Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD > Archiwum sesji z działu DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 23-01-2012, 19:33   #1
 
Pinhead's Avatar
 
Reputacja: 200 Pinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie cośPinhead ma w sobie coś
[DnD 3.5] "Morskie opowieści"

"Morskie opowieści"


Remont “Czarnego Gryfa” przebiegał szybko i bardzo sprawnie. Podobnie miał się nabór załogi. Chętnych było dużo więcej niż miejsc na galeonie. Kapitan Lanthis i bosman Ragar mieli nie lada orzech do zgryzienia. Każdy kandydat miał umiejętności i doświadczenie, które mogły się okazać przydatne w czasie rejsu.
O ile nie było problemów z wyborem zwykłych marynarzy, majtków i kuchcików, to z dobór najemników nie był już tak łatwy.
Kapitan Lanthis z każdym kandydatem odbył długą rozmowę. Wypytywał o przeszłość, doświadczenie na morzu oraz o posiadane umiejętności.
Czas płynął wolno, a kolejka chętnych wcale nie ubywało. Elf dowodzący “Czarnym Gryfem” był jednak bardzo cierpliwy. Z rozwagą i mądrością wybierał tych, którzy wejdą na pokład jego statku. Wiedział, że nie każdy nadaje się do tego rejsu.
W końcu po blisko czterech godzinach rozmów udało się dobrać załogę. Wśród wybranych był i potężnych goliath, jak i niepozorny kobold o którym w momencie zaczęto mówić, jako o prowiancie. Byli wśród nich i szlachetnie urodzeni, jak i dwójka dzikusów z egzotycznej z Chult.
Nikt nie wiedział jakie kryteria obrał sobie kapitan dokonując takiego doboru załogi. W podzięce za liczne zgłoszenia kapitan nakazał bosmanowi wypłacić wszystkim, którzy się nie dostali po jednej sztuce złota.
- Niech każdy z was dobrze się napije. I nie zapomnijcie wznieść przynajmniej jeden toast, za nasz szczęśliwy powrót. Do zobaczenia! - ryknął kapitan na pożegnanie.



Nazajutrz rano cała załoga zebrała się na kei. “Czarny Gryf” prezentował się wspaniale. Po zniszczeniach z poprzedniego rejsu nie było śladu. Maszty stały dumne i potężne niczym rosłe drzewa. Napięte wanty i śnieżno białe żagle także przyciągały wzrok. Statek był naprawdę olbrzymi i gdyby nie stan w jakim przybył do portu w Athkatli można, by pomyśleć że jest niezatapialny i nic mu nie zagraża. Każdy kto jednak miał choć krztynę doświadczenia na morzu wiedział, że nie ma niezatapialnych statków, a morze jest nieprzewidywalne i wszechpotężne.
Najemnicy weszli na pokład po zrzuconym trapie dźwigając mniejsze i większe pakunki. Zawierały one wszystko to, co uznano za niezbędne w czasie rejsu.
- Witajcie szczury lądowe! - ryknął nagle bosman Thort Ragar, który wyłonił się za zwoju lin, niczym duch. Ragar był rosłym mężczyzną z gęstą rudą brodą i łysą niczym kolano czaszką. Szczerzył w kpiącym uśmieszku białe zęby i zaparł dłonie na grubym skórzanym pasie.
- Chodźcie za mną - kontynuował bosman - Pokaże wam waszą kajutę.
Mężczyzna zaprowadził najemników do dość dużego pomieszczenia na dolnym pokładzie. Jedynymi meblami stojącymi w nim był przykręcony do podłogi stół i dwa drewniane zydle. Na ścianach przybite były w równych odstępach, zwinięte hamaki.
- Oto wasze królestwo - powiedział bosman z lekką drwiną - Kto nie umie spać w hamaku, może sobie rozłożyć posłanie na podłodze. Posiłki będziecie mogli jeść albo tutaj albo w mesie. Wszystkie racje żywnościowe oddajcie kucharzowi. On złoży je w magazynie i będzie pilnował. Nie chcemy, by szczury panoszyły się po całym pokładzie. Za godzinę wypływamy. Wypakujcie się i widzę was wszystkich na górnym pokładzie, gdy odbijemy od brzegu. Kapitan będzie miał pewnie kilka słów do załogi.
Bosman ukłonił się nisko niczym jakiś szlachcic lub dworzanin i nie spuszczając nikogo z oka wycofał się tyłem do drzwi.
Najemnicy zostali sami.


- Wciągać kotwicę! - ryknął bosman, a jego krzyk słychać był nawet w najdalszych zakątkach dolnego pokładu.
Okrętem szarpnęło nagle w lewo, a potem z jeszcze większą siłą w prawo. Nie doświadczeni w morskich podróżach najemnicy zachwiali się na nogach, ale na szczęście nikt nie upadł.
Wciągnięcie kotwicy było oczywistym znakiem, że “Czarny Gryf” opuszcza bezpieczną przystań w Athkatli.
- Do rej! - wrzasnął bosman.
Tupot nóg i krzyk marynarzy oznaczały, że wszyscy ruszyli wykonać polecenie.
Najemnicy wyszli z kajuty i skierowali się na górny pokład.


Najemnicy wyszli na pokład w chwili, gdy okrętowy bard zaintonował znaną morską pieśń, którą nie raz słychać w chwili, gdy okręty opuszczały rodzime porty. Ubrany w paradny i niezwykle barwny strój mężczyzna z schludnie przyciętym wąsem, chwycił korbową lirę i zaśpiewał pięknym, dźwięcznym altem znaną pieśń. Już przy drugim wersie dołączyli się do niego wszyscy marynarze, którzy zajęli miejsca na rejach. Już przy drugim wersie dołączyli się do niego wszyscy marynarze, którzy zajęli miejsca na rejach.





