Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-12-2019, 17:39   #1
 
Ayoze's Avatar
 
[WFRP 2ed] Władca Zimy

"Kiedy nad pustkowiami Norski i północnego Kislevu szaleje mroźny, północny wiatr, gdy za oknami słychać jego potępieńczy jęk, przeszywający aż do szpiku kości - wtedy mądrzy ludzie mówią, iż igry swe zaczęły demony zimy. Strach przed potwornymi istotami, których potępieńcze jęki można doskonale usłyszeć w rozpościerającym się po drugiej stronie bezpiecznych murów domostw mrocznym piekle, trzyma wszystkich w schronieniu. Ktoś może powie, że to mróz i dziki wiatr? Żaden Norsmen czy Kislevita nie lęka się północnych mrozów. Za to gdy słyszy jęk demonów zimy, czyni tylko ochronny znak na czole, odpędzający zły los i odwraca wzrok od okna, by w wirującej zamieci nie wyczytać zbyt wiele..."
- opowieść bajarza Bjørga Rasmussena.




Rozkaz otrzymany od kapitana Hansa Lagerbaka był jasny i klarowny - wasz oddział miał wytropić bandę kilkunastu goblinów, które szwendały się po okolicy, podejść ich fortelem, zarżnąć herszta i rozgonić resztę. Nie wdawać się we frontalną walkę w związku z przewagą liczebną zielonych. Potem jechać prosto do fortu Grunbaum i tam przezimować. Łatwiej jednak było powiedzieć, niż zrobić, mimo iż stanowiliście swoistą elitę lekkiej ostlandzkiej jazdy. Poza tym, ten patrol był nadprogramowy - mieliście właśnie zaczynać urlop, gdy sierżant przyszedł z rozkazami. Ale służba, nie dróżba, skoro "góra" zarządziła patrol, trzeba było zacisnąć zęby i wyjechać w teren, nawet pomimo tego, że te dwa tygodnie odpoczynku wam się po prostu należały. W wojsku jednak jak w życiu - niczego nie można było brać za pewnik.

To był już jedenasty dzień od wyjścia z fortu. Połowa żelaznych racji i obroku dla koni wydanych z magazynu w garnizonie Sudvorposten była już tylko wspomnieniem. Człap, człap, noga z nogą, kłus, cwał, człap, człap. Napadało trochę śniegu, ale co rusz temperatura skakała na tyle, że zaczynał się topić, a potem znów spadała. Rezultatem był mokry śnieg, idealny do lepienia kulek, albo bałwana, leżący cienką warstwą lub zebranymi w zagłębieniach złogami. Chłodno, czasem zimno, jednak grube, wojskowe płaszcze z kapturami i solidne, skórzane rękawice dobrze spełniały swoje zadanie - nie pierwszy raz zresztą. Ot patrol, jak patrol. Żadnych śladów zielonoskórych.

Żadnych, nawet najmniejszych.

Stanowiliście zgrany i jeden z najlepszych oddziałów zwiadowców lekkiej jazdy w garnizonie Sudvorposten. Leciał już drugi rok wspólnej służby, docieraliście się przy przeróżnych zadaniach - a to eskorta jakiegoś wielmoży, a to niepokoje w Górach Środkowych i walka z orkami. Wyżynka zwierzoludzi i mutantów w Lesie Cieni i wiele innych zadań, w których przelewaliście krew, czasem też własną. Z drugiej strony picie na umór po karczmach, czasami mocno osobiste rozmowy, bo po gorzale dusza otwierała się nie gorzej, niż gęba. A takie sytuacje zbliżały, cementowały oddział. Wiedzieliście, że możecie na siebie liczyć w każdej sytuacji, bo jak nie na kompana z drużyny, to na kogo? Nie byliście jak ci panoszący się wszędzie awanturnicy, dla których liczył się tylko zarobiony pieniądz i nic więcej. Służyliście dla Imperium, dla siebie, dla własnych przekonań.


Jedenastego dnia przed nadejściem zmroku rozpaliliście ognisko, nakarmiliście konie a potem zrobiliście kolację dla siebie. Gorąca zupa przypominająca gulasz i podpłomyki smakowały w tych okolicznościach niczym prawdziwa uczta. Za wczasu, gdy szarówka jeszcze nie przeszła w zmrok, rozstawiliście namioty. Przy przyjemnie ogrzewającej wieczerzy i ognisku nadeszła chwila wytchnienia po ciężkim dniu. Znajdowaliście się na niewielkiej polance, otoczeni przysypanym śniegiem sosnowym zagajnikiem.

Między drzewami przeszedł nagle podmuch mroźnego wiatru, ognisko załopotało. Unieśliście głowy - ciemne niebo nie znaczyła żadna gwiazda. Potem była cisza. Volmar wychował się na północy, wiedział na co się zanosi.
- Służyłem kiedyś z takim jednym, Wolf mu było, czy jakoś tak, podobnie. Był wtedy w słynnej 2 kompanii III Ostlandzkiego Reigmentu Piechoty, wracali z wyprawy na wschód. - Sierżant zaczął opowieść. - Byli już blisko, zarys Środkowych Gór przesłaniał cały horyzont, jeszcze tydzień, a może więcej, i byliby wrócili cali i zdrowi. Ale życie to suka, naszła ich zamieć. Nagła, ostra. Tak jak teraz, wpierw było cicho, tak cicho jak nigdy wcześniej. Nie poruszała się ani jedna gałązka, nic, tylko śnieg skrzypiał pod butami. A potem rozpętało się piekło, tak mówił Wolf, widoczność spadła niemal do zera, wichura porywała oddech, rzuciła nimi, wirowała w szalonym tańcu śmierci. Podobno to nie była zwykła zamieć, to Buran, demon zimy we własnej osobie. Przeraźliwy powiew zdzierał skórę i mięso aż do kości, ponad gwizd wiatru, ponad śmiech demona, przedzierał się potępieńczy wrzask ludzi. Krew w jednej chwili zastygała, zmrożona wirowała wraz z drobinami śniegu, uderzała w twarze. Wichura z potworną siłą zatoczyła się przez oddział pozostawiając przy życiu mniej niż dziesiątą część, reszta żołnierzy padła martwa, skostniała, odarte z wszystkiego szkielety leżały okryte szalem śniegu, przysypane kryształami własnej krwi. Upiorny widok. Żaden z tamtejszych żołnierzy już nigdy nie ruszył w teren.

Takie nagłe, biorące się znikąd zamieci middenlandczycy nazywali ,,Tchnieniem Ulryka''. Chwilę później temperatura zaczęła gwałtownie spadać. W jednej chwili wasze oddechy zamieniały się w kłęby pary, w nosie przy wydechu zaczynały tworzyć się zmarznięte płytki. Skóra piekła, jak cholera. Jakby nagle tysiące niewidocznych igiełek wbijało się w jej każdy odsłonięty na zimno fragment. Śnieg stał się ostry, twardy jak kamień. Konie przywiązane do drzew parskały, wierciły się niespokojnie w miejscu, jakby czuły, że zbliża się jakieś niebezpieczeństwo.

