, pulsowała w głowie.

Gdy fortece wtoczyły się za mury stężenie substancji spadło. Dało się odczuć pozytywny wpływ aury roztaczanej przez zakonników. Pempto wysłał w jej kierunku mentalne powitanie, oraz krótką wiadomość:

~ Trito oczekuje.

I wtedy stało się coś...


Brown.

Zmęczony rozmową. Zapadł w płytki, niespokojny sen.

W pewnej chwili coś zwróciło jego uwagę. Coś na tyle odbiegającego od normy, co spowodowało, że w błogim alkoholowym zamroczeniu zdecydował się podnieść ciężkie od snu powieki i z wielkim trudem się skoncentrować. Jakiś dźwięk, którego nie był w stanie teraz przywołać. Coś...

Skoncentrował się, lecz wokół było cicho. Przerażająco cicho. Nie było słychać szczekania psów, z podziemi nie dobiegało jęczenie i skomlenie Theodrica. Theodric!

Zdjęty nagłym, złym przeczuciem wstał i chwiejnym krokiem ruszył w kierunku podziemi. Tak dobrze znane mury i korytarze, tej nocy wydawały się takie milczące i obce. Migotliwe światło pochodni lizało nierówne stropy i ściany, prześlizgiwało się po pokrytej pyłem podłodze.

Zszedł do katakumb. Stare, porozrzucane kości trzeszczały pod jego stopami. Wśród tego chrzęstu, jedynego dotychczas dźwięku zdawało mu się, że usłyszał coś jeszcze. Przystanął.

Popiskiwanie.

- Theodric? - głos załamał mu się mimowolnie. - Theodric! - poprawił się zaraz.

Popiskiwanie nie ustawało. Jakby jakieś małe dziecko chlipało głośno. Ruszył w tamtym kierunku.

Za kolejnym zakrętem zauważył czarną, kłębiącą się przy czymś masę. Podszedł powoli bliżej, przyświecił światłem.

Duże, kanałowe szczury żerowały na czerwonym ochłapie, który musiał być nogą. W bucie nałożonym na poobgryzany krwawy strzęp, który był wcześniej ludzką kończyną rozpoznał obuwie swojego więźnia.

Szczury pisnęły ostrzegawczo zwracając na niego uwagę. Jeden, większy od pozostałych podszedł bliżej i ugryzł go boleśnie w kostkę, przegryzając z łatwością żółtymi zębami skórę aż do krwi.

Brown zaklął głośno kopnąwszy gryzonia i odrzucając go pod jedną ze ścian, i zaczął powoli się cofać. Szczury, wyczuwszy świeżą krew, zaczęły wciągać powietrze wietrząc nową ofiarę. Kolejny głośny pisk. Jak na znak wszystkie oderwały się od od padliny i zaczęły najpierw powoli a później coraz szybciej biec w kierunku światła rzucanego przez pochodnię.

Nie czekając dłużej, Mistrz Podziemi odwrócił się i zaczął uciekać przed siebie po starych, porozrzucanych w korytarzu kościach, słysząc zbliżające się z każdym przebytym metrem piski i trzaski łamanych piszczeli. Krzyknął dopiero wtedy gdy lewa noga utknęła mu w kości miednicy.

Upadł.
Pochodnia wypadła mu z dłoni.
Szarpnął się, lecz stopa utknęła na dobre.
Pierwszy szczur wpełzł mu pod nogawkę, gdy udało mu się przekręcić na plecy.
Kolejne zaczęły go obłazić jak robactwo psujące się mięso.
Krzyknął po raz drugi gdy żółte zębiska wbiły mu się w szyję.

Fernike Spiros.

Gdy otworzyła oczy ujrzała nad sobą zmorfieńca. Miał posturę olbrzymiego mężczyzny o bladej, białej twarzy.

- Fernike! Fernike!

To nie krzyczał morf. Krzyk dobiegał z oddali przebijając się przez dźwięczące w jej uszach dzwony i szum wodospadu.

- Kyrie Spiros! Nic ci nie jest pani?

Próbowała się podnieść lecz tępy ból z tyłu głowy skutecznie ją powstrzymał. Dotknęła ręką potylicy. Syknęła. Z tyłu głowy wykwitł jej guz a skóra była pęknięta. Musiała się uderzyć i stracić przytomność.

- Kyrie...

Wóz zakołysał się i w środku w końcu pojawił się zasapany Samil.

- Myślałem, że...

- Co się stało? - Gołębica starała się skupić myśli.

- Konie poniosły - odezwał się morf. Morf, który... Tak, znała tego mężczyznę. Widywała go w towarzystwie jednego z radnych.

Wytężyła umysł. Powoli zaczęły do niej wracać wydarzenia ostatnich chwil.

***

Samil zeskoczył ze stopnia karety gdy niebo ściemniało nagle. Jakby ktoś zgasił słońce. W jednym momencie zrobiło się ciemno i cicho. Gdy pierwsze martwe ptaki zaczęły spadać na ulicę, konie zakwiczały przeraźliwie i szarpnęły powóz. Później była już tylko szaleńcza jazda wąskimi ulicami Skilthry. Siedząc w środku Fernike próbowała utrzymać równowagę opierając ręce o ściany karety, lecz wóz podskakiwał na kocich łbach a przerażone zwierzęta gnały na złamanie karku. Ta niekontrolowana jazda mogła zakończyć się tylko w jeden sposób. Przez głowę przeleciały jej szalone myśli, zdążyła pożegnać się ze wszystkimi, których w życiu kochała nim na kolejnym wyboju straciła równowagę i uderzywszy wpierw głową w ścianę straciła przytomność.