Rozwinięte żagle wypinały dumnie pierś z każdym podmuchem wiatru. Wanty grały i świszczały rytmicznie, a “Czarny Gryf” wznosił się na falach i oddalał się od bezpiecznych brzegów Amnu.
Gdy marynarz rozwinęli i ustawili żagle na pokładzie pojawił się kapitan. Stanął on obok trzymającego ster elfa o zawadiackim wyglądzie.
Kapitan Lanthis ubrany w wytworny surdut ze złotymi guzikami powiódł wzrokiem po zebranych marynarzach i najemnikach. Fioletowa papuga na ramieniu elfa zaskrzeczała:
- Ciiichooo! Ciiichooo!
Ci, którzy nigdy nie widzieli gadającego ptak buchnęli gromkim śmiechem. Papuga szybko jednak dała odpór dowcipnisiom i pisnęła kołysząc się w rytm słów:
- Ciiichooo! Maaatoołkii! Ciiichooo! Maaatoołkii!
Nie wiadomo, czy podziałały obelgi ptaka, czy może groźny wzrok kapitan, ale na pokładzie zaległa wnet cisza.
- Czołem bracia! - krzyknął Lanthis.
- Czołem panie kapitanie! - odpowiedzieli ci, którzy nie pierwszy raz płynęli “Czarnym Gryfem”
- Ruszamy! I mam nadzieję, że tak jak poprzednio będę mógł na was polegać. Wiecie doskonale, że morze bywa nieobliczalne i trzeba z nim walczyć o swoje życie. Wiecie też również, że mam swoje sposoby, aby bezpiecznie wyjść z najgorszych tarapatów.
- Taaaa jest! - ryknęło w odpowiedzi kilku matrosów.
- I tak trzymać panowie! Ci, którzy płyną z nami pierwszy raz niech już teraz zapamiętają, że są dwie święte osoby na tym statku. Pierwszą i najważniejszą jestem ja. A drugą bosman Ragar. Cokolwiek powiem lub każę ja lub Thort ma być wykonane natychmiast i bez szemrania. Każde nieposłuszeństwo będzie karane bardzo surowo. Kto, więc nie chce być przeciągnięty pod kilem, niech słucha naszych słów, niczym słów matki. Wierzę, że nasza współpraca ułoży się pomyślnie i wszyscy będziecie zadowoleni z naszego rejsu. A teraz bywajcie i do pracy bracia. Długa droga przed nami. Sewiris! - kapitan zwrócił się do sternika - Bierz kurs na wschód!
 
__________________
Wakacje - poza siecią prawdopodobnie do 14.09
"Zastanawiałeś się, czemu piekło ma bram siedem i dni w tygodniu jest siedem..." Martwy Snajper
"We have such sights to show you" - Hellraiser

Ostatnio edytowane przez Pinhead : 24-01-2012 o 00:36.
Pinhead jest offline  
Stary 23-01-2012, 23:40   #2
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 61089 Kerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputacjęKerm ma wspaniałą reputację
Wysoki mężczyzna ubrany w nietypową, bo jakby drewnianą, zbroję spoglądał na niedawnych konkurentów, a obecnie współtowarzyszy rejsu. Stanowili ciekawą mieszankę, a obecność kogoś z jego rodzinnych stron to już była prawdziwa niespodzianka. Ale o przyczynach takiego akurat stanu można było porozmawiać z tamtą parą kiedy indziej.

Ledwo zszedł pod pokład rzucił swój koc na pierwszy z brzegu hamak, a plecak schował do przykręconej do ściany szafki. W ślad za plecakiem powędrowała kusza. Dość trudno było przypuszczać, że ledwo odbiją od brzegu trzeba będzie skorzystać z tego wytworu techniki przeznaczonego przede wszystkim do eliminacji istot myślących.
Przeczesał ciemne włosy.
- Atuar - przedstawił się. - Kapłan - dodał. Symbol Labiryntu wyraźnie mówił, jakiego boga wyznaje.
Uśmiechnął się lekko, a starannie i krótko przystrzyżona broda nie zasłoniła uśmiechu.
Sprawdził, czy hamak jest solidnie zawieszony. Miał trochę doświadczenia. Sypiał w czymś takim na poprzednim statku. Wolałby jednak, by “Gryf” miał więcej szczęścia, niż tamten.

Oddawanie skromnych racji prowiantu w ręce kuka? To było może i rozsądne, pod warunkiem, że miało się tych zapasów nie wiadomo ile. A skoro Lo-Kag zamierzał urządzić przyjęcie, to warto było się do tego piwa dorzucić. I napić się, zanim piwo skwaśnieje.
- Jeśli kto nie ma doświadczenia z podróżami morskimi - powiedział, sięgając po swoje skromne zapasy - to lepiej niech poczeka z jedzeniem, aż trochę odpłyniemy od brzegu.
Zarzygane pomieszczenie, którego nie dawało się wywietrzyć... to też tkwiło w jego pamięci, w nieprzyjemny dosyć sposób. - Na tak zwaną morską chorobę nie wynaleziono sposobu.


Pożegnanie lądu w wykonaniu barda stanowiło miły akcent, zapewne stały. Podobnie jak przemowa Lanthusa, która pewnie padała z jego ust przed każdym wyruszeniu w rejs. Trudno było sądzić, by wykoncypował ją specjalnie dla garstki najemników-pasażerów. Albo że za każdym razem wymyślał coś nowego.
Gdy tylko kapitan oddalił się, Atuar ruszył na powrót do pomieszczenia, w którym zostali zakwaterowani. Na zwiedzanie statku miał czas. Rejs, jak sądził, może potrwać długo. Warto zostawić nieco miejsc do odkrycia na później.
 