A w lesie nadal trwała cisza.

Absolutny bezruch, jakby nagle wszystko umarło, jakby na całym świecie nie było ani jednej żywej istoty oprócz was, zebranych przy ognisku - jedynym źródle światła i ciepłoty. Cisza. Zjawisko w lesie właściwie nieznane. Zawsze słychać jakiś szum, szelest w poszyciu, klekot ocierających się o siebie gałęzi. Lecz nie tym razem. Jedyne odgłosy to dźwięki wydawane przez konie, ludzi i ognisko. Każde trzaśnięcie płonącej gałązki jest jak grom, oddech świszczy, jak wiatr w górach, odgłosy końskich kroków brzmią, niczym uderzenia w bęben.

Ciszę przerwały dopiero drzewa... Pnie zaczęły trzeszczeć, gdzieś słychać trzask pękającej gałęzi, jakieś jęki, stęknięcia. Jakby tuż poza zasięgiem światła odprawiały się nieznane rytuały Boga Zimy. A potem znów cisza. Wszystko się powtarzało. Mogłoby się zdawać, że cisza trwa godzinami, choć minęło zaledwie kilka minut. Powoli spomiędzy konarów opadł wielki płatek śniegu, topiąc się nad ogniskiem. Drugi wylądował na nosie Izabelle. Śnieg. Na początku rzadki, a potem więcej, coraz więcej!


Po chwili widoczność spadła do kilku metrów. płatki wirowały w powietrzu jak złe, ognisko syczało. Lekki podmuch wiatru, powietrze poruszyło się i natychmiast wszystkich przejął ziąb. Na krótką chwilę cisza, następny powiew - mocniejszy, jeszcze mocniejszy, powoli przedzierając się przez tłumiącą dźwięki kurtynę śniegu, rodzi się szum wiatru, coraz mocniejszego, rozdzierane nim płatki zmieniają się, nie są już wielkimi, potulnymi kawałkami śniegu - są teraz mniejsze, zaczynają ciąć policzki. Wiatr nasilił się, zaczął huczeć, gwizdać, coraz mocniej i mocniej. Ciężko złapać oddech, trzeba cały czas mrużyć oczy, bo śnieg tnie mocno. Naciągnięte na głowy kaptury pomagały, ale nie całkowicie, bo i z nimi trzeba było walczyć, żeby znów nie opadły na barki pod wpływem porywistego wiatru. Poza tym trzeba było mieć baczenie na okolicę!

Nagle konie zerwały się! Przerażone wierzgały, kopały powietrze, zaraz pójdą w cholerę! Wiatr niemal przygasił ognisko, porozrzucał szczapy, uderzał ścianą śniegu. Zginał się ku ziemi, przewracał, wyrywał z płuc ostatni oddech. Wierzchowce próbowały uciec, trzeba je schwytać! Bez nich czekała na was tylko biała śmierć. Ognisko gasło, nie mogliście na to pozwolić. Nie w tych warunkach. Śnieg miał zaraz zasypać cały ekwipunek, który mógł zostać stracony na zawsze w ciągu zaledwie kilku minut! Trzeba było działać, choć wicher i siekący śnieg utrudniały ruch i ograniczały widoczność.

Nigdy wcześniej nie doświadczyliście zmiany warunków atmosferycznych w tak krótkim czasie. Musieliście się postawić, bo zima, która nagle postanowiła dać o sobie znać, nic sobie nie robiła z siły waszych mięśni, ostrego miecza, czy bystrego umysłu. Była tylko zamieć, starająca się pokazać, gdzie wasze miejsce...
 
Ayoze jest offline  
Stary 03-12-2019, 18:58   #2
 
Shiv's Avatar
 
Nie uśmiechało mu się znów wyruszać w teren, zwłaszcza, że niedawno wrócili z patrolu i mieli zacząć się urlopować, ale skoro Otto przyszedł z rozkazem, że trza brać dupę w troki i jechać wytropić bandę goblinów, to nie było zmiłuj. Volmar zastanawiał się, co zielone pokurcze robiły na ziemiach Ostlandu o tej porze roku, kiedy powinny się gdzieś zabunkrować na zimę, niczym niedźwiedzie, ale w sumie mało go to obchodziło. Mieli je znaleźć, to je znajdą i tyle.

Przez kolejnych jedenaście dni nie trafili jednak na ich ślad, co było dość podejrzane. Gobliny nie były mistrzami zacierania śladów i nawet padający śnieg nie powinien być przeszkodą, by trafić na ich trop, jednak tym razem nic takiego nie miało miejsca. Jakby rozpłynęły się w powietrzu. A to było dość podejrzane. Volmar z racji dawnej roboty przepatrywacza dla armii jechał na przodzie, próbując dostrzec cokolwiek, co mogłoby nakierować ich na odpowiednie tory poszukiwań.

Był mężczyzną wysokim, dość dobrze zbudowanym, o czarnej brodzie i chmurnym spojrzeniu piwnych oczu. W garnizonie i oddziale mówili na niego "Cichy", ale nie ze względu na jego małomówność, a umiejętności poruszania się w dziczy. Był jednym z lepszych w tym aspekcie i czasami przekomarzali się nawet z Gunnarem, który z nich ma w tym aspekcie większe doświadczenie. Dosiadał zdrowego, młodego deresza, na którym zawieszone były juki z prowiantem i obrokiem, oprócz tego olstr z włócznią, którą Ebert posługiwał się, gdy trzeba było.

Mężczyzna odziany był tak, jak zwykle, gdy wyruszali w teren. Miał na sobie skórzaną kurtę i kaftan kolczy, na to zarzucony mundur w biało-czarnych barwach Ostlandu. Ubioru w tę zimową aurę dopełniał gruby płaszcz z kapturem, wysokie buty jeźdźca i skórzane rękawice. Na plecach znajdował się wypchany plecak, a broń zwiadowcy stanowiły oprócz wspomnianej włóczni jednoręczny topór bojowy przy pasie, sztylet i łuk z kołczanem pełnym strzał.

Gdy zatrzymali się na postój i pogoda zaczęła się zmieniać, opowiedział pozostałym historię z przeszłości. Nie sądził, że kiedykolwiek trafi w podobne warunki, ale po chwili okazało się, że to była prawdziwa cisza przed burzą... śnieżną. Śnieg i wichura ostro cięły po twarzy, nie było czasu się zastanawiać, zwłaszcza, że konie zerwały się przestraszone zmieniającą się pogodą.

- Konie! Zajmijmy się końmi! Jak nam spieprzą, jesteśmy martwi! - Krzyczał przez zawieję i podrywając się na równe nogi od ogniska, które próbował zduścić wiatr, ruszył w stronę zwierząt. Dla konia jeździec był przewodnikiem. Jeżeli przewodnik potwierdzi obawy konia i wyczuje zaniepokojenie - koń ruszy do ucieczki. Nie mogli na to pozwolić.