***

Wysiedli z wozu... a raczej tego co po nim zostało. Jedno z kół roztrzaskało się na drzazgi i teraz opierał się na wykrzywionej ośce. Popręgi z zaprzęgu były pocięte a spłoszone zwierzęta gdzieś uciekły. Prawdopodobnie tylko to uratowało wóz od całkowitego roztrzaskania.

Przechodzący patrol tagmatos zainteresował się zamieszaniem.

- Co się... - zaczął postawny strażnik w stopniu anoterosa, lecz gdy rozpoznał do kogo się zwraca, zmienił ton. - Kyrie Spiros, wszystko w porządku pani?

Wtedy stało się coś jeszcze. Strażnicy zwrócili uwagę na stojącego obok olbrzyma i niemal jak na komendę wyciągnęli krótkie miecze.

- Rzuć broń skurwysynu albo sprawdzimy co tam masz w środku! - anoteros stanął między Spiros a czarnoskórym.


Utisha i Altija.

Miasto szybko pustoszało wraz z kończącym się dniem. Skilthrańczycy nie lubili zostawać na ulicach po zachodzie słońca. Zakorzenione głęboko przeświadczenie, że noc jest domeną Morfy i jej przepoczwarzeńców skutecznie zniechęcały mieszkańców do opuszczania bezpiecznych schronień. Tak więc nocą po jej ulicach poruszali się nieliczni a wśród nich najczęściej można było spotkać patrole straży miejskiej i typów najgorszego sortu. Jedni drugim starali się nie wchodzić w drogę.

Utisha i Altija dotarły do Studni, gdzie miały zamiar wypełnić zadanie dane im przez Browna w momencie gdy słońce schowało się za horyzontem. Nagle zrobiło się ciemno i cicho, i jakoś nieswojo.

- Dziwne - smarknęła na ulicę Utisha łapiąc płatki nosa w dwa palce. - Katar. Dawno nie miałam kataru.

Altija spojrzała na nią dziwnie.

- To krew - odpowiedziała.

Brown.

Obudził się zlany potem. Z przerażeniem spojrzał na czerwone spodnie. Dopiero po chwili oprzytomniał i zobaczył rozlane na podłodze czerwone wino.

Skoncentrował się, lecz wokół było cicho. Przerażająco cicho. Nie było słychać szczekania psów, z podziemi nie dobiegało nawet jęczenie i skomlenie Theodrica. Theodric!


Parwiz Jehuda.

Słońce było wielką, rozgrzaną tarczą. Paliło skórę. Oślepiało załzawione oczy. Parwiz wykrzywiał nieludzko głowę. Byle tylko uciec od gorącego piekła. Lecz mściwi Diatrysi mocno uwiązali go do koła na przyzamkowym rynku, tam gdzie zwykle odbywały się kaźnie ku uciesze gawiedzi. Teraz on, archigos Skilthry wystawiony był na pośmiewisko. Słyszał okrzyki tłumu. Cieszyli się? Czy byli oburzeni? Chciał spojrzeć, lecz nie widział choć wyginał jak mógł nabrzmiałą z wysiłku szyję. Nie wiedział jak go żegnają - jak bohatera czy tyrana?

Podłożono chrust. Będą palić go jak zmorfieńca. Czy wykryli drugą wątrobę? Czy może przemienione organy? Jak się poznali? Skąd wiedzą? A może się pomylili, może kto przepłacił, żeby się pozbyć, żeby usunąć z drogi.

Już podpalono. Usłyszał trzask suchego drewna. Poczuł zapach żywicznego dymu. Gorąc. Gorąc. Paliło. Czuł jak skóra na plecach pęka pod wpływem gorąca. Syknął. Otworzył oczy.

Znowu był w celi. Skóra skroplona potem. Pić... Wody... Plecy piekły tak jakby ktoś go rzeczywiście przypiekał żywym ogniem.

Zobaczył go wyraźnie. Diatrysa stojącego w drugim kącie celi. Nachylającego się nad kimś - tak samo jak Jehuda przywiązanym do prostego łoża. Zobaczył rytualny, zakrzywiony nóż w dłoni zakonnika. Taki sam, jakim - widział to wielokrotnie - wycinano runę katharos, rzadziej prokismenos, taki jakim otwierano żyły naznaczonym Morfą niemowlakom. Ostrze wprawnym ruchem przecięło tętnicę żylną. Eleanore Chamberlain otworzyła szeroko oczy. Nie krzyknęła nawet. Krew, pulsującym strumieniem wylewała się z jej ciała zalewając podłogę i oblepiając szatę zakonnika, tworząc lepką skorupę. Eleanore gasła. Jej oczy powoli zasnuwała mgła.

Zakonnik nie poświęcił jej więcej niż spojrzenie. Podszedł do następnego łoża.

- Tak to się skończy? - rozpoznał łamiący się głos Fitzgeralda.

- Morf... morf... - wysapał Diatrys wyciągając w pokrzywionej dłoni nóż w kierunku szyi skarbnika.

Decato.

Zaraz po tym jak wiatr uniósł poły szaty Pempto, nim ten zdołał krzyknąć by zamknięto wrota, posłał jej ostrzeżenie.