Kerm jest offline  
Stary 24-01-2012, 04:22   #3
 
Mizuki's Avatar
 
Reputacja: 86 Mizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znanyMizuki wkrótce będzie znany
Od wejścia na pokład czuła na sobie spojrzenia marynarzy. Nie należała może do najbardziej zakasujących przypadków w zespole nowych najemników, jednak tak ona jak i jej brat wnosili coś innego do tej egzotycznej zbieraniny.
Tym co przykuwało uwagę w pierwszej kolejności były zapewne pozornie do niczego nie potrzebne detale, wplecione bez ładu w ubiór kobiety. Ot kilka kolorowych piór wplecionych w krótkie warkoczyki za jej uszami. Czerwona szarfa owinięta dookoła skórzanego naramiennika czy też rzemyk zaopatrzony w drobne kostki jak i czaszkę niedojrzałego jaszczuroludzia, opadający luźno na piersi.
Te, choć niewielkie, były raczej jedyną charakterystyczną częścią wyglądu wskazującą na płeć. Twarz Noi , ni to brzydka ni to ładna, pasowała zarazem do młodego chłopaka jak i mało wyrazistej dziewczyny. Z pewnością zaś nie zdradzała prawdziwego jej wieku. Rozpoznania nie ułatwiała również fryzura kobiety, zdająca się być dziełem przypadkowych cięć nożyc - byle krótko.
Z oczu tropicielki, o kolorze ciemnych migdałów, każdy mógł odczytać co innego. Jedni widzieli w nich opanowanie , inni zacięcie, jeszcze inni pogardę , bardziej płochliwym spojrzenie wydawać się mogło przenikliwe, przyprawiające o dreszcz. Ludzie przesiąknięci rycerskimi ideałami twierdzić mogli, iż jej spojrzenie jest dowodem odwagi.
Cały ten chaos, zdający się wręcz wylewać z Noi, utrudniał ocenę jej charakteru, temperamentu - zdawał się zakrzywiać całą przestrzeń dookoła jej osoby, pozostawiając miejsce na wiele bardziej lub mniej prawdziwych domysłów.

Dziewczyna od momentu wejścia na pokład bez przerwy, sukcesywnie lustrowała spojrzeniem pozostałe persony na pokładzie: majtków, marynarzy jak i pozostałych najemników. W nieodgadnionym porządku, na kilka chwil zawieszała swoje spojrzenie na każdym z nich, nie reagując na ich odpowiedzi. Gniewny czy pełen skrępowania wzrok. Nawet na przyjazne skinienie głowy. Po chwili, bez żadnej widocznej przyczyny przenosiła wzrok z jednego na drugiego. Czynności tej nie przerwała nawet głośna osoba bosmana , za którym podążyła ostatecznie wraz z pozostałymi.
"To może być którykolwiek z nich... Może więcej niż jeden ? Kapitan... ? Nie. Chociaż może być świadomy ich obecności... Nigdy nie wiesz, za jaką maską skryją swoją twarz."
Na dłuższą chwilę jej spojrzenie przykuło zaledwie kilka osób.

Okaleczony jegomość w białej, raczej nie wskazującej na żywot marynarza, schludnej szacie. "Zniewieściały"to pierwsze słowo, które przyszło jej do głowy. Choć z pewnością nie był typem osoby, której tak zaciekle szukała, na chwilę zajął jej myśli. "Może to okaleczona męska dziwka ? A brak ręki to efekt jego mało wprawnej pieszczoty bądź niepohamowanego uwielbienia do złota ?potrząsnęła lekko głową, odganiając niedorzeczne myśli." Nie, w tym wypadku brak ramienia to kara. Zatem co zmusiłoby go do zaciągnięcia się do załogi ?Kapitan na pewno nie wydałby nawet miedziaka na taką uciechę dla siebie czy swoich ludzi... w dodatku kaleką.Ostatecznie odrzuciła swoją fantazję , przypominając sobie słowa zapijaczonego kapitana okrętu..." Jak mu było... kapitan Harvel..." poznanego kilka miesięcy temu w Athkatli : "Kurwy najlepiej smakują na lądzie".

Kolejną personą, która na nieco dłużej niż pozostali, pochłonęła jej uwagę była góra mięsa , posiadająca dziwnie radosną aurę. Jego fach zdawał się oczywisty, jednak szpargały, którymi był obładowany zaintrygowały tropicielkę. Czy jego wielkie łapska posiadały na tyle precyzji by operować wędziskiem, które wystawało z jednego pakunku ? Chociaż i ta postać nie pasowała... pozornie nie pasowała do wielu opisów, jakie znalazła podczas dociekliwych dochodzeń w Amn."Zestawienie śmiercionośnego kafara, grubych tomiszczy i smrodu alkoholu...Tak jak ucięta ręką, chyba dyskwalifikowało osobnika jako podejrzanego. Zbyt charakterystycznego. W dodatku pysk , zdający się tryskać humorem miast juchą gdyby zdzielić go żelazem. "Radość otumania bardziej niż palenie Szamańskiego Ziela. Dlatego potomkowie Eshow muszą doszukiwać się pokrzepienia w misji swego życia... - wspomniała słowa ojca. Czy jednak dobra dźwigane przez tego rosłego mężczyznę nie mogły uchodzić za dowód inteligencji gdzieś w nim drzemiącej ?Wydawało się zatem, iż olbrzym swym wizerunkiem wywołuje większy chaos w ocenie niż Noa.