Miał zamiar chwycić za lejce swojego deresza i mówić do niego spokojnie, jednocześnie klepiąc po szyi i boku pyska. To samo chciał uczynić z kolejnym, lub nawet dwoma innymi wierzchowcami towarzyszy, jeżeli uda mu się nad nimi zapanować. Żadnych nerwowych ruchów, wszystko płynnie i w miarę spokojnie, choć pogoda nie ułatwiała, gdy śnieg ciął po oczach. Liczył też na wsparcie Otto czy Gunnara, którzy też wiedzieli, jak sobie radzić z zaniepokojonymi zwierzętami. Na resztę przyjdzie czas później, teraz musieli zadbać o swój środek transportu.
 
Shiv jest offline  
Stary 04-12-2019, 21:40   #3
 
Ronin2210's Avatar
 
Rozkaz przyszedł niespodziewanie, zastał sierżanta podczas przeglądu koni i oporządzenia jeździeckiego jego oddziału. Gdy posłaniec wręczył mu zalakowany pergamin Otto wiedział że przepustka jego oddziału została z tą właśnie chwilą anulowana, wiedział to nawet przed zerwaniem pieczęci. Zawołał chłopca stajennego i zakomenderował że konie mają być gotowe do drogi w ciągu godziny i strzelił kciukiem w powietrze srebrnym szylingiem na znak że jak spisze się dobrze to otrzyma zapłatę. Chłopak widząc błysk srebra szybko i trochę niedokładnie zasalutował, co przypłacił odciskiem na czole i czym prędzej pobiegł siodłać konie oddziału.

Zimny lak pękł cicho i sierżant wczytał się w treść rozkazu.
Sierżancie Otto Hindelberg, doszły do Naszych uszu pogłoski że banda kilkunastu plugawych goblinów plądruje wioski i napada na przejezdnych na drogach między Sudvorposten i fortem Grunbaum. Zadaniem Waszego oddziału jest rozbicie bandy, unikajcie wszak walnej bitwy, zabicie herszta jest waszym priorytetem, resztę goblinów w miarę możliwości rozpędzić i unikać strat własnych. Zimę przeczekacie w forcie Grunbaum.

Okażcie przeto ten pergamin kwatermistrzowi, zobowiązuje go do wydania każdemu członkowi waszego oddziału prowiantu i obroku na trzy tygodnie.

Podpisano
Kapitan Hans Lagerbak dowódca III chorągwi lekkiej jazdy Ostlandu

***

W ciągu niecałej godziny oddział już galopował po trakcie, mimo że usłyszał kilka stłumionych przekleństw to nikt otwarcie nie zaprotestował. Wszyscy wiedzieli że na trakcie trzeba osłaniać nawzajem plecy i czujnie wypatrywać niebezpieczeństwa. Nie była to ich pierwsza wspólna misja, członkowie oddziału sprawdzili się podczas kilku ostatnich miesięcy na szlaku i Otto wiedział że może na nich polegać.

***

Zawieja zerwała się całkowicie niespodziewanie, wiatr sypał lodem w oczy i wyciągał oddech z płuc, momentalnie też ogień zmarniał jakby ktoś chlusnął na niego wodą z wiadra, do tego konie spłoszone w takich warunkach nie byłyby do odnalezienia, trzeba było szybko działać.

- Cichy, Marcus, Gunnar! - wrzasnął z całych sił starając się przekrzyczeć zawieje - Musimy spętać konie, zarzućcie im koce na łby to się uspokoją! - krzyczał starając się przekrzyczeć rżenie koni, jednocześnie wyciągnął linę z zamiarem spętania zwierząt za uzdy do jednego drzewa.

- Łapcie za uzdy, musimy je związać razem! - zdzierał sobie gardło dalej.

- Iz pilnuj ognia, dorzuć wszystkie drwa! Reszta do zapasów! - wrzasnął biegnąc za końmi.
 
Ronin2210 jest offline  
Stary 05-12-2019, 18:52   #4
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Spojrzenie, jakim młody mężczyzna obrzucił sierżanta, dalekie było od entuzjazmu. Bardzo dalekie...

Gunnar zawsze uważał, że nie warto być zbyt dobrym w swoim fachu. A przynajmniej starać się, by ta fachowość nie rzucała się zbytnio w oczy tym, którzy wydawali rozkazy.
Najlepiej mieli średniacy, od których nigdy nie wymagano zbyt dużo.
No ale niektórzy za wszelką cenę chcieli błyszczeć... i potem trzeba było za to płacić.
Na przykład przepustkami. A dokładniej ich brakiem. I koniecznością spędzenia długich godzin w siodle, zamiast w łóżku, z miłą panienką.
Która, zapewne, w tym czasie znajdzie sobie kogoś innego.
Czy wyrzynanie goblinów może zastąpić łóżkowe przyjemności? Tylko jakiś kretyn mógłby tak pomyśleć.
No ale na rozkazy nie ma rady.

* * *


Atak śnieżycy zaskoczeniem nie był, przynajmniej dla Gunnara - w końcu od tego była zima, by padał śnieg. Zaskakująca jednak była intensywność opadów i siła nacierającego wiatru, tudzież szybkość, z jaką spadała temperatura.
Jak się okazało, wierzchowcom te zmiany spodobały się jeszcze mniej, więc koniki zapragnęły znaleźć się jak najdalej stąd. Trudno im się było dziwić, wszak w taki dzień mądrzy ludzie siedzieli pod dachem, przy palącym się kominku, a zwierzaki wszak nie były głupsze niż ludzie - też chciały być bezpieczne.

Gunnar był pewien, że jego konik nie poszedłby w ślady innych i poczekałby na swego pana, ale rozkaz to rozkaz, więc nie można się było zaszyć w swoim namiocie i poczekać, aż przestanie padać. Poza tym nie należało myśleć tylko o sobie, więc zwiadowca pobiegł uspokajać konie i jeszcze mocniej je przywiązać, bo jasną rzeczą było, iż niekiedy uspokajające słowa i poklepanie po szyi może nie wystarczyć.

- Wrzućcie zapasy do namiotu - rzucił po drodze dobrą radę.

Co prawda nie bardzo wiedział, co by się mogło z tymi zapasami stać (wszak spod śniegu można było je odkopać, a wiatr nie mógł ich porwać), ale skoro Otto miał takie pomysły, to niech je sobie realizuje...
 
Kerm jest offline  
Stary 06-12-2019, 13:38   #5
Wiedźmołap
 
wysłannik's Avatar
 
Ciężko powiedzieć o Rupercie, że był fanatykiem, ale jego nastawienie do otrzymanych nowych rozkazów na pewno nie jednego mogło zaskoczyć. Nie dzielił się zbytnio swoimi odczuciami, był dość mocno zamknięty w sobie, ale cieszył się na nowe zadanie. I to nie dlatego, że lubił zimno, odmrażać sobie tyłek, palce czy stopy. Nie. Tam, głęboko w polach Ostlandu, był jeszcze dalej od przeszłości, która, jak czuł wyraźnie, ściga go niczym galopujący jeździec na potężnym rumaku. A do tego perspektywa pokonania herszta goblinów. To był cel.
Oczywiście Rupert, jak każdy członek oddziału, zasłużył na odpoczynek. Ale taka to była robota. Gdyby była wojna, to byłoby jeszcze gorzej. Można by pomarzyć o wolnym. Teraz wykonają zadanie, a jak wrócą to "góra" na pewno to doceni. Po dobrze wykonanej pracy odpoczynku, a przy tym różnych uciech, na pewno im nie zabraknie.

