Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 12-07-2007, 23:25   #1
 
kitsune's Avatar
 
Reputacja: 344 kitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skał
Pluton szturmowy "Wierny"

Akt I - Na Starówce
Scena 1 - Oczekiwanie
Stare Miasto, barykada na Dekerta, Reduta Wiernego, 1 IX 1944 9.00

Samo Powstanie Warszawskie wywołuje u mnie dziwny nastrój, jakby połączenie zniecierpliwienia, strachu i pewnego rodzaju dumy. Nieczęsto zdarza się uczestniczyć w czymś, co zdecyduje o losach ojczyzny, nieczęsto możemy walczyć o stolicę własnego kraju. Czuję też tą całą odpowiedzialność, jej ciężar- jestem dowódcą całego plutonu szturmowego, ci ludzie są moimi podkomendnymi, często od moich rozkazów będzie zależało ich życie…
„Pamiętnik Wiernego, wpis z 31 lipca 1944”

Wpierw usłyszeli potworny zgrzyt, gdy rakietowe pociski opuszczały swoje prowadnice. Jakby stara szafa z mozołem była przesuwana po kamiennej posadzce. Potem ryk, krowi ryk. Nazywano je „krowami” lub „szafami”, a były śmiercią w płomieniach. Pluton „Wiernego” nie po raz pierwszy był pod ostrzałem. Wszyscy automatycznie zareagowali na ostrzegawczy krzyk „Jonasza” i zanurkowali w prowizorycznych schronach. Ulica zatrzęsła się, a fala gorąca ogarnęła ich ciała. Znów zapalający. Wszędzie było pełno kurzu i pyłu, całe tumany wznosiły się ponad ruiny kamienic, zasnuwając błękit wrześniowego nieba. Czekali jeszcze kilka minut w ukryciu. Jak zwykle szkopy po salwie z „szaf” czekali aż ludzie wylezą i walili z moździerzy. Jest! Puf! Puf! Puf! A potem kilka wybuchów na Dekerta, ale i na Nowomiejskiej, Krzywym Kole i Kamiennych Schodkach. Szkopy robiły się bezczelne, granatniki podstawili chyba na kilkaset metrów linii walk. A „Wierny” i jego ludzie z wolna podnieśli się ze swoich schronień i zajęli pozycje ponad barykadą na Dekerta. W oknach, otworach wybitych w ścianach, w suterenach, gdzie czekali na atak wroga.
Ruiny Rynku na Starówce

Tym razem nie nadszedł. Pewnie chcieli zmęczyć obrońców. Jak zwykle zresztą. Przyjdą po południu, z czołgami, poprzedzeni huraganowym wsparciem artylerii i stukasów. „Wierny” o twarzy poszarzałej od pyłu otrzepał panterkę, poprawił polówkę i sprawdził schmeissera. Zostało mu jeszcze kilka magazynków. Na dziś chyba starczy. Potem ruszył na obchód. „Antoś” oraz „Drągal” i „Dyzio” z MG-42 na szczycie kamienicy, za osypiskiem cegieł. Mieli pole ostrzału na prawie cały Rynek. „Chmura” z „Czarnym” na lewym skrzydle, na pierwszym piętrze przy oknie. „Jastrząb”, „Grom” oraz ponury „Kruk” na parterze. Czujni, stanowili jedyny odwód plutonu. „Jonasz” przy dowódcy dobrotliwie sarkał. Bardziej dla zasady niż z konkretnego powodu. Ot, żołnierz z lekkim opierdolem lepiej działa. „Krzysztof” wraz „Danielem zajęli pozycje w ruinach sąsiednich kamienic. Dziewczęta póki co przy zejściu do piwnicy, gdzie „Wierny” urządził prowizoryczną kwaterę.
Skrajem Dekerta przekradał się pluton z batalionu WSOP „Dzik” ze zgrupowania „Róg”. Ich porucznik. Chudy dwudziestolatek o twarzy zmęczonej, a oczach lśniących gorączką dał swoim znak i chłopcy dwójkami przekraczali ulicę. Seria. Jeden z nich zwinął się z bólu na środku jezdni. Młoda sanitariuszka podbiegłą do niego i z mozołem zaczęła go ściągać na za róg zrujnowanej kamienicy. Potem znów cisza. „Dzikowcy” odeszli. „Wierny” przypadł do szczytu barykady, wychylił się i przytknął do oczu lornetkę Zeissa. Promienie słoneczne odbiły się od wielkich szkieł. „daniel” omiatał pozycje niemieckie przez lunetę snajperki. Tak jak myślał. Jeden ze strzelców niemieckich ulokowanych w oknie kamienicy na Jezuickiej dojrzał „Wiernego”, dał znak swoim a potem wycelował z Mausera. „Daniel”, mierząc w szkopa, pogładził opuszkiem wskazującego palca komorę zamkową SWT. Lekko ściągnął spust. Szczęk iglicy i wystrzał zlał się w jedno. Dla niego pocisk jakby w zwolnionym tempie opuścił lufę sowieckiego karabinu i z ponaddźwiękową prędkością osiągnął cel. Z potylicy szkopa wystrzelił gejzer krwi i odłamków czaszki.