"-Wszystkie racje żywnościowe oddajcie kucharzowi. On złoży je w magazynie i będzie pilnował. Nie chcemy, by szczury panoszyły się po całym pokładzie."
Słowa bosmana wyrwały ją z lustrowania olbrzyma. Jednak kiedy usłyszała coś o szczurach panoszących się po całym okręcie, wręcz mimowolnie zerknęła w kierunku kobolda. " Jeśli takie tutaj rosną, to przemyślałabym racjonowanie tak świeżego mięsa...
Bez entuzjazmu rozejrzała się po wielkiej izbie, szukając najlepszego jej zdaniem miejsca. Na tyle blisko wyjścia, by w razie pożaru umknąć odpowiednio wcześniej na główny pokład, na tyle daleko by w trakcie sztormu nie zalewały jej pióropusze morskiej wody. Może mało racjonalne , gdyż w obu wypadkach cały okręt jest mało dogodnym schronieniem , jednak przywykła do racjonalizowania większości swoich wyborów. Choćby tak błahych.
Refleksyjny łuk, plecak oraz posłanie pozostawiła w hamaku. Jedynie szmaciana torba wypełniona "pamiątkami" z Chult zawsze pozostawała przy niej, przylegając dokładnie do ciała w taki sposób, by nie krepować swobody ruchu.
- Idę się rozejrzeć za jedzeniem dla Iputtup. Spotkamy się na pokładzie , Bracie. - wskazała na podłużny, pleciony koszyk uczepiony jej pasa, po czym ruszyła pomiędzy marynarzami w głąb galeonu.
W całej wrzawie panującej pod pokładem, spowodowanej ostatnimi przygotowaniami do wypłynięcia, nikt nie zwracał na nią większej uwagi. Szła spokojnie, ustępując drogi marynarzom , którzy uwijali się w pośpiechu. Jednocześnie starała się zapamiętywać plan okrętu.
Nogi zaniosły ją wreszcie niemal na najniższy poziom okrętu, gdzie zastała dobrze zaryglowane , grube drewniane drzwi. "Nie trzymają tam pewnie rumu..."
- Ki czort ?! Hola, dzikusko ! Tutaj nie wolno się panoszyć takim jak ty !
Noa odwróciła się bez pośpiechu. Tuż za nią stał młokos z obnażonym torsem, wciśnięty w zbyt małe, poszarpane spodnie.
- Nie rozumiesz a nasza mowa, a ? NIE WOLNO. Be Be ! Zasrane dzikusy, i jeszcze baba. Przyniesiesz nam wszystkim pecha !
Noa błyskawicznie chwyciła za nadziak, wyrwała go z zza pasa , po czym machnęła nim przed twarzą chłopaka ostatecznie wbijając w drewniany pal podporowy. Zaskoczony chłopak zrobił krok w tył, opadając plecami na strome schody.
- Może i jestem dzika , zasrańcu... Ale stamtąd skąd pochodzę, takich jak Ty łapie się w siatki, odcina się im stopy i przyrodzenie i czeka aż wycieknie z nich większość krwi - słowa wypływały z jej ust z niebywałym spokojem - Później wpycha się wam pal w rzyc, własną ledwie owłosioną kuśkę w usta i pozostawia taką żałosną kupę gówna na pożarcie ptactwu, które później sra resztkami takich jak Ty do oceanu... - Noa nachyliła się zaglądając majtkowi prosto w oczy, układając dłoń na toporku.- Zapamiętaj moją twarz , chłopczyku. Mogę Ci w tej chwili przynieść takiego pecha, o jakim nawet nie śniłeś mocząc przy tym swój hamak... Popamiętasz, a jeśli pójdziesz poskarżyć się kolegą nie zapomnij im przypomnieć, że skrzywdziła się kobieta. Na pewno im to zaimponuje...
- Ja... To... To rozkaz kapitana ! Nie wolno tutaj wchodzić...
- wyjęczał sparaliżowany spojrzeniem tropicielki, w którym dostrzegał szaleństwo.
- To zmienia postać rzeczy... Ale nie przyszłam tutaj na przeszpiegi...- Noa wyprostowała się, po czym wepchnęła nadziak za pas. - Szukam szczurów, dla swojej Iputtup.
- Dla czego ?
- wymamrotał z ulgą chłopak , widząc jak w jednej chwili całe szaleństwo w oczach dzikuski znika.
Noa uchyliła nieco wieko koszyka, z którego wyłoniła się głowa węża
- Co to za diabelstwo !Chcesz żeby nas pokąsała i zmieniła Czarnego Gryfa w statek widmo !?
- Nie pokąsa nikogo...
- mówiąc to przejechała palcem po głowie gada.-Chyba, że ja będę tego chciała...- utkwiła nieznoszące sprzeciwu spojrzenie w majtku. - Nie nazywaj mnie więcej dzikuską, a będziemy żyli w zgodzie. Jeszcze raz mnie znieważysz, a udowodnię Twoim towarzyszą jaki z Ciebie chojrak. Zrozumiano ?
- To nieporozumienie... To rozkaz...
- Kapitana. Zrozumiałam... I nie będę tutaj więcej schodziła.
- zamknęła koszyk.- Chcesz zarobić ? Raz na dziesiątek będę potrzebowała szczura dla Iputtup. Zapłacę Ci dziesięć za każdego szczura... I za przydatne informacje do tego. Za nie kolejne dziesięć .
- Co ?! To... chcesz żebym szpiegował dla Ciebie kapitana i bosmana ?!
- Nie. Kapitan i bosman mnie nie interesują. Kręcisz się tutaj i słyszysz co Ci nowi... tacy jak ja gadają, prawda ? Jeśli usłyszysz od nich coś ciekawego... po prostu mi to powtórz. Jeśli mi się to spodoba, może dostaniesz więcej ? Wszystko zależy od Ciebie.
- Tych parszywych szczurów Ci przyniosę dzik...
- Noa.
- niemal warknęła
- Ci przyniosę, Noa. Co do reszty...
- Przemyśl to. Tym czasem...

Noa przecisnęła się nad młokosem, nie obdarzając go już żadnym spojrzeniem. Jedyne co chłopak mógł usłyszeć za sobą, to brzdęk upadających monet i słowa:
- To za pierwszego szczura. Masz czas do jutra.