***



Opowieść sierżanta mogła zrobić wrażenie na młodzikach, na strachliwych szeregowcach, którzy jeszcze nie mieli okazji wypróbować swoich sił w terenie. Rupert, jako Czarny Strażnik, należał do odważnych mężczyzn. Oczywiście nie lekceważył zagrożenia, jakie niesie ze sobą zima i zamiecie, i był w pełni świadom, że taki demon rzeczywiście istnieje, ale nie był to powód, dla którego rycerz miałby się wycofać, przestraszyć i chcieć wrócić do domu. Być może było to kolejne wyzwanie, któremu ich odział miał stawić czoła.

Rupert był wysokim, dobrze zbudowany mężczyzną w wieku około 30 lat. Miał czarne włosy, które zawsze starał się strzyc i nosić w taki sposób, by nigdy nie przeszkadzały mu w walce. Nie pozwalał sobie na zaniedbane i zbyt długie kosmyki, które mogłyby mu przesłaniać widok w hełmie. Jego twarz naznaczona była kilkoma bliznami. Jedna bardziej wyróżnia się na tle innych. Biegła od prawej skroni aż do nasady nosa. Niezbyt głęboka, ale jednak wyraźna. Jednak dodawała ona młodzieńcowi charakteru i powagi, którą często starał się zachowywać. Większość czasu, ze względu na wykonywaną profesję i obowiązek, nosił ciemną, pełną płytową zbroję. Prezentował się w niej godnie. Nosił ją z dumą, co podkreślał wyprostowaną postawą, typową dla kogoś kto przeszedł długie i męczące żołnierskie szkolenie. Głowę zawsze starał się trzymać prosto i nieruchomo w czasie rozmów, lustrując rozmówców swymi brązowymi oczami. Ze względu na częste podróże, nie dbał specjalnie o brodę. Zwykle na jego twarzy gościł kilkudniowy zarost.
Aktualne warunki nie pozwalały mu nosić swojego pancerza, więc podczas podróży większość ciężkiej płytowej zbroi spoczywała w jukach. Rupert wierzył, że będzie okazja przywdziać pancerz, dlatego też nie wyobrażał sobie by mógł go zostawić w koszarach.

Czarny Strażnik posłuchał rozkazu sierżanta i już miał biec zająć się prowiantem, ale nie mógł zostać obojętny na zaniepokojenie swojego rumaka. Północ, bo takie imię nosił, był potężnym, czarnym rumakiem. Nie byle koniem z popularnej stadniny z Ostlandu czy pierwszym lepszym koniem, jakiego dosiada członek lekkiej jazdy. Północ to rumak szlachetnej krwi. Był podarunkiem. Łączyła ich wyjątkowa więź. Jeśli ktoś miał uspokoić Północ, to musiał być to jego jeździec, w przeciwnym razie mogłoby być jeszcze gorzej.
 
__________________
"Inkwizycja tylko wykonuje obowiązki, jakie na nią nałożono. Strach przed nią jest zbyteczny; nienawiść do niej, to herezja." - Gabriel Angelos, Kapitan 3 Kompanii Krwawych Kruków.

Ostatnio edytowane przez wysłannik : 07-12-2019 o 21:48.
wysłannik jest offline  
Stary 06-12-2019, 17:52   #6
 
Lechu's Avatar
 
8 lat temu
Middenheim

Magnus nie należał do „synów areny”, którzy do walki zostali zmuszeni przez parszywy los. Nie był ani jednym z niewolników walczących o wolność, ani zwyrodnialcem skazanym na bój do czasu odkupienia swoich przewinień. Kastner należał do niezbyt licznej grupy ludzi, którzy z własnej, nieprzymuszonej woli wychodzili na ubity piach z tymi, którzy nie mieli wiele do stracenia. Mimo iż dla większości gladiatorzy byli zwierzętami - kierującymi się jedynie brutalną siłą i agresją - to sam Kastner uważał się za zawodowego sportowca. Nie mógł co prawda porównać się z siłaczami, strzelcami czy sprinterami, ale dyscyplina którą zgłębiał z pewnością wymagała nie mniejszej ilości krwi, potu i poświęcenia.

Początki jego wojowniczej działalności miały swoje miejsce jeszcze za czasów nastoletniego buntu kiedy to wbrew woli rodziców nie poszedł na wyszukane przez ojca – bogatego kupca – studia i wyruszył w świat starając się wmieszać w grupę odważnych awanturników. To w tej małej grupie poznał Wolfganga, byłego gladiatora, który odkrył potencjał Magnusa i zaczął jego wyczerpujące do granic szkolenie. To mogłoby trwać miesiącami, ale detektywi wynajęci przez ojca chłopaka namierzyli go dość sprawnie i Kastner musiał wracać do Grodu Białego Wilka, gdzie czekała na niego rozchorowana matka i wściekły ojciec.

Kiedy tylko rodzicielka Magnusa wydobrzała ten zaczął na nowo treningi pod okiem mistrza lokalnej areny, Brigga. Kraus nie opuszczał treningów i dbał o odpowiednią regenerację mając gdzieś z tyłu głowy wizję zwycięstwa w corocznym turnieju gladiatorów. Podczas przygotowań mężczyzna występował niejednokrotnie zgarniając cięgi. Jednak jak mawiali każda porażka była nawozem sukcesu…

Kilka miesięcy po rozpoczęciu szkolenia Magnus był gotów do turnieju, przez który parł jak tur pokonując kolejnych wojowników. W finale stanął naprzeciw doświadczonego weterana, który podobnie jak on nie był ani niewolnikiem ani skazańcem. W tej walce starły się młodzieńcza siła i impulsywność ze spokojem i doświadczeniem, które z czasem w życiu każdego wojownika zastępują wcześniejszą sprawność. Arena od zawsze była miejscem, w którym Magnus czuł się wyśmienicie. Piekące słońce wysoko nad głową, suchy piach pod butami, smród potu i przelanych flaków w nozdrzach. Kraus triumfował chociaż tamtego dnia zdobył kilka dodatkowych blizn i ozdobę w postaci poszarpanego mieczem ucha. Mimo iż zaraz po walce wyglądał jak poharatany prosiak – przez co otrzymał przydomek „Rzeźnik” – to nie zamieniłby tamtego doświadczenia na żadne studia.



3 lata temu
Middenheim

- Nie opuszczaj tarczy.

- Szybciej pracuj nogami.

- Pewniej uderzaj.


Magnus nie spodziewał się, że po zwycięstwie w turnieju dostąpi zaszczytu zastąpienia Brigga na stanowisku weterana areny. Jego niezmiennym zadaniem było zmienianie chłopców w mężczyzn. Zadanie to nie było tak proste jak mogło się wydawać. Włamywacze, doliniarze, malwersanci nie byli najlepszymi materiałami na przyszłych gladiatorów. Ba. Zdaniem „Rzeźnika” oni nie zasłużyli aby ktoś poświęcał czas i energię na próby wykrzesania z nich chociaż szczątkowych zdolności bojowych. Z drugiej strony bez przygotowania te miernoty nie byłyby w stanie zapewnić gawiedzi wystarczająco krwawego widowiska.