Znów cisza…

„Wierny” spokojnie lustrował przedpole. „Chmura” przylgnął do kolby Browninga i czekał. Zawadiacko mrugnął do „Czarnego”, który błysnął w uśmiechu bielą zębów. Młody warszawiak, nadal męczący się z raną wyniesioną z walk w katedrze św. Jana, zachowywał zawadiacką zadziorność. Teraz też żuł wytrzaśniętą nie wiadomo skąd wykałaczkę.
- „Czarny”?
„Czarny” usiadł pod ścianą, wyciągnął papierosa i odpalił. Zaciągnął się mocno, a potem podał fajkę ”Chmurze”.
- Czego?
- Fajne te oficerki. Ze szkopa?
- Ano, ale leżą jak ulał.
- Jak oberwiesz, będę mógł je wziąć?
„Czarny” spojrzał przeciągle na kumpla.
- Bydlę z ciebie, „Chmura”.
Obaj cicho się zaśmiali. „Chmura” krótko i urwanie, bo rana w boku znów dała o sobie znać.
„Jonasz”, zwalisty facet, z rurą Panzerfausta przewieszoną przez plecy podbiegł do „Wiernego”:
- Panie poruczniku, cywile idą na Plac Krasińskich. Do włazu. Wszyscy już ćwierkają, że ewakuacja kanałami będzie. Dziś lub jutro. „Olga” od „Roga” przyszła. Mówi, że tam wszyscy się szykują. Część oddziałów już poszła w stronę włazu. Chłopaki pytają, co z nami?
Spojrzał na młodego z wyczekiwaniem. „Wierny” zsunął się z barykady.
- Czekamy sierżancie.
„Jonasz” niedbale zasalutował i przemknął do kamienicy. „Basia”, wyraźnie zatroskana, sprawdzała stan leków i opatrunków. „Olga” z niepokojem wyglądała na barykadę, lecz chwilę później usiadła obok „groma” i zaczęła się z nim droczyć, dość szybko doprowadzając chłopaka do stanu wzburzenia.
Wyraźnie słyszeli ludzi, którzy przedzierali się do włazu. Głównie cywilów. Nieraz słyszeli od nich „Coście nam zrobili!?”, „Po co to wszystko?” lub „Idźcie stąd!”. Coraz więcej zgorzknienia i bezsilności.
Łączniczka od porucznika „Kmicica”, też z „Wigier” podbiegła do „Wiernego”:
- Panie poruczniku, porucznik „Kmicic” zajmuje zgodnie z rozkazem „Roga” pozycje osłonowe na Krzywym Kole i chce się przywitać. – Siedemnastoletnia może blondynka uśmiechnęła się. – A przy okazji… Macie może kilka nadmiarowych granatów? My trzeci dzień bez przerwy w walce, amunicji nie uzupełniliśmy nawet. Granatów brak.
- Byliście na Długiej… - To „Basia” podeszła do łączniczki. – W szpitalu…
Łączniczka pokiwała głową:
- Tak, szpital ewakuowali. Zostali tylko ciężko ranni. Oni… Oni nie idą przez kanały…
„Daniel” położył się na drewnianej podłodze niewielkiego pokoiku na poddaszu. Dach zerwało kilka dni temu, więc w spokoju oglądał chmury leniwie pełznące po błękitnym niebie. Na tle chmur wyraźnie dostrzegał niemieckie samoloty… i gołębie… Furkoczące skrzydłami. Białe, niewinne. Gdzieś w oddali rozgdakał się karabin maszynowy…
 
__________________
Lisia Nora Pluton szturmowy "Wierny" (zakończony), W drodze do Babilonu


kitsune jest offline  
Stary 13-07-2007, 14:06   #2
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 16894 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
Huk ciężkiego sprzętu ustał. Basia z zatroskaniem przyjrzała się zawartości swej apteczki, wyjmując z niej co poniektóre pojemniczki. Wszystko było na szczęście całe - żadnej rysy ani pęknięcia. Dziewczyna odetchnęła z ulgą i spojrzała w stronę drugiej sanitariuszki – Niusi.
Lekarstwa były teraz ich skarbem – na równi cennym co granaty. Zresztą może nawet cenniejszym, bo zamiast życie odbierać – ratowały je...

- U mnie wszystko całe, a u ciebie? –
spytała Basia podnosząc się z ziemi.

To zadziwiające jak podobne były obie sanitariuszki. Obie małe i szybkie niczym iskierki, potrafiły przemykać do rannych nawet w najtrudniej dostępnych miejscach. Obie rudawe lisiczki były też nadzwyczaj sprawne i silne, gdy sytuacja tego wymagała. Nic dziwnego jednak, w końcu „Wigry” to elita.
Basia uśmiechnęła się leciutka czując w sercu dumę, że przynależy do tej grupy. Choć nikt nigdy nie powiedział tego wprost, to właśnie ona była tą „starszą”, która decydowała i kontrolowała pracę ich małego punktu opatrunkowego.

- Na jodynie mam rysę, ale zaraz przeleję. Reszta chyba cała...
– doszedł jej uszu głos Niusi, która - przysunąwszy się do pozbawionego szyby okna - przyglądała się pod światło zawartości swej apteczki.
- Dobrze, ja idę zobaczyć co u chłopców. Szwaby zrobiły nam widać przerwę w dostawie.