Powróciła do kajuty na czas, kiedy wszyscy tłoczyli się pod wyjściem na pokład. Dyskretnym skinieniem głowy oznajmiła Ashrakowi , iż załatwiła swoje sprawy.
Słowom kapitana nie poświęciła wiele uwagi. Większość z tego co powiedział uznawała za oczywiste. Wszak podobne zasady panowały na każdym okręcie, również tym, na którego pokładzie wraz z bratem przybyła do Amn. Tak więc miast wsłuchiwać się w jego słowa, kontynuowała lustrowanie załogi.
Port malał w oczach, a żagle Czarnego Gryfa łopotały na silnym wietrze. Noa zaciągnęła się morskim powietrzem i przymknęła oczy dając im na chwilę odpocząc, kiedy wszyscy poszli w swoją stronę.
 
__________________
"...niech nie opuszcza ciebie twoja siostra Pogarda
dla szpiclów katów tchórzy - oni wygrają
pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę
a kornik napisze twój uładzony życiorys"

Ostatnio edytowane przez Mizuki : 24-01-2012 o 05:34.
Mizuki jest offline  
Stary 24-01-2012, 16:20   #4
 
Głęb_Kapuściany's Avatar
 
Reputacja: 0 Głęb_Kapuściany nie jest za bardzo znanyGłęb_Kapuściany nie jest za bardzo znany
Początek podróży miał swoje dobre jak i złe strony. Pozytywem była niewątpliwie możliwość ruszenia w przygodę życia, która z pewnością będzie obfitowała w wiele okazji do zdobycia sławy. Lo-Kag cieszył się także z możliwości spotkania z mieszkańcami wszystkich zakątków Faerunu, tacy zawsze mogli opowiedzieć jakieś epickie historie, a i przy okazji wysłuchiwali wtedy nieco o nim samym. Także taka mieszanka ras i pochodzeń oraz sama podróż gwarantowały mu możliwość sprawdzenia się z przeciwnościami, których pewnie nie był sobie w stanie wyobrazić. Wreszcie zaś, zarówno z powodu ogromnego wzrostu, potężnej muskulatury, szarej skóry poznaczonej ciemnymi pasami oraz nietypowym nawet jak na goliatha białym oczom, wiedział że często będzie w centrum uwagi, a Zgniatacz Czerepów, jak lubił siebie nazywać, uwielbiał być w centrum uwagi.

Były jednak także i minusy wyprawy. Wczorajszego wieczora zdecydowanie więcej niż raz wypił zdrowie zarówno kapitana jak i Czarnego Gryfa, a także jego załogi, a także jego nowych towarzyszy broni, nie skąpił sobie również kufli za własne zdrowie, upewnił się też, by w każdej karczmie którą odwiedził wszyscy usłyszeli, że to właśnie on, Lo-Kag wyrusza na podbój nieznanego, że pewnie odkryje nowy kontynent i wróci statkiem wyładowanym po brzegi złotem. Ludzie chętnie go słuchali, gdyż przepuszczał ostatnie pieniądze nie tylko na siebie lecz także stawiając ale tym gotowym mu potakiwać. Efektem tego odczuwał dość silny ból głowy, zaś morska pieśń, którą w innym wypadku i on chętnie by zaśpiewał, okrzyki marynarzy i na koniec głośna przemowa kapitana nie poprawiły stanu jego zdrowia. Zdecydowanie potrzebował kilku kufli. Dopiero, gdy znów wrócili pod pokład doszła do niego następna paskudna nowina, mieli oddać jedzenie kucharzowi.

Rozpakowanie się, zajęło mu nieco czasu, ulokował się w rogu pomieszczenia, ówcześnie zdejmując hamak, nie wierzył by ten był w stanie wytrzymać prawie dwieście kilo. Goliath znał już to z poprzednich swoich rejsów, tak samo jak fakt iż stać będzie musiał mocno pochylony, nikt nie budował kajut dla marynarzy bądź najemników, które wysokie byłyby na ponad osiem stóp, toteż wiedział iż większość podróży spędzi albo na siedząco, albo na zewnątrz. Spać zamierzał na podłodze, a jeśli pogoda miała dopisać to i na pokładzie. Lubił marynarzy, którzy tak samo jak on dużo się przechwalali i uwielbiali sprośne dowcipy, sam mógł wymienić się z nimi kilkoma opowieściami z Morza Spadających Gwiazd toteż wiedział, że i oni zaakceptują go szybko już jako nie szczura lądowego.

- Chodźcie! Chodźcie wszyscy! – krzyknął i skrzywił się lekko z powodu głowy, natychmiast się jednak roześmiał. Potężne mięśnie zagrały pod poznaczoną oznajmiającymi przeznaczenie znakami skórą gdy odszpuntowywał beczkę gołymi rękoma – Skoro mamy oddać jedzenie temu cholernemu kucharzowi, to wypijmy wcześniej chociaż piwo i zjedzmy co mamy dobrego. Mam tylko cztery kufle, więc część z was musi wziąć swoje naczynia. Zapraszam wszystkich! I kobolda, i ciebie Atuarze kapłanie i waszą parkę, która tam rozmawia ze sobą i w ogóle wszystkich cobym gadać za dużo nie musiał! Jestem Lo-Kag Zgniatacz Czerepów z klanu Gathakanathi i mam nadzieję, że razem z wami zdobędę nieśmiertelną sławę gdziekolwiek płynie ten statek!
 