Kastner był facetem po trzydziestce, którego popielaty kolor włosów miejscami ustępował siwiźnie. Jego budowa ciała była wzorem dla wszystkich początkujących wojowników. W jego przypadku można było mówić o dobrych genach do całego wachlarza sportów. Magnus miał szerokie barki, mocno nabite ramiona i muskularny kark co w połączeniu z proporcjonalnie zabudowanym dołem ciała robiło z niego dobrego zapaśnika, wykidajło, żołnierza czy strażnika. Mimo iż facet nie wyglądał na przesadnie ciężkiego to był cholernie silny udowadniając to niejednokrotnie ciosem potężniejszym od wyższych i tęższych od siebie wojowników. Jego surowego wyglądu dopełniały kwadratowa szczęka, lekko podkrążone oczy i zadbany kilkudniowy zarost. Wyglądające na ciepłe i przyjemne brązowe oczy wojownika potrafiły zmrozić krew w żyłach każdego adepta areny, który po pierwszym wkurwieniu „Rzeźnika” dobrze wiedział, że lepiej nie zachodzić temu facetowi za skórę.

Kastner potrafił walczyć wieloma typami broni. Od standardowych jak miecze, pałki, topory, młoty czy włócznie, po te bardziej egzotyczne jak różnoraka broń dwuręczna, parująca czy korbacze. Jako młodego gladiatora jego ulubieńcem był topór dwuręczny, jednak z czasem mężczyzna docenił osłonę tarczy zmieniając broń na jednoręczny morgensztern do pary z puklerzem. „Rzeźnik” nie miał pojęcia jak długo ostanie się na pozycji weterana areny. Ostatnimi czasy w jego głowie pojawiła się myśl aby zostawić arenę i pójść w nieznane. Nie miał tylko jeszcze pojęcia gdzie…



Rok temu
Garnizon Sudvorposten

Zwiadowca lekkiej jazdy Ostlandu… Gdyby ktoś powiedział Magnusowi rok wcześniej, że będzie mógł się tak mianować wojownik wybuchłby gromkim śmiechem. Jeździectwo, wojskowa musztra, dyscyplina… Wszystko co kojarzyło mu się niegdyś z armią nie napawało go optymizmem. „Rzeźnik” myślał, że życie żołnierza musiało być monotonne i jałowe. Nic bardziej mylnego…

W przypadku Kastnera wszystko zaczęło się kiedy brat jego pierwszego nauczyciela walki, Grimmer, opowiedział mu o swoich przygodach w szeregach konnego zwiadu Ostlandu. Były gladiator nie miał pojęcia dlaczego, ale zapragnął usiąść w siodle i wyruszyć na patrol. Wtedy nie miał jeszcze pojęcia jak daleka była przed nim do tego droga. Nauka jeździectwa, rozruszanie szarych komórek na tyle aby nabrać spostrzegawczości cechującej każdego zwiadowcę… Kastner wiedział, że daleko mu było do zwiadowcy z prawdziwego zdarzenia, ale Grimmer uważał, że zwiad potrzebował takich ludzi jak Magnus. Bitnych, odważnych i lojalnych.

Magnus od początku całkiem nieźle dopasował się do wcale nie tak nijakich szeregów zwiadu. Zwykle jako pierwszy zaczynał poranną zaprawę i starał się jak tylko mógł aby być przydatnym na znanych mu polach. Mimo iż facet był bardziej wojownikiem aniżeli mistrzem przetrwania to jego kompani z oddziału wiedzieli jakie stanowił wsparcie bojowe. Mimo iż każdy uśmiechał się półgębkiem kiedy na akcję wyjeżdżał typ w kolczudze, z morgenszternem i puklerzem to nikomu nie było do śmiechu kiedy w czasie gromienia zwierzoludzi czuł wparcie Kastnera w boju.

Mimo iż „Rzeźnik” był opanowanym twardzielem, któremu raczej nie zachodziło się za skórę to cechowała go też pokora. Rozkazy dla Kastnera były rzeczą świętą i zawsze miały najwyższy priorytet. Swojego konia, o imieniu Sztorm, wojownik kupił za bardzo małe pieniądze od handlarza kiedy ten czekał na transport do rzeźni. Kastner trafił na tego wałacha zupełnie przypadkowo, ale został od razu zauroczony łagodnością i urodą zwierzęcia. Sztorm miał trafić na rzeź, ponieważ kulał. Kontuzja wyłączyła konia z akcji na tygodnie rekonwalescencji, ale kto mógł popisać się większą cierpliwością niż były gladiator, który swoje kontuzje i obrażenia leczył dziesiątki razy?


Za pomoc i cierpliwość Sztorm okazał olbrzymią wdzięczność. Było to bardzo grzeczne, doskonale ułożone pod siodłem zwierzę. Sztorm, dzięki swemu spokojowi i przyjacielskiemu charakterowi był idealnym koniem dla początkującego Magnusa. Po pierwszych lekcjach na grzbiecie tego konia wojownik wiedział, że w jego siodle był bezpieczny. Póki co kulawizna Sztorma nie wracała i „Rzeźnik” miał nadzieję, że tak już pozostanie. Ten koń to był jego skarb.



Obecnie


Rozkaz do wyjazdu Magnus przyjął niezwykle spokojnie. Weteran był opanowaną osobą, ale miał nadzieję, że po zarżnięciu dowódcy zielonoskórych wraz z kompanami będzie mógł wypocząć. Fort Grunbaum, w którym mieli przezimować był całkiem przyjemnym miejscem. „Rzeźnik” wolał jednak nie myśleć o wypoczynku póki miał do wypełnienia dane dowódcy słowo.

Po jedenastu dniach wędrówki Kastner był zdziwiony, że jak dotąd nie znaleźli żadnych goblińskich śladów. Te małe pokurcze nie należały do ras trudniących się ich zacieraniem. Magnus szczerze wątpił aby jego kompani nie byli w stanie wytropić tuzina zielonych pomimo zalegającego wszędzie białego puchu. W zasadzie weteran lubił zimę chociaż jego organizm zdecydowanie lepiej znosił upały aniżeli skrajne mrozy. Po rozpaleniu ognia i nakarmieniu koni Magnus mógł posłuchać opowieści Volmara. Mimo iż weteran szybko wrzucił w siebie podpłomyki i gulasz słuchając dokończył rozbijanie namiotów będących kręgosłupem obozowiska. Niewielka polana otoczona sosnowym zagajnikiem wyglądała całkiem malowniczo chociaż mroźny wiatr i mroczna opowieść nie nastrajały do podziwiania widoków. Kastner zawsze był gotowym do boju chociaż czasem nie wystarczyło być gotowym. Ścieranie się z potężnymi siłami natury niewiele miało wspólnego z przelewaniem krwi. W takich chwilach należało polegać na swojej wytrzymałości, żelaznej woli i opanowaniu.