Jak zwykle z uściskiem w gardle, Basia wyszła na mury niepewna co tu zastanie... czy będzie miała kogo ratować. Rozejrzała się wokół czujnie i już po chwili kilka rąk pozdrowiło ją machnięciami. Wszystko w porządku, nikt nie wzywał sanitariuszki. Dziewczyna odetchnęła z ulgą, lecz tylko na moment. Wiedziała wszak, że, mimo iż teraz nikt nie oberwał, to wielu z jej przyjaciół cierpi od starych ran. Szczególna obawą napawała ją postrzałówka Chmury. Ten człowiek był po prostu zbyt prędki i gwałtowny w ruchach, aby rana mogła się spokojnie zabliźniać.
Basia już miała pomknąć dalej wzdłuż muru, lecz tuż obok przeszedł Wierny – minę miał nietęga i chyba specjalnie omijał ją wzrokiem.

„Pewnie znów chodzi o szpital...”

Krew zawrzała w sanitariuszce. W tej sprawie nie potrafiła być wyrozumiała. Chociaż raz chciała pozwolić sobie na egoizm, zająć się swoja sprawą, a nie myśleć o tym, co jest dobre dla większości...
Kolejny oddech odpędził jednak butne myśli. Nie mogła opuścić teraz „Wigier”, zbyt głęboko poczucie odpowiedzialności było zakorzenione w dziewczynie... zbyt mocno zżyła się z tymi ludźmi, którzy ją otaczali.

Podniosła wzrok, by spojrzeć na siedzącego nieopodal Chmurę. Trzymał się hardo, ale to akurat było w jego przypadku normalne. Przez czas razem spędzony, dziewczyna nauczyła się, że im bardziej zawadiacko ów powstaniec się zachowuje, tym gorszy może okazać się jego stan.

- Psst! Chmura chcę cię zaraz widzieć na zmianie opatrunku. –
rzuciła w jego stronę, a spodziewając się marudzenia, dodała:
- I żadnych wykrętów!. Już ci mówiłam, że odpracujesz każdy bandaż. Musisz być zdrów, żeby mnie na rękach nosić.


To rzekłszy Basia uśmiechnęła się łobuzersko, po czym pomknęła w dół barykady, gdzie zniknął przed chwilą Wierny. Akurat gdy zeszła, łączniczka od porucznika „Kmicica” składała raport.
Tak jak młoda sanitariuszka myślała – chodziło o szpital na Długiej. Podeszła zdecydowanym krokiem, by wysłuchać informacji. Jej oczy zmrużyły się jak u kota. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że owa ewakuacja to raptem 1/4 rannych, bo reszta była po prostu niezdolna do wędrówki kanałami. Dziewczyna zbliżyła się do swego dowódcy, wymuszając tym samym, aby Wierny też spojrzał na nią... by zobaczył desperację w jej oczach.

- W szpitalu wciąż są ranni z „Wigier”, poruczniku. –
rzekła cicho, lecz dobitnie. – Jeśli odejdziemy, zostawimy naszych.
 
__________________
Co dzieje się z naszymi marzeniami, gdy uświadomimy sobie, że nigdy się nie spełnią?
Stają się naszymi najgorszymi koszmarami.
Mira jest offline  
Stary 13-07-2007, 15:54   #3
 
Lhianann's Avatar
 
Reputacja: 1088 Lhianann ma z czego być dumnyLhianann ma z czego być dumnyLhianann ma z czego być dumnyLhianann ma z czego być dumnyLhianann ma z czego być dumnyLhianann ma z czego być dumnyLhianann ma z czego być dumnyLhianann ma z czego być dumnyLhianann ma z czego być dumnyLhianann ma z czego być dumnyLhianann ma z czego być dumny
Przysiadła na gruzowisku koło Groma.
Droczyła się z nim, nie pozwalając by złe myśli zaprzątnęły jej umysł.
Ciągłe się bała.
Podskórny strach towarzyszył jej od czasu, w którym zdała sobie sprawę, co się z nią dzieję.
Ale da sobie radę…
Jak zawsze.

Nie tak dawno dopiero co wróciła.
Ucieszyła się widząc, że nikogo nie brakuje.
Taki mały odprysk radości w takim czasie.
Uśmiechnęła się pokrzepiająco do ‘Baski’.
Ona też się boi, tak samo jak ja.....

Po raz kolejny zaplotła czarne włosy w warkocz, tak by niepokorne kosmyki chodź przez chwilę się z niego nie wysuwały, poprawiła polówkę na głowie.

-Grom, jak następnym razem znowu się będziesz wystawiać, jak kaczka, to jak Bóg mi świadkiem, odgryzę ci nos!

Tak bardzo chciała, żeby mogli już się ruszyć.
Gdziekolwiek.
Żeby nie musiała się tak czuć ruszając z meldunkiem dalej, nie wiedząc, co zastanie wracając…
Z barykady zszedł Wierny, pewnie by wysłuchać raportu łączniczki z ‘Wigrów’
Znów na chwilę się zamyśliła.
Po chwili jednak znów wróciła do droczenia się z Gromem, by chodź trochę poprawić mu nastrój.