Głęb_Kapuściany jest offline  
Stary 24-01-2012, 16:38   #5
 
Ajas's Avatar
 
Reputacja: 186 Ajas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie cośAjas ma w sobie coś
Fortney II Wyvernspur po trapie wszedł pierwszy raz w swym życiu na okręt. Bryza targała delikatnie jego zadbanymi jasnymi włosami, których kosmyki łaskotały uszy jak i kark człeka. Mimo, że była to pierwsza wizyta mężczyzny na pokładzie nie dawał on tego po sobie poznać. Stąpał pewnie bez trudu przyzwyczajając się do miarowego kołysania, ba szło mu to lepiej niż nie jednemu które już trochę na morzu przetrwał. Nikt nie mógł powiedzieć że to pierwsza wizyta młodego mężczyzny na statku.
Rysy jego twarzy były bardzo delikatne, zaś same lico szczupłe, od razu można było rozpoznać szlachetne urodzenie, skóra była blada nieskażona opalenizną od pracy na roli. Mały nos był delikatnie zadarty, zaś Fortney naturalnie unosił brodę w lekko władczym geście. Jego oczy zielone niczym szmaragdy, były przymrużone od wczesnych promieni słońca. Te najszlachetniejsze kamienie, uważnie badały wszystko dookoła, jak gdyby starały się zapamiętać każdy obraz, zbadać wszystko w całej okazałości.
Wyvernspur był wysokim mężczyzną, jednak wśród najemników na pokładzie Gryfa niezbyt go ta cecha wyróżniała. Można by nawet pokusić się na stwierdzenie, że był tu jednym z niższych. Cechą charakterystyczna osobnika i powodem szemrania wśród załogi był brak prawej ręki. Kikut skryty był pod białą, jak reszta stroju młodziana, peleryną jednak pewnym było, że sama kończyna została oddzielona od ciała. Palce lewej dłoni trzymały pasek niezbyt dużego plecaka przewieszonego przez ramię chłopaka. Pasek od tego przydatnego urządzenia odciskał się delikatnie na białym żabocie szlachcica- stroju nietypowego jak na okrętowe warunki. Strój jak i peleryna wykonane były z bardzo dobrej jakości materiału, zaś wysokie buty zostały zapewne solidnie wyczyszczone przed wejściem na pokład, bowiem niemal lśniły w blasku słońca. Wizerunku tego dopełniał zamykany medalion który mężczyzna zawieszony miał na szyi.
Przy pasie mężczyzna przywieszony miał rapier, którego ostrze kryło się w zdobnej pochwie. Jednak sama rękojeść sprawiła, że marynarze, a czasem nawet i inni najemnicy zerkali nań pożądliwie. Była to misterna robota, zapewne wielu rzemieślników długo pracowało nad każdym zdobieniem, dopracowując uchwyt ostrza do perfekcji. Wiele złota zapewne przepłynęło z rąk do rąk by nadać broni tak zdobny wygląd. Rękojeść pokryta była freskami przedstawiającymi płomienie, ostrze ukryte w pochwie musiał obyć zapewne równie piękne.


Kiedy wraz z innymi najemnikami znalazł się w kajucie rozejrzał się w poszukiwaniu hamaku. Pierwszy który wpadł mu w oko był ten który, znajdował się blisko Noa. Jednak w momencie gdy chciał się tam wybrać, kobieta wbiła w niego swe spojrzenie, zapewne analizując jego osobę, tak jak on zrobił to wcześniej ze wszystkimi tu obecnymi. W przypadku Fortneya była to jednak dyskretna lustracja. Na chwile skrzyżował swój wzrok ze spojrzeniem dzikiej kobiety, pokazując, że nie jest potulnym barankiem na jakiego mógłby wyglądać.
Kobieta wyglądała jak by nad czymś rozmyślała, wyglądała, że próbuje go z kimś skojarzyć.
„- A jeżeli to… nie to niemożliwe… nie na tym etapie.- zamyślił się szlachcic po czym odwrócił wzrok by nie powodować niepotrzebnych konfliktów. „- Lepiej jednak nie ryzykować, ta kobieta może cos o nim wiedzieć… będzie trzeba to potem sprawdzić .
Tym też sposobem szlachcic zrezygnował z wybrania miejsca obok dzikiej kobiety.
Sąsiedztwo olbrzymiego Goliatha, niezbyt mu odpowiadało – „Nigdy nie wiadomo co może mu się przyśnić, lepiej nie ryzykować.
Tak więc zajął w końcu hamak który najbliżej był miejsca snu Bahadura.
Fortney zasiadł na chybotliwym „łożu” i grzebiąc w plecaku by wydobyć z niego małe drewniane pudełko, o czarno białych polach –przenośne szachy które schował w wewnętrznej kieszeni żabotu. Wtem też odezwał się olbrzymi osobnik tytułujący się mianem „Zgniatacza Czerepów”. Wyvernspur uśmiechnął się kącikiem ust „ Ciekawe co by powiedział gdyby usłyszał mój tytuł.”- pomyślał po czym powiedział już głośno, delikatnym melodyjnym głosem, który jednak miał w sobie siłę typową dla mówców czy też generałów.
- Dziękuje Ci za zaproszenie , mości Lo-Kagu jednak zmuszony jestem odmówić. Piwa nie raczę tykać, nie mój to trunek. –mówiąc to ukłonił sie po dworsku w stronę giganta i zwrócił się do reszty najemników. – Zwą mnie Veras I Werg, mam nadzieje, że to będzie owocna podróż dla każdego z nas. –mówiąc to poprawił pelerynę przysłaniającą okaleczoną kończynę i głębokim ukłonem przywitał wszystkich. – Teraz jednak wybaczcie, chce rozejrzeć się po łajbie, wszak to będzie teraz nasz dom. – i mówiąc to włożył do małej szafki przy swym hamaku plecak zawczasu wybierając zen racje żywnościowe. Po czym trzymając zawiniątka pod lewa pacha ruszył w stronę mesy.

Zdanie racji żywnościowych nie zajęło mu długo czasu, w plecaku zostawił sobie jeno wino –wszak to nie prowiant. Gładząc palcami swej jedynej ręki rękojeść rapieru słuchał rozmów marynarzy. Niektórzy szemrali za jego plecami na temat kaleki, jaki to nieprzydatny na statku i poco to kapitan go przyjął. Póki co ich ignorował, nie ma co robić sobie wrogów.