Uderzenie morfy jednak ją zaskoczyło. Jego siła powaliła ją na kolana. Gdyby nie przebyte przeszkolenie i ochronne runy, zapewne straciłaby przytomność tak jak ludzie wokół niej. Teraz tylko szumiało jej w głowie. Chwilę później to wyczuła. Morfę, która zmieniła w leżących wokół ciałach to, co stanowiło je ludźmi, w to co czyniło je przemorfowanymi skrzywieńcami.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Dreamcatcher. Horror. Storytelling. Dokąd prowadzi tunel z koszmaru?
Oblężenie. Z przymrużeniem oka. Pod miasto nadciąga armia nieumarłych.
GreK jest offline  
Stary 08-02-2017, 21:01   #7
 
Grave Witch's Avatar
 
Reputacja: 45177 Grave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputacjęGrave Witch ma wspaniałą reputację
Skilthra - obecnie


Morfa… Tak silna, tak potężna, tak niszczycielska. Czuła jak pali jej blizny, wpływa do płuc wraz z oddechem, walczy z nią o władzę nad ciałem. Ile to już razy powtarzała tą samą bitwę i ile razy wychodziła z niej zwycięsko? Ile bitw wciąż miała przed sobą? Wiele… Wiele bitw, szeptał głos dochodzący z czerni, która w niej tkwiła. Z mroku, który był jej sojusznikiem. Kąciki ust Decato uniosły się lekko ku górze. Cierpienie ciała było bowiem jego rozkoszą, w której pławiła się klęcząc w kurzu, wśród tych, którzy polegli. Ich ciała stały się naczyniem dla spaczenia. Naczyniem, które należało czym prędzej rozbić. Wzrok odzianej w czerwień postaci spoczął na najbliższym ciele. Znały go. Znały go dobrze…


Droga


Czuły ją. Z każdym dniem silniejszą, pobudzającą krew, przyspieszającą oddech. Morfa.
Płatki nosa Decato drżały gdy wciągała powietrze, węsząc. Dłoń sama odnajdywała drogę do noża. Mrowienie skóry nie dawało spokoju. Czy tak wyglądał świat poza bezpiecznymi murami siedziby zakonu? Czy tego doświadczali Diatrysi, którzy je opuszczali? Pytania kłębiły się w jej głowie i żadna nie potrafiła odnaleźć odpowiedzi. Na te bowiem dopiero przyjść czas.

Oko po raz kolejny zmierzyło okolicę. Słońce, cisza i pył drogi, który osiadał na szkarłacie płaszcza. Skupiły się bardziej, lecz nie wyczuły bezpośredniej bliskości zagrożenia. Decato odczuła jednocześnie ulgę i zawód. Musiały zadowolić się doznaniami, które niosła ze sobą sama obecność Morfy. Ten ból i ta rozkosz musiały je zadowolić.

Podążała w cieniu wozu, chroniąc się przed promieniami słońca. Jej krok był równy chociaż powolny, zupełnie jakby musiała dokładnie przemyśleć gdzie postawić stopę, zanim na ów ruch się zdecydowała. W południe, gdy nie było się gdzie schronić, znikała we wnętrzu fortecy. Drobna postać, która gdyby nie czerwień stroju, pewnie w ogóle nie zwracałaby uwagi. I po jakimś czasie faktycznie przestano na nią uwagę zwracać, a przynajmniej owa uwaga osłabła na tyle, by oczy ludzi nie śledziły ukradkiem każdego jej ruchu. Te spojrzenia nie przeszkadzały, były im obojętne, podobnie jak ich właściciele. Ich życie było tylko nic nie znaczącą egzystencją, która mogła zainteresować dopiero w chwili, w której ich ciała stałyby się naczyniami dla nieczystości. Dopóki tak się nie stało, byli jedynie cieniami, mięsem.

Od tej zasady były jednak wyjątki. między innymi młody, liczący sobie nie więcej niż dziesięć lat, chłopiec.


Z jakiegoś powodu uznał spędzanie czasu w pobliżu Decato za wyjątkowo dobry pomysł, pomimo nalegań matki by się nie narzucał. Kobieta wyraźnie nie była zadowolona z zainteresowania syna. Obie czuły i widziały tą niechęć, której powód był im jednak obcy i niezrozumiały. Tym, co rozumiały, był strach jaki kobieta odczuwała. Bała się… Dlaczego nie miałaby się bać? Decato rozumiała to uczucie, było jej dobrze znane. Zwykle też potrafiła określić jego przyczynę. Zbliżająca się śmierć, ostrze noża wnikające w ciało, potworny wizerunek… Na to wspomnienie serce zabiło jej szybciej, a oddech zgubił swój jednostajny rytm. Matka dziecka nie miała jednak powodów do obaw, które obie z czernią byłyby w stanie zrozumieć, a jednak się bała. Decato nie musiała jednak rozumieć powodu strachu by czerpać z niego przyjemność.
W ten oto sposób zyskała swój własny cień, noszący imię Seto.

Dziecko było wysokie, niemal tego samego wzrostu co ona. Jego skóra nosiła ślady słońca, które naznaczyło ją złotą barwą. Miał jasne włosy, chociaż nie tak jak Decato, której to długie pasma wystające spod kaptura, kalały szkarłat płaszcza swą bielą. Poruszał się też szybciej od niej, zupełnie jakby gdzieś w jego wnętrzu palił się płomień, który nie pozwalał mu ustać w miejscu. Jakby żyły wypełniał mu ogień, wraz z krwią krążący po ciele. Obie doszły do wniosku, że chętnie by do jego wnętrza zajrzały.