A kto to zrobi dla mnie?
Niechciana myśl pojawiła się szybko, i tak samo szybko zgasła.
Ale uczucie pozostało…
 
__________________
Whenever I'm alone with you
You make me feel like I'm home again
Dear diary I'm here to stay
Lhianann jest offline  
Stary 15-07-2007, 03:31   #4
 
Reputacja: 0 Niles Elmwood nie jest za bardzo znanyNiles Elmwood nie jest za bardzo znanyNiles Elmwood nie jest za bardzo znany
Przewrócił się na plecy. "Cakiem niezły strzał" - pomyślał, w podziękowaniu gładząc zamek zdobycznego karabinu. Oczy piekły mu jakby solą czy popiołem posypane. Brak snu, wszechobecny dym, pył i chyba najbardziej ze wszystkiego męcząca źrenice soczewka optyka.

Białe obłoki leniwie przetaczały się po błękitnej pościeli nieba.
Trzy „stukasy” mozolnie drążyły dzieło zniszczenia. Czasami wydawało mu się, że to wciąż te same maszyny orały z nieba ziemię Warszawy. Nie jeden raz, w chwilach złości miał ochotę do nich strzelać, gdy zniżały swój lot nad celem. Rozkaz jest rozkaz, a ona ma jeszcze dokładnie trzydzieści dziewięć naboi. Jak dobrze pójdzie nakarmi nimi Ukraińców z „Dirlewanki”.

„Jak na niewidzialnej smyczy latawca...” – pomyślał przyglądając się kołującym ptakom. Podniebna ławica wzbijała się i opadała nad Starym Miastem, kołysząc jego wzrok do snu, jak do ukojenia. Łagodną falą nawracały tuż nad Jezuicką, by wzbić się wysoko ku słońcu. Sięgnął po lornetkę i przyglądał się długo przewodnikowi. Okazały biały gołąb z charakterystycznym czarnym skrzydłem. A może czerwonym? Chłopak westchnął i z powrotem przeturlał się na brzuch podnosząc polską, „wrześniową” artyleryjkę do oczu.

Kamienice wzdłuż Kołłątaja zniknęły z powierzchni ziemi. W ich miejscu piętrzyły się szare wzniesienia gruzów, spod których wciąż wydobywał się siwy dym. Spokój, nie licząc rozklekotanego ckm’u gdzieś z lewej strony od Wisły. Na Jezuickiej w oknie, gdzie jeszcze niedawno szkop składał się do strzału, okno świeciło pustką. „Teraz minie dobra chwila, nim który wystawi łepetynę...” – zdawał sobie sprawę, że w tym momencie gołębiarze z pewnością omiatają budynki barykady. Świadomość nieustającego polowania przestała podniecać go już dawno w takim stopniu, jak w pierwszych dniach powstania. Przyzwyczaił się do oczekiwania. Nakrył się dokładniej zsuwającą się uparcie płachtą i jakby szczelniej przytulił się do częściowo zacienionego strychu. Jedna część dachu przeminęła z wiatrem wybuchów, zaś ta druga zawaliła do środka, tworząc zawieszone rumowisko desek i dachówek.

W kącie stał sztywno, z wypiętą piersią na baczność, drewniany koń na biegunach. Malowany na biało, z czarnym siodełkiem. Kiedy kolejny raz „Stuka” nawracała trzęsąc ziemią starego miasta, zabawka trzeszcząc z cicha kołysała się kilka razy, a konik z ociosanym łbem do połowy, smutno nim kiwał w milczącej zadumie.

„Daniel” spokojnie śledził pozycje niemieckie. Kilkakrotnie w oknach kamienicy na Jezuickiej rejestrował obecność wroga. Nie decydował się na strzał. Zastanawiał się nad zmianą piętra, lub okna. Wiedział, że kolejny strzał niemal z pewnością zdradzi jego kryjówkę. W oknach doliczył się w sumie co najmniej trzech „schutzów” ss-mańskiej swołoczy, jednak nie miał czystego strzału, na chwilę dłuższą jak sekunda. Gdyby w ramach okiennego obrazu ukazał się jakiś oficer, to wtedy, kto wie... Być może wystarczy mrugnięcie oka, jedno uderzenie serca, jeden oddech, by zdjąć na powitanie „zgniecioną” z jego głowy. Inaczej czynna obrona, albo jak zwykł to sobie mawiać "polowanie na grubego zwierza".

Oko piekło go niesamowicie. Wyobraził sobie siebie samego z poważnym binoklem ojca w oku. Uśmiechnął się blado pod kolbą SWT, marszcząc nos, w którym czuł napływający słony katar letniego wzruszenia.. Wiedział, że śmieszna korekta wzroku, jak i połączenie z Kawęczynem go nie dotyczy.
 

Ostatnio edytowane przez Niles Elmwood : 15-07-2007 o 03:41.
Niles Elmwood jest offline  
Stary 15-07-2007, 09:36   #5
Banned
 
Reputacja: 0 Arango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodze
- Jak czekać to czekać.

Wzruszył tylko ramionami. Mogą czekać, tylko jak będą ponosić takie straty, długo już nie wytrzymają. Tyle tylko, że broni więcej.
Po południu pewnie ruszą Niemcy z czołgami. Wtedy przyda się jego panzerfaust.