Nagle warunki zmieniły się tak drastycznie, że Magnus oniemiał. Zgodnie z rozkazami sierżanta Kastner miał zająć się zapasami. Dobrym pomysłem było wrzucenie ich do namiotów. Sprawy nie ułatwiał bijący po twarzy śnieg. Niby naciągnięty kaptur spisywał się dobrze, ale wicher ściągał go z głowy co kilka sekund. „Rzeźnik” nie miał czasu do stracenia. Mimo iż z chęcią rzuciłby się na pomoc swemu wałachowi to zachował zimną krew i zaczął walczyć o utrzymanie w posiadaniu grupy zapasów. Namioty były całkiem solidne i bardzo możliwe, że nie zostaną pochowane pod górami śniegu. Wojownik walczył w ciszy i spokoju. Jak zawsze chciał osiągnąć cel marnując jak najmniej energii. Ta mogła mu się jeszcze przydać…
 

Ostatnio edytowane przez Lechu : 08-12-2019 o 10:25.
Lechu jest offline  
Stary 07-12-2019, 11:35   #7
 
archiwumX's Avatar
 
Gdy Izabelle usłyszała rozkaz jej twarz spochmurniała, ale nie narzekała głośno. Już zamierzała iść do swojej kwatery dać odpocząć mięśniom po wielodniowym wysiłku, gdy tu dowiedziała się o nowej misji! Gdy to było nie w zimę to zniosłaby to dużo lepiej, gdyż uwielbiała wędrować po lasach i łąkach. Teraz zostało tylko powiedzieć sobie, że przynależność do elity zwiadu Imperium ma swoją cenę i zacisnąć zęby.


Gdy się rozhuśtała się śnieżyca niska szczupła kobieta o niebieskich oczach musiała przerwać natrętne myśli o tym dlaczego jej drużyna nie jest w stanie znaleźć choćby cienia śladu po goblinich intruzów. Zwiadowczymi od razu wiedziała, że nie może pomóc swojemu rumakowi mimo, że starała się jak najlepiej stosować do wszystkiego co podpatrzyła i usłyszała od ludzi bardziej umiejętnych w opiece nad końmi. Codzienie przed nocnym spoczynkiem sprawdzała czy kopyta są w dobrym stanie czy nie gdzieś odparzeń po uprzęży, gdy ją założyła ją przed kolejnym dniem patroluj sprawdzała czy jest wygodna. Teraz była jednak sytuacja była jednak krytyczna i była wielce prawdopodobne, że jej wysiłki więcej zepsują niż pomogą. Zatem musiała się zająć czymś innym. Rzuciła się pomagać „Rzeżnikowi”. Gdy już była przy namiotach krzyknęła do kompana – Wrzucajmy zapasy do jednego namiotu! Z reszty można zrobić prowizoryczny szałas nad ogniskiem!
 
__________________
Szukam tajemnic i sekretów.
archiwumX jest offline  
Stary 07-12-2019, 23:34   #8
 
MrOli's Avatar
 
Coś było stanowczo nie tak z tym patrolem. Goblińska banda nie rozpływa się tak po prostu w powietrzu. Od wyruszenia z garnizonu minęło już jedenaście dni. Powinni do tego czasu już na coś trafić, cokolwiek. Dym z obozowiska na horyzoncie, albo ślady przemarszu goblinów. Coś powinni już znaleźć. Z tymi ponurymi myślami Marcus rozkładał namiot na polanie gdzie zatrzymali się na noc. Potrzebował odpoczynku, tak jak każdy zresztą. Ale zamiast obijać się w garnizonie, zasiedli przy ognisku słuchając opowieści Volmara i jedli ciepłą zupę marząc o garnizonowym łóżku.

Nagle zaczęło się robić zimno. Naprawdę zimno. Przeszywający wiatr łopotał płachtami namiotów, a pierwsze płatki śniegu zaczynały spadać na ziemię. Marcus odciągnął czarne włosy które wichura wciskała mu na twarz i rozglądał się błękitnymi oczyma po smolistym niebie. Po wyrazie twarzy strażnika widać było że nie spodobało mu się co zobaczył.
-Psia pogoda-warknął cicho i naciągnął kaptur na głowę, ale wiatr niczym złośliwe dziecko ciągle próbował go ściągnąć. Pierwsze płatki śniegu pojawiły się na brodzie Marcusa gdy ten starał się mocniej opatulić ciemnym płaszczem.

Sytuacja szybko mogła stać się z złej w rozpaczliwą, Marcus czuł to w kościach. Wiatr który jeszcze przed chwilą był irytującą częścią aury, zaczynał przybierać na sile tak bardzo, że już samo wstanie było wyzwaniem. Niestety wstać od przyduszonego ogniska trzeba było. Koniom też nie spodobała się nagła zmiana pogody i mogły w każdej chwili uciec w las. Marcus ruszył w ich kierunku przez zawieję, zanim jeszcze padł rozkaz sierżanta, zagłuszany przez wiatr.

Spokojnie podszedł do koni i opanowanym ruchem złapał za uzdę swojego gniadosza i szeptał mu uspokajające słowa do ucha. Wiedział że instynkt koni kazał im uciekać i znaleźć schronienie. Jeżeli ich wierzchowce spanikują to będzie po nich.
-Zwiążmy je razem wokół drzewa głowami do środka- zawołał do towarzyszy. Zaczął prowadzić swojego konia do pobliskiego drzewa z zamiarem przywiązania go. Liczył że uda się to zrobić bez problemu bo zaraz trzeba było iść po kolejnego wierzchowca.
 

Ostatnio edytowane przez MrOli : 08-12-2019 o 12:00.
MrOli jest offline  
Stary 08-12-2019, 10:26   #9
 
Ayoze's Avatar
 
Otto wraz z Cichym, Marcusem i Gunnarem ruszyli do zaniepokojonych koni, które ani myślały pozwolić się okiełznać. Po chwili dołączył też Rupert, uspokajając swego wierzchowca. Konie parę razy wyrwały uzdy z dłoni sierżanta i Huntrichta, w końcu jednak zarzucenie koców na łby pomogło i zwierzęta zaczęły się uspokajać. Zaproponowane przez Marcusa związanie ich przy drzewie głowami do środka nie było takie proste, gdyż śnieg walił w was ostro, pchany podmuchami lodowatego wiatru. Przez jego świst ledwo dało się usłyszeć towarzysza rzucającego jakieś komendy, w końcu jednak udało się przywiązać mocno konie do drzew.

W tym samym czasie Magnus walczył z ekwipunkiem, przysypanym już sporą hałdą śniegu. Mężczyzna metodycznie wrzucał przedmioty do najbliższego namiotu, który przy tej wichurze trzymał się jeszcze w całości chyba tylko na "słowo honoru". W normalnych warunkach taka robota nawet by "Rzeźnika" dobrze nie rozgrzała, ale teraz, walcząc z wichurą i tnącym śniegiem, czuł każdy mięsień na plecach, rękach i nogach. Niektóre z rzucanych przedmiotów lądowały w śniegu przed namiotem, dlatego Kastner musiał jeszcze po sobie poprawiać i robił to z wyraźnym poirytowaniem.