Miał wyraźny problem ze swoimi ustami, które zdawały się nigdy nie zamykać. Szybko jednak nauczył się, że zadawanie pytań było czynnością pozbawioną sensu i z góry skazaną na klęskę. Decato słuchała uważnie jego słów, jednak sama wypowiadała je na tyle sporadycznie, że oczekiwanie na te chwile było dla dziecka wyraźnym marnowaniem czasu. Nie przeszkadzało jej to, podobnie jak nie przeszkadzało czerni. Seto posiadał wiele informacji o świecie, wiedza ta jednak nie była im do niczego potrzebna. To, czego je nauczono wystarczało do celów, do których została wyszkolona. Nie czuły zatem żalu. Nie były jednak pewne czy potrafiły czuć żal. Było to uczucie zbędne, nie mające nic wspólnego z misją czy rozkazami, a tylko one się liczyły. Słuchała jednak dalej, dowiadując się w ten sposób, że wraz z matką zmierza on do swojej babki, która mieszka w Skilthrze. Kobieta ta, wedle słów chłopca, była dobrze znana i szanowana, a do tego bogata. Seto nie lubił jej jednak, a gdy usta Decato opuściło ciche i krótkie
- Dlaczego?
Udzielił jej nader wylewnej odpowiedzi z której wynikało iż jest to także osoba nader surowa w stosunku do wnuka. Nie zrozumiały jednak dlaczego noszenie niewygodnych ubrań i zakaz głośnej zabawy czy chodzenie spać wcześniej, miałoby być oznaką surowości.

Czas mijał, dzień po dniu zbliżając je do celu który został im wyjawiony przez Proto.


Stolica Cesarstwa


Wezwanie pojawiło się bez wcześniejszej zapowiedzi. Była tylko Decato, najmniej znaczącym członkiem zakonu, a jednak doświadczyła tego zaszczytu. Proto, najwyższy mistrz zakonu, pragnął je widzieć. Szła z głową pełną pytań i wątpliwości. Dlaczego akurat ona? Cichy szept czerni, słyszalny tylko dla niej, tłumaczył iż nie miało to żadnego znaczenia. Istniały by służyć i walczyć. Do tego je stworzono i w tym tkwiła ich siła. Wszystko inne nie miało znaczenia, było jedynie szumem, który brzmiał w tle. Posłuchała jej bowiem mrok, który w niej tkwił, nigdy się nie mylił.

Wkrótce wiedziała. Nie dlaczego ale po co, a to w zupełności wystarczyło. Opuszczając kaplicę skupiła całą siłę swej woli, by nie zdradzać targających nią uczuć. Szła z głową spuszczoną nisko, tak by włosy zasłoniły jej twarz. To, czego doświadczyła tam, w ciszy, wśród świec, miało na zawsze wryć się w jej umysł i duszę. Zatem tak wyglądała nagroda za wierną służbę. Jej ciało drżało. Drżało ze strachu, z wyczekiwania i pragnienia. Fakt, dopuściła się niewyobrażalnego, rozgniewała mistrza. Wspomnienie jego złości wciąż było na tyle świeże, że musiała się zatrzymać by opanować odruch ciała, które uparcie pragnęło pozbyć się tego, co otrzymało w trakcie śniadania. Wiedza jednakże… Wiedza była słodka. Spojrzała na swą dłoń i na blizny które ją pokrywały. Na jej twarzy pojawił się uśmiech. Tak, wypełni swoją misję, co do tego nie było wątpliwości. Możliwość służenia najwyższemu była wystarczającą nagrodą. Wypełni też każdą kolejną i kolejną i kolejną i tak do chwili, w której obie osiągną poziom poświęcenia, który prezentował sobą mistrz. Na samą myśl o tej chwili jej ciało przeszedł dreszcz rozkoszy. Z ust wyrwał się cichy jęk. Przystanęła by wziąć głęboki oddech i uspokoić myśli. Czerń jej w tym pomogła, jak zwykle przypominając iż na chwilę obecną liczył się tylko i wyłącznie rozkaz Proto. Wszystko inne było tylko szumem…

Następnego ranka wyruszyła w drogę do Skilthry.


Droga


Seto spędzał u jej boku niemal każdą chwilę. Z czasem przyzwyczaiła się do niego na tyle, że przestał być tylko cieniem. Poświęciła nawet czas by zapamiętać jego imię. Mimo tego, że jej twarz nie zdradzała niczego, obecność chłopca sprawiała jej przyjemność. Płynęła ona jednak nie z samej obecności, a z widoku jego matki, która niczym troskliwa kwoka nie spuszczała swego pisklęcia z oczu. Decato nie rozumiała tego uczucia, przypominało jednak to, które pamiętała z pierwszych lat szkolenia. Niektórzy z towarzyszących jej kandydatów wykazywali je w stosunku do innych. Żaden z nich nie przeżył co było dla niej wystarczającym świadectwem na to, że tego typu uczucia nie były jej do niczego potrzebne. Czerń się z nią zgadzała. Strach jednakże… Ten był inny i to z jego powodu tak cieszyła ją obecność chłopca. Miał w sobie siłę, z której mogły czerpać. Miał swój słodki smak. Był bronią, z której lubiły korzystać. Z tego też powodu pozwoliła dziecku na zabawę sztyletem, pozwoliła mu dotknąć swej szaty i przesunąć palcem po bliznach na dłoni. Jej oko śledziło wtedy zmiany, które zachodziły na twarzy kobiety. Śledziło uczucia, które się na niej malowały. Nie próbowała ich jednak zrozumieć, to nie było jej do niczego potrzebne. Wystarczyła obserwacja. W końcu Decato doszła do wniosku, że w przeciwieństwie do dziecka, matka nie posiadała ognia. Jej wnętrze było zgniłe, obumierające z każdym dniem. Była tylko mięsem, jak reszta. To chłopiec był wyjątkowy. Od momentu, w którym zdały sobie z tego sprawę, naczynie będące jego rodzicielką przestało je interesować. Kolejne dni, które dzieliły je od dotarcia na miejsce przeznaczenia, spędziły na badaniu jego osoby.