Wyspindrał się na pierwsze piętro i ostrożnie wyjrzał przez okno, a raczej przez otwór po nim.
Po chwili lustrowania przedpola przez lornetkę cofnął się. Pogrzebał w kieszeni i wyciągnął pomiętą paczkę "Juno". Zdobyczną zapalniczką zapalił papierosa i zaciągnął głęboko. Wypuścił parę razy dym i przypatrzył mu się z niechęcią. Chyba nigdy nie nauczy się już puszczać kółek. Dał spokój bezowocnym próbom i zamyślił się.

Widział już ewakuację i dantejskie sceny jakie działy się przy włazach. Zresztą sama myśl o kanałach napawała go strachem. Nie znosił ciemnych, ciasnych pomieszczeń. Był przede wszystkim do takich eskapad najzwyczajniej za duży. Sto razy bardziej wolałby się przebijać. Ale teraz jedyna szansa tylko w tym, że "Róg" coś wymyśli.

Zgasił niedopałek i znów ostrożnie wyjrzał na ulicę. Na razie nic nie zapowiadało ataku.
 

Ostatnio edytowane przez Arango : 29-07-2007 o 07:16.
Arango jest offline  
Stary 15-07-2007, 14:52   #6
 
Angrod's Avatar
 
Reputacja: 189 Angrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie cośAngrod ma w sobie coś
Chmura odwrócił twarz od Czarnego, żeby ten nie widział jak się krzywi. Ile by się nie uśmiechał i żartował pieroństwo dawało w kość. Chłopak starał się ignorować ból. "O byle draśnięcie nie będę płakał. Lada moment się zagoi"

Dostrzegł dziwne ruchy warg Jonasza puszczającego dymek z papierosa. Sam podniósł fajkę do ust i ostentacyjnie wypuścił kolejno dwa okrąglutkie kółeczka, przez które przeszło mniejsze nieco mniej foremne. Zadowolony z siebie wyszczerzył zęby do sierżanta. Oddał niedopałek Czarnemu, celowo lewą ręką, żeby pokazać reszcie, że nie zwraca uwagi na ranę. Denerwowały go słowa w stylu "Daj ja to zrobię, bo się urazisz" No i co? Stanie się coś?

Sanitariuszka znowu zaczęła coś tam biadolić o opatrunkach. Zrobił skrzywioną minę, ale wiedział że przydało by się zmienić bandaż. Akurat było względnie spokojnie, dlatego nie widział przeciwwskazań.

-Baśka nie żartuj, chybabym musiał taczki załatwić bo nijak unieść taki ciężar.

Niechętnie wstał i skierował się do drobnej dziewczyny. Po drodze zawadiacko klepnął Groma w ramię.

-Olga, ty go jeszcze nie zachęcaj, bo chłopak gotów to zrobić

Mrugnął jeszcze do dziewczyny i poszedł do Basi na zmianę opatrunku. Nie miał sprecyzowanego zdania, o tym co należałoby zrobić w obecnej sytuacji. Plany zostawiał dowódcą. Będzie mu pasowało cokolwiek postanowi Wierny, byleby mógł tylko zaserwować kilku szkopom w dodatkowe porcje ołowiu.
 

Ostatnio edytowane przez Angrod : 26-07-2007 o 11:52. Powód: przecinek
Angrod jest offline  
Stary 15-07-2007, 17:57   #7
 
Kutak's Avatar
 
Reputacja: 173 Kutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie cośKutak ma w sobie coś
Z dnia na dzień ciężar stawał się coraz większy. Nie do końca pamiętał, na co liczył na początku Powstania, nie do końca pamiętał, czego oczekiwał. Równej walki? Mniejszej odpowiedzialności? A może chociaż chwili wytchnienia? Ale nawet ta ostatnia nie nadchodziła- Wierny od paru dni cierpiał na niemal całkowitą bezsenność. Dnie spędzał więc na walce, noce podobnie- czy to z najeźdźcą, czy to z samym sobą. Posłał jeszcze ulotne spojrzenie ku górze, w kierunku Nieba, do źródła swoich sił...

"Musisz walczyć. Musisz się starać, musisz dążyć do celu. Doskonałość. Oto twoja Itaka.", krążyło po jego głowie.

- Wiem...- szepnął, słysząc słowa Basi i rozejrzał się po okolicy. Chwila rozprężenia, chwila na rozmowy i odpalenie, kto wie, może i ostatnich, papierosów. Chwila, która zaraz musi się skończyć.- Wiem i dlatego nie mam zamiaru ruszać się z tej barykady. Przy odrobinie szczęścia i Boskiej pomocy utrzymamy tu się jeszcze przez jakiś czas, dając trochę czasu innym.

Spojrzał jeszcze na krótko w oczy sanitariuszki- cokolwiek by nie mówić o Wiernym, to właśnie jego ludzie byli mu wręcz rodziną. Wiedział o jej sytuacji, wiedział naprawdę sporo i zamierzał dotrzymać wszelkich obietnic, nawet tych najpospolitszych, jak "będzie dobrze" i "wyjdziemy z tego cało".

- Powitaj porucznika "Kmicica" i życz powodzenia też i od nas.- powiedział, uśmiechając się delikatnie- A co do granatów, to widzę tu głębszy problem...

Znów przerwał, znów się zamyślił. Ktoś mu kiedyś powiedział, że zbyt często rozmawia z własnymi myślami, zbyt często szuka Bożej pomocy w każdej sytuacji, podobno w końcu poważnie mu to zaszkodzi. Według Wiernego jednak dokładne przemyślenie każdej sytuacji to podstawa, szczególnie zaś sytuacji takiej, jak ta.