Po dość oczywistym przemówieniu kapitana Fortney II alias „Veras” oparł się o burtę i podtrzymując brodę dłonią westchnął patrząc w morze. Rej, może tu znajdzie rozwiązanie i może tu znajdzie to na czy najbardziej mu zależało…
 
__________________
It's so easy when you are evil.
Ajas jest offline  
Stary 25-01-2012, 00:11   #6
Konto usunięte
 
Velg's Avatar
 
Reputacja: 130 Velg wkrótce będzie znanyVelg wkrótce będzie znanyVelg wkrótce będzie znanyVelg wkrótce będzie znanyVelg wkrótce będzie znanyVelg wkrótce będzie znanyVelg wkrótce będzie znanyVelg wkrótce będzie znanyVelg wkrótce będzie znanyVelg wkrótce będzie znanyVelg wkrótce będzie znany
A więc tak wyglądała duma Athkatli – galeon „Czarny Gryf”? Był duży, prawda, lecz caliszyta widział już większe okręty. Ot, „Pałac Paszy” - trzystumetrowy pomnik caliszyckiej szkoły szkutniczej, wodowany już dziesięć lat temu. Samym istnieniem dowodził wyższości południa... nawet, jeśli podczas pierwszego rejsu został zatopiony przez krakena.

Nic dziwnego – Emiraty Caliszarskie, które niegdyś pokrywały teren Amn, Tethyru, Erlkazaru i Zielonych Pól, były o kilka Er młodsze od Ziemi Trzech Rzek. Szkutnictwo z natury musiało być ty gorsze.

Ale dość już było o tym. Celem jego bytności na okręcie bynajmniej nie było żalenie się na swój los czy roztrząsanie niewątpliwych przewag Calimshanu. Zresztą, nawet nie był ku temu odpowiednio ubrany. Jego odzienie mogło od biedy robić za normalny strój amnijski. Był porządnie wykonany, ale próżno było szukać w nim nadmiaru zdobień charakteryzującego szkołę caliszycką. Nawet złocisty turban szczególnie się nie wyróżniał – niby moda z domu, lecz niejeden starszy człowiek w Amn również wdziewał na głowę takowe okrycie.

Najbardziej przykuwała uwagę jego szabla – oręża nie skupił na miejscu, więc przy pasie nosił piękną szablę z głownią promienistą. Dekoracyjna głowica z kości słoniowej rzeźbiona była na wzór smoczego łba, a jelec zdobiono kamieniami szlachetnymi. Jeszcze bardziej ozdobna była jego tarcza, w której z miejsca można było rozpoznać południową szkołę. Komuż innemu przyszłoby na myśl zdobić tarczę wizerunkiem mitycznej Ery Ognia z Niebios? Tej jednak nie nosił na widoku – zakrył materiałem jej ozdobną stronę, aby nie kusić złodziejów.

Nie mniej południowy był jego wygląd: smoliście czarne włosy i mocno smagła cera. Dla każdego, kto umiał takie rzeczy rozróżniać, znaczyło to, że Bahadur wywodzi się z Djeni. Nie, żeby wielu umiał rozpoznać cechy arystokracji caliszyckiej – zwłaszcza, że Pesarkhal był dość wysoki, jak na osobę z krwią Djenich. Sześć stóp wzrostu nie było niczym nadzwyczajnym, lecz ludzie jego rodzaju zazwyczaj byli niżsi i drobniejszej budowy od reszty Faerunu.

Bahadur cierpliwie czekał, aż wszyscy wejdą na pokład ze swymi ładunkami. Sam szczególnie wiele pakunków nie miał – więc kiedy przybył krzepki bosman, skorzystał ze swej przewagi szybkości, aby zdobyć jakiś hamak w dość dobrym stanie. Zdobywszy, co chciał, począł słuchać bosmana.

Wiele nowego nie powiedział – największą rewelacją, jaka padła z jego ust, był nakaz pozbycia się swoich racji żywnościowych. Ze strony przywódców załogi było to nadzwyczaj mądre posunięcie – mógł karać krnąbrnych przymusowym postem, więc miał dodatkowy środek nacisku. To się caliszycie podobało dość mało... ale cóż zrobić?

Przynajmniej miał czas przyjrzeć się pozostałym ochotnikom, zanim bosman swoje rzekł. Unikał bezpośredniego, pretensjonalnego patrzenia na nich – obserwował ich raczej kątem oka, nie zamierzając dawać bardziej drażliwym powodów do agresji. Powoli omiatał wzrokiem kolejne osoby.

Pierwszy rzucił się w oczy Lo-Kag, nieco nadaktywny gigant. Był... prosty. Pozostawało jeszcze ocenić, czy był głupi – ale el Pesarkhal już dawno nauczył się, że prostota rzadko jest tożsama z niedowładem intelektualnym. Tak czy owak, monstrum warto było mieć po swojej stronie.

Następne pod względem krzykliwości było jakieś rodzeństwo, idealnie pasujące do wizji kultur barbarzyńskich. Na domiar złego, aż buzowało od nich agresją, więc arystokrata nie palił się do nawiązywania stosunków.

Reszta załogi była już mniej barwna... choć w tym gronie mało to znaczyło. Niemal niezauważony uchodził kobold czy kapłan dziwnego bóstwa, o którym Bahadur nigdy nie słyszał. Podobnie jak Veras I, który zarezerwował sobie miejsce koło jego hamaka. Tego akurat musiał później sprawdzić.

Stanowili barwną mieszankę, więc jego obecność mogła zostać łatwo przeoczona... tym lepiej dla niego!

Wtem, usłyszał krótki apel goliata...
- Nazwali mnie Bahadurem, a chętnie za twe zdrowie wypiję, jeśli się trochę wstrzymasz. Bo kapłan gada dobrze – zarzygana koja to zła koja – odparł Lo-Kagowi, po czym – nie czekając na reakcję – wyszedł na pokład.