Różnił się od niej i nie chodziło tu tylko o wygląd czy przeznaczenie, które prowadziło ich innymi ścieżkami. Dla niego życie było czymś radosnym, pięknym i jasnym. Dla niej czymś takim była śmierć. Jego cieszyło biegnięcie przy wozie i słodki smak w ustach. Dla niej słodyczą był zadawany ból. Gdy on płakał klęcząc w pyle drogi po upadku, jej usta układały się w uśmiech. Był dla niej ciekawym obiektem i była to jedna z niewielu rzeczy, które ich łączyły.


Skilthra - obecnie


Spoglądała na leżące przy jej boku ciało. Przyszedł się pożegnać. Jego matka była w pobliżu, widziała jej twarz zwróconą w jej stronę. Oczy były zamknięte. Jeszcze…
Ponownie skupiła wzrok na chłopcu. Szept w jej umyśle potwierdzał to co czuła.
- Morf - słowo opuściło jej usta i znikło, nie mając nikogo, kto byłby w stanie je usłyszeć. Wargi zaczęły się wyginać, gdy dłoń powędrowała do głowy Seto. Delikatnie odsunęła kosmyk jasnych włosów, sunąc palcem po czole, po policzku, po tych ustach które nigdy się nie zamykały. Z ust zsunął się na szczękę, a z niej na szyję.
W drugiej dłoni pojawił się sztylet. Jego ostrze wniknęło w skórę, rozcinając ją i dając naoczny dowód na to, że w żyłach dziecka nie płynął już ogień. Zamiast niego była tylko krew, szkarłatna ciecz, która zaczęła tworzyć kałużę. Decato przyglądała się temu z leciutkim uśmiechem. W jej oku nie lśniła jednak przyjemność, którą zwykle odczuwała. Za mało bólu, za mało strachu. Zmarnowane naczynie.

Głęboki wdech wypełnił jej płuca smrodem Morfy. Świat zwolnił, kolory się wyostrzyły. Zmierzyła czujnym spojrzeniem tych, którzy leżeli. Płatki jej nosa zadrżały gdy zaczęła węszyć. Trito czekał, nie miała więc czasu na zabawę. Spojrzała wyczekująco w stronę Pempto. Skóra ją paliła, ostrze w jej dłoni domagało się skażonej krwi. Czerń, która w niej tkwiła, rozszerzyła swe granice uspokajając oddech, zwalniając bicie serca. Były gotowe do działania, wyciszone, skupione. Czekały na pozwolenie by zacząć działać. Gdy zaś nadeszło nie marnowały ani chwili. Jej pochylona sylwetka przemykała między leżącymi, węsząc, likwidując nieczystość. Najpierw u tych, którzy bliscy byli przebudzenia, a następnie sukcesywnie zajmowała się tymi, którzy mogli poczekać. Z ostrza skapywałą krew, mieszając się z tą, która tworzyła kałuże u jej stóp. Jeszcze nigdy nie widziała tak zmasowanego ataku Morfy, nie miało to jednak dla niej znaczenia. Nie w tej chwili, w której kolejne cięcia otwierały żyły. Na zastanawianie miał dopiero nadejść czas. Miała na to dwa tygodnie, na to i na… Lecz czerń czuwała, nie pozwoliła by umysł Decato odpłynął ku sprawom, które w tej chwili nie miały znaczenia. Ich uwaga musiała być pełna, ich ruchy stanowcze. Tyle zmarnowanych naczyń…

Nie minęła godzina i było po wszystkim. Wyczuwały strach, który niczym gęsta ciecz, spływał z ludzi, którzy przyglądali się działaniom Diatrysów. Wyczuwały też, że wszyscy ci, w których zalęgła się Morfa, w których spaczenie rozpoczęło swe dzieło, byli martwi. Pozostali zaczęli się budzić. Słyszała ich pojękiwania, przyspieszone oddechy. Woń krwi wypełniała ich nozdrza. Świadomość powoli napływała do głów. Ich strach zlał się ze strachem pozostałych. Rozległ się pierwszy, pełen trwogi, kobiecy krzyk. Do niego dołączył kolejny. Decato stała niewzruszona, chłonąc ten ból, to przerażenie i obrzydzenie. Stała i spoglądała w oczy kobiety, która była matką Seto. Rozumiała tylko część uczuć, które malowały się na jej twarzy, reszta bowiem była jej obca. Tak, potrafiła je nazwać, potrafiła podać ich znaczenie, były to jednak suche fakty. Skinęła jej głową po czym odwróciła się i ruszyła w stronę zamku. Na jej twarzy nie widać było żadnych emocji bo i żadnych nie czuła. Radość, którą czerpały oczyszczając skażonych, znikła. Pozostała misja, którą mistrz złożył na ich barki i tylko ona się teraz liczyła.