- Kruk!- przywołał w końcu jednego ze "swoich"- Skocz z naszą łączniczką do kwatery i zobacz, ile granatów nam zostało. W zależności od ilości, wydaj ich parę- pomoc innym zawsze z czasem procentuje.- skończył i ponownie omiótł wzrokiem resztę oddziału

- A was proszę o zajęcie pozycji i skończenie pogaduszek! Zawsze lepiej być przygotowanym na nagły atak, przed którym ni nasze przeczucie, ni Boska Opatrzność może nas nie obronić!- przerwał i skierował swój wzrok na Jonasza- I ciebie też to dotyczy, Jonasz- wytykanie głowy za róg to niezbyt bezpieczny sposób zwiadu!

Odetchnął jakby z ulgą i znów zaczął swój obchód- zazwyczaj nawet po najprostszych rozkazach wszyscy mieli pełno pytań...
 
__________________
Kutak - to brzmi dumnie.
Kutak jest offline  
Stary 16-07-2007, 01:06   #8
 
kitsune's Avatar
 
Reputacja: 344 kitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skałkitsune jest jak klejnot wśród skał
Stare Miasto, barykada na Dekerta, Reduta Wiernego, 1 IX 1944 10.00
"Naprzód wiara", przed nami podorywka długa jak śmierć, która nas może dopaść. Nie myśleć, lepiej iść naprzód, wyrzucić z umysłu to co się może stać. Krótka komenda podcina jak batem. Biegiem. Hurrra - wydziera się z gardeł, nic to nie pomoże, ale może mniej sie boimy. Dopadamy pierwszych zabudowań Przasnysza. Kompania Niemców wychodzi do kontrataku - zbicie karabinem nastawionego bagnetu, potem uderzenie w twarz kolbą. "Mutti" - jęczy, ciekawe ile miałeś lat szczeniaku, może osiemnaście ? Dalej. Następny, zwód , bagnet pod żebra, skurwysyn sie zaklinował na kości. Przeładować. Strzelić. Karabin sam wyskakuje o mało nie wyłamując ręki. Zalegamy po domach szukając dobrych pozycji. zaczynają gdakać niemieckie ckm-y i moździerze. Gdzie do kurwy nasza artyleria ?
Po dwóch godzinach rozkaz - cofamy się. To po cholerę straciliśmy 40 % kompanii ?
Dalsze walki wyrzucił z pamięci - spanie w marszu, ciągłe naloty, chowali się jak zające pod bruzdą. I ta piekielna bezsilność. Wycie syren stukasów spadających na bezbronne kolumny dalej mu sie śni.