Izabelle miała czas tylko dorzucić drwa do ognia, gdy mocniejszy podmuch lodowatej wichury zdmuchnął ognisko jak zapałkę. Wszędzie zrobiło się ciemno, choć oko wykol. Magnus po omacku wrzucał resztę ekwipunku do przygniecionego śniegiem namiotu, reszta wracała do obozu powoli i ostrożnie. Wokół rozpętało się piekło... przez krótką chwilę przejaśniło się na tyle, żeby można było ujrzeć idący przez las śnieżny wir, jak wspomniany wcześniej przez Volmara Buran, zasysający wszystko z ziemi i ciskający w łyse korony drzew.

Słychać było demoniczny chichot, wycie, gwizdy i jęki, wichura mamiła wasze zmysły. Uderzała raz za razem, ciosy były coraz potężniejsze, jakby kto taranem walił o bramę miasta, nawet krzyk już nie pomagał, nie mogliście się porozumieć... Białe, bezkrwiste twarze, wargi poruszające się w półświadomej modlitwie błagalnej, niszczące tchnienie Ulryka przewalało się lasem. Mroźny Bóg śmiał się...

Wieja ucichła bardzo szybko, w ciągu trzech ,,Sigmarze Królu'', znów z nieba spływały wielkie płaty śniegu. Ulga. Czuliście makabryczne zmęczenie, mięśnie rwały, wargi były popękane, w ustach sucho, trudno było cokolwiek powiedzieć. Znów nastała cisza. Wszyscy byliście straszliwie zmęczeni. Wichura ucichła. Chcieliście tylko położyć się i usnąć; temperatura nie skoczyła, nadal było straszliwie zimno. Kolejne ognisko udało się rozpalić nadspodziewanie łatwo, pozostało więc tylko wyznaczyć warty, ogarnąć własne namioty i położyć się spać.

Sen był jak śmierć.


Rankiem głośna, krótka komenda Otto, który wstał jako pierwszy, wyrwała pozostałych ze snu. Wciąż było zimno jak cholera, przy rozpalaniu ogniska trzeba było się trochę namęczyć, ale w końcu się udało. Żarcie w jukach zmarzło na kość, trzeba było rozmrażać je nad ogniem, co zabrało trochę czasu. Czuliście się osłabieni i wymarznięci, sen pomógł jedynie w niewielkim stopniu. Podczas śniadania, które wcale nie rozgrzewało, sierżant wyciągnął naszkicowaną mapę. Krótkie spojrzenie wystarczyło, by zagościł w was niepokój. Do najbliższej ludzkiej osady pozostało jeszcze jedenaście dni drogi. Tym razem udało wam się przeżyć, bo byliście wypoczęci, najedzeni i w dodatku mieliście za sobą łatwą podróż. Ale czy przeżyjecie następną taką wichurę? I jeszcze jedną?


Mapa wojskowa mówiła również, że dwa dni drogi na południe znajdowała się pięcioosobowa stanica. Jej zadaniem było strzec połaci wzgórz - idealnej naturalnej kryjówki dla zielonoskórych, lub band zbójeckich. Takie stanice miały najczęściej w lecie załogę dziesięciu do dwudziestu osób, na zimę redukowaną do pięciu, najmniej trzech, z zaopatrzeniem dla dziesięciu. Gdybyście tam dotarli, załoga na pewno by was przyjęła, że niby mało byłoby im jedzenia? Zawsze mogliście ubić konie, mięsa z nich byłoby niemało, jakoś byście przetrwali do wiosny, albo przynajmniej odwilży, bo cel patrolu wziął przecie w łeb, nie sposób było ganiać za zielonoskórymi w taką pogodę.

O powrocie do własnego portu lub Grundbaumu mowy być nie mogło. Ale gdybyście spróbowali do jakiejś wioski? Taa, najbliższa jedenaście dni, dziesięć przy dużym szczęściu, dwanaście lub więcej, gdy coś się stanie na szlaku. Trzeba by wtedy przyciąć na jedzeniu. A konie? Dla nich obroku też było na styk... jak konie padną, to cześć pieśni, podziękowaliście. Stanica jawiła się jako najlepsze z możliwych rozwiązań. Musieliście zadecydować, co będzie dla was najlepsze. Cel misji, czy wasze własne życia? Mróz wcale nie zelżał, a brak wiatru mógł być chwilowy, śnieg był suchy jak kurz, byle podmuch wiatru go uniesie...


Po śniadaniu spakowaliście się i ruszyliście w drogę. Trudno było oprzeć się złowrogiemu pięknu krajobrazu. Wszędzie wokół czerń i biel, cały świat narysowany był tymi kolorami. Śnieg padał coraz bardziej niemrawo, a powietrze było krystalicznie czyste. Konary i gałęzie dźwigały ciężkie kapy nawarstwionego śniegu, osypywał się on od czasu do czasu nagłymi chmurami drobnych płatków, lub ciężkimi obwałami większej ilości puchu. Każda gałązka u spodu była czarna, u góry biała, wszędzie czerń i biel, bez jednej skazy. Cisza. Nieprawdopodobna, niesamowita, dzwoniąca w uszach. Powietrze stało bez ruchu, jakby umarło, jakby zabiła je temperatura. Nagle waszą uwagę zwrócił huk niczym grom - pękająca gdzieś gałąź.

Powietrze było zbyt mroźne, zbyt suche aby ktokolwiek miał ochotę poruszyć się, zaśmiać, opowiedzieć anegdotę. I choć to był dopiero pierwszy dzień takich mrozów, to temperatura najmocniej dawała się we znaki Izabelle i Marcusowi. Otuleni płaszczami, z kapturami głęboko naciągniętymi na głowy i twarzami owiniętymi szmatami, dygotali w siodłach, szczękając zębami przy każdej próbie wypowiedzenia kilku słów. Wszyscy nie czuliście palców u stóp. Choć wojskowe buty były solidne, nie chroniły aż przed takimi mrozami.

Podróż do stanicy wiązała się z dużym ryzykiem. Była praktycznie odizolowana od reszty świata, więc co jeśli osiedliły się w niej gobliny? Być może wilki... Dla zbójów również byłaby to świetna kryjówka, ubicie trzech czy czterech wymarzniętych członków oddziału nie byłoby przecież zbyt dużym kłopotem dla zorganizowanej szajki bandytów.


Po jakimś czasie wjechaliście na wzgórze, z którego rozciągał się widok hen, aż po widnokrąg. Zorientowaliście się prędko, jak wiele jeszcze mil było przed wami. Nie było widać nic, poza samą, rozciągającą się aż po bezkres bielą, przecinaną jedynie co jakiś czas leśnymi zagajnikami. Ponownie przypomnieliście sobie, jak bardzo temperatura dawała wam się we znaki. Nadzieja na przeżycie malała z każdą minutą.