 
__________________
“Listen to the mustn'ts, child. Listen to the don'ts. Listen to the shouldn'ts, the impossibles, the won'ts. Listen to the never haves, then listen close to me... Anything can happen, child. Anything can be.”
Grave Witch jest offline  
Stary 10-02-2017, 13:37   #8
 
Caleb's Avatar
 
Reputacja: 28019 Caleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputację
Podziemne korytarze, tak samo jak w niedawnym majaku, wydawały się teraz wyjątkowo ciche i obce. Zastanawiał się, czy to nieodparte wrażenie, że coś się zmieniło spowodowane jest podświadomą reakcją na zły sen, czy może wpływem alkoholu. Nawet światło padające na nierówne ściany i cienie tańczące za załomami wydawały się jakieś nienaturalne. Podobnie jak we śnie wszedł do katakumb. Szczątki dawnych mieszkańców miasta wyścielały podłogę. Nie sposób było nie przejść dalej nie stąpając po nich. Przystanął. na rozdrożu. Stąd odchodziły dwa korytarze. Wsłuchał się w ciszę. Dłuższą chwilę nie słyszał nic poza własnym oddechem, lecz w pewnej chwili wydało mu się, że z jednej z odnóg korytarza, tej idącej jeszcze głębiej, pod poziom katakumb, usłyszał cichy pisk. Mógł to być szczur. Umysł podsunął mu od razu niedawną wizję ze snu.
Drugi korytarz odchodził w lewo. Tam znajdował się istny labirynt, w którym zostawił wcześniej Theodrica.
Zawahał się. Nie chciał przyznać przed sobą, że tak zadziałał na niego zwykły sen. Szczury to nie morfa, zazwyczaj uciekały przed człowiekiem - nie odwrotnie. Jednak trudno było wyzbyć się wizji, która dopiero go nawiedziła. Wściekle wykrzywionych, małych pysków, które wdzierały się zębiskami w jego skórę.
Bzdura! Niepotrzebne mu były takie dywagacje. Skręcił w kierunku Theodrica. Jeśli siostry go jeszcze nie zabrały, obydwie czekała gorzka lekcja.
Z rękawa starego wysunęło się ukryte dotąd ostrze. Tak na wszelki wypadek.
Zazwyczaj gdy wszedł do krętych korytarzy jego słuch był w stanie wyłowić z echa odbijającego się od pustych ścian, obecność Theodrica. Teraz jednak nie złowił nic więcej niż odgłosy swoich własnych kroków. Uspokojony i przeświadczony o tym, że bliźniaczki musiały jednak zabrać więźnia, już miał zwrócić się w kierunku wyjścia z lochów, gdy coś błyszczącego na ziemi przykuło jego uwagę. Przyświecił pochodnią. Coś pokrywającego sypiące się kości, odbijało światło ognia. Zniżył się, Dotknął. Lepka substancja została mu na palcu. Krew. Ślady krwi prowadziły do jednego z korytarzy.
A zatem przeczucie go nie myliło. Był tu ktoś jeszcze. I żaden inny więzień. Dawno już wysyłał tu kogoś innego niż Theodrica.
Przejechał palcem po brzytwie, która teraz stanowiła jedyną broń. Zimny dotyk stali dodawał otuchy.
Nie zamierzał iść do celu samotnie. Blask pochodni byłby widziany już z daleka. Znowu chodząc po katakumbach w ciemności nie stało mądrą decyzją, nawet przy jego znajomości ów miejsca. Stare korytarze były zwodnicze i w tym tkwił cały urok kary.
Idąc po gnatach, ciężko było o dyskrecję. Mimo tego, ostrożnie stawiał każdy krok. Robił to tak, aby wydać jak najmniej niepożądanych teraz dźwięków.
Zamierzał powoli, ale konsekwentnie pójść z powrotem do cel. Wziąć trzech ludzi i tu wrócić. Bez żadnej szarży, gdyż pośpiech jest domeną głupców lub szaleńców. A Brown nie był żadnym z nich.
Prawda?
 
Caleb jest offline  
Stary 10-02-2017, 22:47   #9
Konto usunięte
 
Velg's Avatar
 
Reputacja: 365 Velg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetnyVelg jest po prostu świetny
Eleanor Chamberlain. Pamiętał ją jako starsza matronę, która zwykła chłostać ludzi językiem. Nigdy nie byli szczególnie bliscy – poza posiedzeniami Rady rozmawiali raptem kilkadziesiąt godzin w kilka lat – ale była częścią jego Skillthry.

Rozciągnięta na prostym łożu wyglądała zupełnie inaczej. Nie miała na sobie szat wierzchnich, które dodawały jej postury i autorytetu, więc można było zobaczyć, jak bardzo wątła jest. Przypominała stojącą nad grobem nędzarkę, ale nie – śmierdzącego morfa.

- Morf, morf… – Jednak przygarbiony, nienaturalnie wykrzywiony diatrys otworzył jej żyły z taką samą metodyczną obojętnością, z jaką uliczny sprzedawca ukręcał głowę koragowi.

To było tak bezczelne, że wzięło archigosa z zaskoczenia. Diatrys poruszał się pokracznie – szurając nogami, jakby był niedołężny – a w dość wątłym świetle jawił się archigosowi jak morf. Gdyby Parwiz miał wskazać w tym pokoju morderczego morfa, bez wahania wskazałby diatrysa właśnie. Jednak to radna dusiła się własną krwią, a powykręcane… coś… nawet nie zadało obejrzało jej drugi raz przed zadaniem ciosu.