Pamiętnik „Jonasza”, zapis z 3 września 1939, walki pod Mławą

Czas wlókł się naprzód„Wierny” tu pochwalił, tam zganił. Poprawił pozycję elkaemu „Drągala”, pogonił w pizdu jedenastoletniego może łącznika od „Trzaski”, który nieprzepisowo zameldował się przed nim, informując, że przez pozycje plutonu przejdą chłopcy kompanii wypadowej z baonu „Bończa”, kierując się na Plac Krasińskich. Sam nie wiedział, czy to ze złości, czy z bezsilności. Nie był durniem. Doskonale wiedział, że 500 metrów stąd, na Placu Krasińskich saperzy obudowują workami z piaskiem właz do kanału, a to znaczy jedno. Ewakuacja. I to prędzej niż później. Zacisnął bezsilnie dłonie. Od Świętojańskiej szkopski cekaem pociągnął długą serią po ruinach. Nawet nie drgnął, podobnie jak pozostali. Młody łącznik, bodaj „Mikrus”, jeszcze raz zameldował się, tym razem poprawnie i przekazał rozkazy. Trza wysłać łącznika do dowództwa zgrupowania, do „Roga”.
„Jonasz” palił spokojnie papierosa. Jego wielka, nieruchoma sylwetka odznaczała się mimo maskującej bluzy na tle barykady. Spokojnie zaciągał się i wydmuchiwał dym. „Krzysztof” poszedł do sierżanta i poprosił o fajkę. Wielu wiedziało, że sierżant ma jakby szósty zmysł, a kiedy jest spokojny, to inni też mogą się rozluźnić.
„Basia” wysłuchała słów swego dowódcy. Czasem był tak niedostępny, tak obcy: „utrzymają się, dadzą czas”. Słowa te dźwięczały wciąż w jej głowie. A to nie chodzi o Polskę czy o naród. Tu chodzi o jej „Junaka”, którego zostawią w szpitalu na Długiej 7, w gmachu dawnego Ministerstwa Sprawiedliwości. „Niusia” wpatrywała się w przyjaciółkę, a potem podeszła i objęła ją bez słowa. Chłopcy odwrócili głowy. „Grom” zajął się swoją „Błyskawicą”, „Dyzio” polazł po coś do żarcia dla „Drągala”. Wielki celowniczy MG-42 oparł głową na kolbie kaemu i zapadł w półsen. „Czarny” podszedł do dziewczyn, przewiesił zawadiacko przez plecy STENA:
- Basiu, Basieńko… Ja, go wezmę. W kanał, poniesiemy. Racja chłopcy?
„Jastrząb” pokiwał energicznie głową, a „Kruk” coś mruknął przyzwalająco. Młodziutki łącznik od „Trzaski” popatrzył na „Czarnego”:
- Ale żandarmi „Barrego” nie wpuszczą go. Żadnych ciężko rannych… Sam słyszałem.
„Czarny” postąpił krok do przodu:
- A ty co tu jeszcze robisz, szmondaku zapyziały? Poszedł weg gumowe gwoździe u szewca prostować, bo jak cię trzepnę to w powietrzu z głodu zdechniesz.
Malec odwrócił się i pobiegł do swoich
„Daniel” znów przepatrywał teren ze swego poddasza. Po drugiej stronie daleko, może 300 metrów dalej, gdzieś aż w okolicach Placu Zamkowego dojrzał ruch. A jakże. Znów się szykowali do szturmu. Przez lunetę SWT dojrzał przynajmniej pięćdziesięciu piechociarzy ze wsparciem działa szturmowego. Jak na dłoni widział ich dowódcę, kapitana w pięknym, wymuskanym mundurze.
„Chmura” przysłuchiwał się rozmowie chłopaków z „Basią”, uśmiechnął się, kiedy jego kumpel pogonił łącznika, a potem znów syknął. Bok rwał i piekł na przemian. „Czarny” klapnął ciężko obok. Jakby nie zauważał cierpienia przyjaciela. Spojrzał w dal, podniósł kawałek gruzu i od niechcenia rzucił go ponad barykadą:
- Wiesz „Chmura”. Pamiętasz jak to miesiąc temu się zaczęło? Iść w śmierć ot tak na krótką koszulę… Teraz mamy hełmy, panterki, giwer więcej… A sił jakby coraz mniej… Mielą nas z gruzem na miazgę. Artyleria, bomby, samoloty, „krowy”…
„Chmura” wzruszył ramionami:
- A z ciebie co taki fizolof?
- Filozof…
- A może być i chuj bosy! - Kapral wściekł się. Miewał napady nagłego gniewu. Ostatnio nawet częściej. – Co mam ci powiedzieć? Przyjdą, wygniotą jak muchy? Niech przyjdą, niech próbują ferajnę staromiejską wziąć! To jak ziemniaki z ogniska wyciągać!
„Olga” jednym uchem słuchała sprzeczki przyjaciół i myślała. Mały łącznik przekazał rozkazy od „Trzaski”. Trzeba biec do „Roga”. To może znaczyć, że szykuje się coś. Z zamyślenia wyrwał ją głos „Groma”
- Co się dzieje „Olga”? Coś tak zmarkotniała?
W oddali niosły się odgłosy palby karabinowej, naparzanie z dział, głuche stęknięcia armat czołgowych. Potem jakby odległe wrzaski, potem kilka przeciągłych serii z kaemu. Kolejny szturm na Bank Polski, gdzie pazury wczepili się w gruzy z batalionu „Łukasiński”.
Wycie lotniczego silnika usłyszeli w ostatniej chwili. Stukas pikował prosto w dół. Pod jego złamanymi skrzydłami dostrzegli obłe kształty bomb. Pilot celował prosto w barykadę. Niemal dostrzegali jego twarz ukrytą za owiewką kabiny. „Jonasza” znów zalał zimny pot. Jakże nienawidził tego dźwięku.
Spod skrzydeł oderwały się dwa, ciemne kryształy i poszybowały w dół, w kierunku ruin.
 
__________________
Lisia Nora Pluton szturmowy "Wierny" (zakończony), W drodze do Babilonu


kitsune jest offline  
Stary 17-07-2007, 00:39   #9
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 16894 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
Basia uśmiechnęła się do przyjaciół, wyrażając tym samym wdzięczność za słowa wsparcia.

- Jakoś to będzie. Na pewno zorganizują jeszcze jakieś przewozy rannych. Poradzimy sobie... jak zwykle. Co nie?

Sama słyszała fałsz w swoim głosie. Obrzydzeniem napawał ją niefrasobliwy ton, który przyjęła, ale nie mogła nic na to poradzić. Nie chciała, by ją pocieszali. To jej własny problem i nie może wciągać w to jeszcze towarzyszy z „Wigier”! To ona jest tu sanitariuszką i to ona powinna dbać o nich, a nie na odwrót.
Cóż jednak mogła poradzić, że łzy same cisnęły jej się do oczu?

Ignorując rozmowę z małym łącznikiem i zwyczajowe przepychanki chłopaków, odeszła na bok. Odwróciła się plecami od zebranych tak, by nikt nie widział, nikt nie wiedział... Uścisk w piersi niemal nie pozwalał jej złapać tchu. Serce... tak bardzo bolało.

Junak zostanie... ja to czuje, że on zostanie. I będzie tu czekał na Szwabów.. sam jeden... Jak mogę go zostawić? Boże... Dobry Boże powiedz mi, co mam zrobić? Nie uratuję go zostając z nim w szpitalu, a spowoduje tylko, że „Wigry” stracą sanitariusza... Teraz nawet taka niedołęga jak ja jest cenna, bo może ocalić czyjeś życie. Gdybym miała dość siły, nie mazałabym się tu... Gdybym miała dość siły... to zostawiłabym mu pistolet, by mógł oszczędzić sobie cierpień, kiedy wkroczą Niemcy... ale nie mam! Potrafię tylko beczeć... Dobry Boże, dlaczego każdy wybór, który przede mną stawiasz jest naznaczony krwią? To tak jak w tym wierszy Krzysia. Jak to było? Pamiętałam go całego przecież...