Wasze ręce grabiały, usta i policzki bolały, trzeba było je szczelniej owijać szmatami. Dłonie marzły nawet w grubych rękawicach jeździeckich. Zimno - straszliwie zimno. Ruszać, koniecznie musieliście się ruszać, inaczej śmierć. Zejść od czasu do czasu z konia, pobiec obok niego. Głód, a przecież nie można było jeść, wszystko zmarznięte na kość, chyba, że włożylibyście pod siodło? Stęp, kłus, odgłos kopyt końskich i skrzypienie uprzęży, to były jedyne odgłosy na całym świecie. Niedługo później doszło was skądś głośne wycie wilka...

Wkrótce dotarliście na polankę. Na jej środku znajdował się krąg z lodu, a w nim ani jednego płatka śniegu. Lód pokryty był namalowanymi przez szron kwiatami - byłyby idealnie takie, jakie tworzą się na szybach okien w zimie, gdyby nie ich idealna symetria. Na całym obwodzie kręgu były takie same, rozwijające się ku środkowi. Były wmarznięte w lód, widać je przez grubą jak dłoń taflę. Wokół kręgu wyraźnie widać było na trzy kroki ślady obutych stóp - które potem niknęły, jak nożem uciął.

Stało się. W okolicy byli zielonoskórzy.

Szybkie sprawdzenie śladów dało wam odpowiedzi na kilka pytań. Zielonoskórym przewodził najprawdopodobniej szaman, który najwyraźniej dobrze radził sobie z pogodą i chronieniem swoich wojowników przed zimnem. Było ich w sumie dziesięciu - czterech jeźdźców wilków i pięciu zwykłych wojowników, plus szaman. Nieszczęśliwym trafem dryfowali akurat w tym samym kierunku, co wasz patrol. Nie mogliście tu długo zostawać - zimno bijące od skutej lodem i przysypanej śniegiem ziemi było porażające, poruszanie się było bolesne, ale trzeba było tak robić, by nie tracić ciepła. Należało szybko zadecydować, co dalej...
 
Ayoze jest offline  
Stary 08-12-2019, 16:52   #10
 
Shiv's Avatar
 
Uspokojenie wystraszonych zwierząt nie poszło im tak szybko, jak się mogło wydawać. Nagła zmiana pogody mocno zaniepokoiła Cienia (tak przewrotnie nazwał Volmar swego deresza), że nawet nie pomagały krzyczane przez wichurę, ale wciąż spokojne słowa i próba ugłaskania. Dopiero gdy któryś z towarzyszy podał mu koc i Ebert zarzucił go na łeb zwierzęcia, można było powziąć dalsze kroki i przywiązać uspokajające się konie do drzewa. W taką pogodę, kiedy śnieg kłuje, niczym igły, a wichura nie pozwala nawet wziąć oddechu, sprawa nie była prosta, ale w końcu im się udało.

Volmar dyszał ciężko, wracając do obozu, który ogarnęła zupełna ciemność, bo wiatr zdmuchnął im jedyne źródło światła. Nie chciał myśleć, że to był Buran, o którym mówił wcześniej, ale wszystko na to wskazywało. Nigdy wcześniej, a miał już sporo zim za sobą, nie znalazł się w centrum takiej manifestacji żywiołu. To wszystko wyglądało tak, jakby za chwilę miał nastąpić koniec świata. Jakież to potężne siły tkwiły w przyrodzie. A może i coś więcej... nie chciał jednak nawet dopuszczać do siebie takich myśli.

Gdy kurzawica ustała, strzepnął śnieg ze swojego namiotu, chowając do niego ekwipunek zebrany w jednym miejscu przez Rzeźnika. Zgłosił się trzeci na wartę, po czym wpełznął do namiotu i owinął kocem. Niewiele to dało, ale lepsze to, niż nic. Starał się zasnąć, ale chłód nie pozwalał na szybkie odcięcie się od rzeczywistości. W końcu jednak mu się udało.


Następnego dnia przy śniadaniu przyszło im omówić dalsze ruchy. Mróz trzymał mocniej, niż poprzedniego dnia, na szczęście śnieg przestał sypać. Nie poprawiało to jednak nastroju Volmara, a i innych chyba też. W takich warunkach ciężko było podróżować i włóczyć się za zielonymi, jednak byli pieprzonymi żołnierzami i nie mogli odpuścić. Gdy Otto skończył opowieść o stanicy, Volmar odezwał się.

- Moim zdaniem powinniśmy jeszcze spróbować wytropić gobasy a jeśli w ciągu następnych dwóch dni nic to nie da, a i pogoda się nie poprawi, to wtedy zawinąć do stanicy. Lepiej usadzić dupska w cieple, niż ganiać za wiatrem w polu. Ale spróbować trzeba. No chyba, że zadecydujesz inaczej, sierżancie - rzucił, po czym upił z miski podgrzanej nad ogniem zupy.

W podróży nie odzywał się wiele, po prostu obserwował okolicę i szukał tropów zielonych. W pewnym momencie powietrze zrobiło się tak ostre, że musiał zasłonić twarz chustą, wcześniej strzepując z brody i wąsów bryłki śniegu. Coś z tą pogodą było nie tak. Jeszcze niedawno podróżowali w całkiem niezłych warunkach, a zima była znośna. Tymczasem od wczoraj zrobiło się tak zimno, że ledwo dało się wyczuć palce w butach i rękawicach.

Widząc, że Izabelle co jakiś czas trzęsie się w siodle swego konia, wyjął z plecaka koc, podjechał do towarzyszki i zarzucił jej na plecy.
- Masz, okryj się tym dodatkowo, powinno być lepiej - powiedział do niej. Jako zastępca sierżanta również chciał dbać o tych ludzi. W końcu mogli liczyć teraz tylko na siebie.

Niedługo później trafili na polanę z kręgiem lodu i dziwnymi zawijasami, których na oko Volmara żaden normalny człowiek wykonać by nie mógł. Zeskoczył z konia, by z pozostałymi iść sprawdzić ślady, a i się trochę rozgrzać, choć w takich warunkach mógł co najwyżej próbować się bardziej nie wyziębić. W brzuchu zaczynało mu burczeć, ale jak tu coś zjeść, jak wszystko pomarzło, a nie było czasu na rozpalanie ogniska. Na szczęście trafili na ślady, świeże, można by nawet rzec. Gobliny. Wielu, niektórzy na wilkach, co nie napawało optymizmem. No i szaman. Nieciekawie.

- Sierżancie, powinniśmy ruszyć jak najszybciej ich śladami, skoro są w miarę świeże i nie przysypał ich jeszcze śnieg. Wygląda na to, że idą w stronę, w którą my idziemy, być może do stanicy przy wzgórzach. Można by ich wziąć z zaskoczenia, jeśli wszystko by poszło po naszej myśli. - Za bardzo w to nie wierzył, ale nie zamierzał tracić wiary. Poza tym, im szybciej uporają się z zielonymi, tym szybciej zjadą do stanicy. Być może zanim zaczną się choroby i odmrożenia. Czas nie był ich wasalem w tej sytuacji.
 
Shiv jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 23:47.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172