Jeśli diatrys potraktował tak ją – wątłą starowinę, którą mógłby zwyciężyć ktokolwiek – to co będzie z nimi?… Choć skóra paliła go przy tym żywym ogniem, to szarpał więzy, którymi przymocowano go do łoża, starając się je rozwiązać – albo przynajmniej rozciągnąć je na tyle, żeby jakoś się z nich wyślizgnąć.

- Zostaw – wycharczał, zbierając w sobie siły, aby nakazać coś diatrysowi. Wyszło mu średnio – bardziej charczenie niż przemowa. Jednak diatrys, zastygły w bezruchu jak zwinięta w kłębek żmija, nawet się nie odwrócił w drodze ku następnemu rogowi. - Rozkazuję... – utknęło mu w suchym gardle.

- Tak to się skończy? – ledwo przebrzmiał wycieńczony głos diuka, gdy morf zaskrzeczał „morf, morf...”, a Fizgerald mógł już tylko rzęzić.

W celi nie było już chyba nikogo innego – a jedynie archigos i nieubłaganie sunący ku niemu diatrys. Szur…, szur…, szur…, szur… - wyglądał, jakby z każdym przesunięciem zmagał się ze swoim własnym ciałem. Mimo, że cela nie była duża, to diatrysowi ta droga do łoża zajmowała sporo czasu.

Jehuda bał się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – i wiedział już, że zrobi wszystko, żeby jakoś się wydostać nim powolny, wlekący się diatrys stanie nad nim. Wtedy miał jakąś (choćby nawet najmniejszą) szansę, żeby – czołgając się – przeczołgać się tuż obok niedołężnego?… diatrysa, aby uciec z otwartej celi i spod zakrzywionego ostrza.
 
Velg jest offline  
Stary 13-02-2017, 08:50   #10
 
Autumm's Avatar
 
Reputacja: 8152 Autumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputacjęAutumm ma wspaniałą reputację



Rżenie przerażonych koni, szaleńczy pęd w noc, krzyk, uderzenie... świat mglił się Gołębicy przed oczami. Jakiś człowiek, głosy... lepki chłód na skórze - dotknęła ostrożnie włosów i ubrudziła sobie dłoń. Krew wyglądała jak lepka smoła, jak chory szlam pożerający jej dłonie. Wzdrygnęła się; zagmatwane myśli krążyły po jej głowie, na powierzchnię wypłynęła absurdalna troska o to, by nie ubrudzić teraz wystawnej sukni.

- ...kyrie Spiros?

Samil wychynął z ciemności jak duch... nie! To był ktoś inny, postawny mężczyzna o hebanowej skórze; wydawał się utkany z gęstej materii mroku. Białka jego oczu lśniły jak u dzikiego zwierzęcia, twarz miał zniekształconą trybalnymi ozdobami. Fernike podniosła na niego wciąż półprzytomne spojrzenie: znała go. Ochroniarz Fitzgeralda... z którym podobno ów robił rzeczy, o których nawet Gołębicy niesmacznie było wspominać. I morf... morf? Ta myśl wypłynęła z głębi umysłu, wzmocniona narkotyczną percepcją i uderzyła Gołębicę jak obuch. Morf! Cofnęła się powoli. Jeden krok... drugi.

Odmieniec wciąż stał nieruchomo. Czekał. Cofająca się powoli kobieta nadepnęła na coś za plecami, czego nie widziała; jej krok stracił rytm; krzyknęła cicho. Ale to był tylko Samil; jego mocna dłoń objęła Gołebicę za ramię. Druga ręka nonszalancko spoczywała na głowicy miecza, ale przytulona do mężczyzny Fernike czuła że wszystkie mięśnie ochroniarza są napięte i gotowe do walki.

- Rzuć broń skurwysynu albo sprawdzimy co tam masz w środku!

Piskliwy głos wdarł się w pustkę uliczki jak ostrze rozcinające naprężony jedwab; zaabsorbowana milczącym pojedynkiem woli pomiędzy dwoma mocarzami, Fernike zapomniała o całym świecie, który właśnie wrócił do jej zmysłów z całą mocą. Szum nocnego miasta, skrzypienie wciąż obracającego się w powietrzu koła, tupot ubranych w zbroje mężczyzn...

- Dlaczego?

Pytanie czarnoskórego było proste i zwięzłe.

- Gdyby nie... - żachnął się strażnik - ...już wyprułbym z ciebie flaki, tak jak ty wyprułeś z Wissa sukinsynu. Rzuć broń mówię!

- To on mnie napadł - odpowiedział morf powoli, nie ruszając się z miejsca - Jeśli rzucę. Jaką będę miał pewność, że...

- Żadnej!

Robiło się nerwowo. Wielki wojownik nie zamierzał najwyraźniej spełnić prośby strażnika. Wyglądało na to, że nie wierzył w to, że ujdzie bez szwanku grupie tagmatoss gdy zostanie bezbronny.

Wyciągnięty powoli, zakrzywiony miecz błysnął w ciemnościach tuż obok pobielonej twarzy czarnoskórego. Pięciu tagmatos z anoterisem na czele, z krótkimi mieczami w dłoni. Jak wilki otaczające jagnię. Z tym, że to jagnię miało ostre zęby.

- Odpuśćcie - niski głos wojownika nie zdradzał strachu - Nie chcę przelewać krwi.

Odpowiedzią był śmiech anoterissa. Nieznaczne skinięcie głową i trzech tagmatosów ruszyło jednocześnie w kierunku olbrzyma.