Oto jest chwila bez imienia:
drzwi się wydęły i zgasły.
Nie odróżnisz postaci w cieniach,
w huku jak w ogniu jasnym.
Wtedy krzyk krótki zza ściany;
wtedy w podłogę - skałą
i ciemność płynie jak z rany,
i w łoskot wozu - ciało.
Oto jest chwila bez imienia
wypalona w czasie jak w hymnie.
Nitką krwi jak struną...*"

- Och!

Znajome wycie silnika zagłuszyło wewnętrzny głos. Znów trzeba było się skupić na tym, co tu i teraz. Snucie perspektyw było dla powstańców tylko kolejnym zagrożeniem, kolejną bronią siejącą zniszczenie od wewnątrz.

- NA ZIEMIĘ!!!
– krzyknęła Basia, dostrzegając przez wyłamane okno nadlatujący samolot.

Sama jak na komendę rzuciła się na podłogę i zakryła rękami głowę. To już był odruch. Dopiero po chwili pomyślała o swym skarbie – lekach! Szybkim ruchem przyciągnęła apteczkę i wsunęła pod brzuch, żeby jak najlepiej zamortyzować wstrząsy, które za chwilę pewnie nadejdą... O ile oczywiście powstańcy będą mieć szczęście i nie walnie prosto w nich...

---------------------
*fragment Bez imienia Krzysztofa Kamila Baczyńskiego (pseudo „Krzyś”)
 
__________________
Co dzieje się z naszymi marzeniami, gdy uświadomimy sobie, że nigdy się nie spełnią?
Stają się naszymi najgorszymi koszmarami.
Mira jest offline  
Stary 18-07-2007, 20:32   #10
 
Reputacja: 0 Niles Elmwood nie jest za bardzo znanyNiles Elmwood nie jest za bardzo znanyNiles Elmwood nie jest za bardzo znany
"Daniel" wodził celownikiem za sylwetką oficera. Gestykulując wydawał piechurom władcze rozkazy, którzy zaczęli ustawić się za "Hetzerem".

- Nie dość, że samoloty to jeszcze tanki... – westchnął wyrównując oddech.

Mierzył prosto w kapitańską czapkę.

„Jeden pocisk – jeden Niemiec”
– przeleciał mu przez głowę popularny slogan powstańczych plakatów.

Jeden Niemiec – stu obywateli Warszawy... Słyszał historie, jak szwaby z łapanki w innych częściach miasta wysadzali ludzi z ciężarówek odliczając do stu... dziewięćdziesiąt osiem, dziewięćdziesiąt dziewięć, sto! – salwy broni maszynowej ścinały żniwo polskich cywilów. Tak jak stali – najczęściej kobiet i dzieci – padali w objęciach betonowych trotuarów... Metodyczna odliczana, niemiecka dokładność, esesmańska bezduszność, zezwierzęcenie...

"Chcą nas zastraszyć i zaszczuć... Odbierają resztki godności w śmierci..." - myślał. Wiedział, że oficerów trudniej zastąpić, bo do szeregów "Schutzów" wrzucają choćby naszych Ślązaków...

Czuł te znajome uczucie harmonijnego zjednoczenia z bronią. Teraz stanowili jedno, spokojnie nacisnął na spust. Żołnierski obowiązek kolejny raz wziął górę.

Po przebrzmiałym wystrzale SWT przewrócił się na plecy.
Z nieba spadał jak jastrząb pikujący "Stukas". Wycie zniżającego się silnika natężało się wraz z opadającą tonacją rosnących decybeli. Spod skrzydeł oderwały się bomby i leniwie pruły przestrzeń, bezwładnie obracając się wokół swoich osi, pochylone głowicami. Stalowe lotki wirując ze świtem cięły niebieskie niebo...

W zwężających się źrenicach "Daniela" tryskały szaleńcze iskry nienawiści. Czuł się bezradny. Niemal dokładnie widział gogle pilota i biały szalik opleciony wokół kołnierza skórzanej kurtki, nim pilot poderwał maszynę do góry.

- Bezczelnie bezkarni! – zgrzytnął zębami mocno zaciskając ręce na leżącym na piersi karabinie. Ze zgrozą zauważył, że od już od dawna więcej rozmawia ze swoją bronią, jak kolegami z plutonu.

Bomby rosły w oczach. "Daniel" niespokojnie odprowadzał je wzrokiem. Leciały prosto na barykadę.

"Znowu ktoś zginie... Może ktoś, kto tego jeszcze nie wie i może myśli, że panosząca się jak zaraza śmierć go nie dotyczy." - wiedział, że ten moment nie należy do niego.
Tuż przed wybuchem zamknął oczy szepcząc spierzchłymi wargami:

- W obcowanie Świętych racz ich włączyć, Panie...
 

Ostatnio edytowane przez Niles Elmwood : 19-07-2007 o 02:14.
Niles Elmwood jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:51.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172 173 174