Zaśpiewała stal. W panujących ciemnościach ciemna sylwetka rozmyła się, czasami tylko między ramionami strażników błysnęła biała twarz i przez krótką chwilę słychać było tylko uderzenia ostrza o ostrze i pojedyncze krzyki. Nagle wszystko umilkło. Po nagłej eksplozji dźwięków cisza piszczała w uszach reminiscencją ostatnich odgłosów. Wszystko trwało chwilę. Nie dłuższą niż kilka uderzeń serca. Wtedy pierwszy z tagmatos upadł bez życia, a za nim dwóch kolejnych jęcząc i skomląc.

- Nie chciałem. Zmusiliście mnie.

Czarnoskóry powoli cofał się w ciemność aż tylko widać było jego pomalowaną bielidłem twarz. Pozostali przy życiu strażnicy najwidoczniej stracili rezon i nie byli już tacy chętni by sprawdzać co kryje się pod skórą wojownika.

Fernike patrzyła na całą scenę szeroko otwartymi oczami, chroniona od walki szerokim ostrzem Samila. Czuła gorący oddech ochroniarza, kiedy ten obserwował walkę; nerwy jednak nie wzięły nad nim władzy i skupił się na tym, co było jego zadaniem - ochronie kyrie. Kiedy było już po wszystkim, brzydki olbrzym odsapnął ciężko; był dobrym szermierzem, dumnym ze swojej siły, z którą niewielu mogło się równać. Ale po tym, co przed chwilą ujrzał, naszły go wątpliwości, czy dałby radę dzikiemu wojownikowi. Spojrzał na starszą kobietę; wypadek i krwawa łaźnia sprzed chwili zapewne nią mocno wstrząsnęły. Ale nie - Gołębica, choć trochę potargana i ze zlepionymi krwią włosami, patrzyła na pobojowisko owszem z lekkim niedowierzaniem, ale i też z nieodgadnionym uśmiechem błąkającym się po wargach.

Chłopcy... chłopcy się nigdy nie zmieniają. Pokręciła głową, spoglądając w twarz trupa dowódcy, którego szkliste oczy wpatrywały się w nocne niebo. Ile mogłeś mieć lat? Dwie dekady, szła ci trzecia... miałeś tyle życia przed sobą - a teraz twoje nadzieje i marzenia to tylko ciemna strużka spływająca po bruku. I smród rozciętych ostrzem flaków, wyłażących jak białe robaki spod oficerskiej tuniki. Tej nocy będzie płakać gdzieś zrozpaczona matka, a młoda żona położy się sama do łoża, które jeszcze długo będzie tak okrutnie zimne. I dlaczego to wszystko? Gołębica westchnęła.

Chłopcy... pierwsi do bitki, do tego, żeby wskoczyć na płot i ukraść jabłka z podwórka sąsiada... Nie potrafiący odpuszczać, nie umiejący się cofnąć, kiedy zdaje im się, że na szali leży ich urojony honor czy źle pojęta duma. To ona go zabiła - wiedziała to. Gdyby nie była, kim była - wielką panią w oczach prostego strażnika - ten nie uparłby się udowadniać swojej wartości w starciu, w którym od początku stał na przegranej pozycji.

Chłopcy... chłopcy w twardych pancerzach, z ostrą bronią, z pałkami i pochodniami, tacy groźni, tacy głośni... teraz, bez dowódcy, wyglądali jak stadko przestraszonych kurcząt, które ktoś odebrał spod opieki kwoki. Poczuła, jak napięcie w niej opada, powoli zastępowane przez melancholijny smutek, ciepłe uczucie tkliwości rozchodzące się od łona w górę, ku brzuchowi i piersi. Chłopcy... chłopcy zawsze potrzebowali matek. Bez nich, bez siły i mądrości kobiet, siedzieliby nadal w swoim ulubionym piaskowym dole, okładając się po głowach patykami.

Gołębicą wyprostowała się i wysunęła naprzód podbródek, przyjmując postawę, która nie pozostawiała wątpliwości, jak wielką damą jest.

- Samil. Rozbierz mnie. - kiwnęła palcem na ochroniarza - Suknia jest z jedwabiu, znajdziesz coś lepszego na opatrunki teraz, w tym miejscu? - zapytała chłodno, kiedy brew ochroniarza podjechała do góry.
- A ty... - wskazała palcem na jednego z nie wiedzących co sobą począć strażników - Leć po pomoc. Natychmiast! - fuknęła z całą jaśniepańską mocą. Żołdak był tak skonfundowany, że nawet odruchowo zasalutował, nim z pełną prędkością zaczął wypełniać rozkazy Fernike. Korzystając z tego, że reszta tamagos była równie zbaraniała, Gołębica zaczęła zaganiać ich do udzielania pomocy rannym kompanom. Wydawane pewnym głosem polecenia, podparte władczymi gestami wystarczyły zupełnie, by strażnicy porzucili myślenie i bez szemrania, a nawet z pewną ulgą, poddali się dowodzeniu zdeterminowanej kobiety.

Ah ci chłopcy...
 
__________________
"Polecam inteligentną i terminową graczkę. I tylko graczkę. Jak z każdą kobietą - dyskusja jest bezcelowa - wie lepiej i ma rację nawet jak się myli." ~ by Aschaar [banned] 02.06.2014
Nieobecna 28.04 - 01.05!

Ostatnio edytowane przez Autumm : 13-02-2017 o 15:19.
Autumm jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 16:41.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169