Zwiedzanie pokładu się trochę przeciągnęło - „Czarny Gryf” był urządzony zupełnie inaczej niż statki, które Bahadur znał. Inne rozmieszczenie pomieszczeń, inny kształt... dosłownie wszystko było nowe.

W końcu jednak wypadało zrobić sobie odpoczynek od chodzenia po pokładzie. Dojrzał Werga – i uznał, że rozmowa z nim będzie dobrą chwilą na przystanek. I tak chciał nieznajomego sprawdzić...

Szybkim krokiem podszedł do opartego o burtę szlachcica. Nie wiedział, jaki to typ człowieka - poza tym, że zdawał się wyniosły. I dlatego, chciał się tego dowiedzieć. Praktyka uczyła, że z nieznajomymi u boku wcale nie śpi się najbezpieczniej
- Tabarif... - zaczął, licząc na to, że tamten pozna zwrot - Czy mogę prosić o chwilę twego czasu?
Fortney uniósł brew na dźwięk pierwszego słowa. Nie znał go, chociaż łatwo było wywnioskować, że to jakaś forma powitania czy formuła grzecznościowa. Wskazywał na to tembr głosu mówiącego.
- Oczywiście, aktualnie czasu mam, aż nadto. -powiedział i przesunął się kawałek, by gestem udostępnić nowemu rozmówcy kawałek burty, prosty acz zapewniający o dobrych intencjach gest.
- Dziękuję – prosto odpowiedział caliszyta, zajmując udostępniony kawałek burty – Zwą mnie Bahadurem – przedstawił się, zwracając wzrok wprost na twarz przybysza.

- Mogę się zapytać, co was przywiało na ten statek? Nie wyglądacie na typowego najemnika – zapytał od niechcenia. Nie zamierzał naciskać, ale przecież intencją całej rozmowy było wyczucie rozmówcy...
Ależ bezpośredniość D4 jak dla mnie.”-westchnął w duszy blondyn po czym przeczesując włosy rozwiane przez bryzę swą jedyną sprawną ręka odpowiedział.
- Veras I Werg... -mimo że się przedstawił wcześniej, miał w zwyczaju przynajmniej na początku znajomości odpowiadać uprzejmością na uprzyejmość. - Cóż wiele zrządzeń losu i nieprzewidzianych zdarzeń sprawiło, że tu trafiłem, to zapewne historia na długi wieczór z butelką dobrego wina. Jednak mówiąc w skrócie, ciekawość, chęć przygody no i zarobku. -powiedział wymyślone na szybko trzy powody. “- Przyjmuje takie otwarcie”- uśmiechnął się do siebie w duchu. - A Ciebie Panie? Też zapewne nie jesteś tu tylko dla tego, że akurat statek wypływał z portu.
Wiele zrządzeń losu”? Bahadurowi to implikowało, że delikwent miał się za kogoś szczególnego. Inaczej nie kryłby swej historii wśród tej bandy infamusów. I ani trochę mu nie uwierzył, jeśli chodzi o powody – były powiedziane zbyt późno, aby być głównym motywem nieznajomego. Ale to oznaczało, że ów zarobkiem nie pogardzi... ciekawe. Nie, by zamierzał dalej drążyć temat.
- Interesy. Źle poszły, więc odbiję sobie w Maztice – odpowiedział ze wzruszeniem ramion. Czysta prawda, choć Varasowi będzie aż nazbyt trudno wydobyć z tego treść – Wybacz mi, panie, ale nie wyglądasz na księgowego, jak Amnijczycy – roześmiał się lekko – A chyba tylko księgowych interesowałyby historie o negocjacjach z Athkalijczykami
Ta, negocjacje. Z księgowymi zapewne łączą cię głównie ich wnętrzności na ostrzu twego miecza.”- pomyślał w głowie Wyvernspur przesuwając na szachownicy kolejną figurę. -” Albo ich mieszki przy twoim pasku, też dość możliwe, okraść kogoś i uciekać.”- pomyślał jeszcze i dopiero odparł z wesołym śmiechem:
- Fakt, daleko mi do księgowego, aczkolwiek nigdy nie gardziłem cyframi. -dodał tym razem prawdziwie. - Czyli mam rozumieć, że kapitan zatrudnił Cie po to by nie popełnić błędów rachunkowych w wypłacaniu nam żołdu? -zapytał z wesołym uśmieszkiem.
- Nie, acz wolałbym uniknąć „pomyłek” – powiedział caliszyta, nie rozumiejąc pytania. Przecież urodzenie, wyćwiczenie i interesy się łączyły, gdzie on się wychował? A, u barbarzyńców, wszystko wyjaśnia... - Podejrzewam, że zaważyły ćwiczenia w szabli. Zbrojnych nigdy nie za wiele. – Uśmiechnął się, mając nadzieję, że odpowiedział dobrze.
- Prawie, jakby szykował konkwistę – mruknął po chwili, pamiętając wyczyny Złotego Legionu. Bo piratów na morzach było dużo, prawda... lecz „Czarny Gryf” nie wyglądał na cel, na który pokusiłby się jakikolwiek pirat.
- Szermierka to zacna sztuka.- stwierdził Fortney, klepiąc swój zdobny rapier po rękojeści.
Ciekawe, co myśli o jednorękich osobach prawiących takie komentarze...”- zachichotał w duchu po czym dodał:
Z twego akcentu wnioskuje iż pochodzisz z Calimshanu, nie mylę się? -zapytał mężczyzna świdrując rozmówcę wzrokiem. Wyvernspur miał odczynienia z osobami z niemal każdego kąta Ferunu a jego drobny wrodzony talent, łatwo pozwolił mu zapamiętywać takie szczegóły jak akcent czy tamtejsza etykieta. Przydatne, drobiazgowe informacje.
- Owszem – odparł rozmówca. Nie było żadnego powodu, by zaprzeczać – Ziemia Trzech Rzek jest mym domem. Choć po waszej karnacji podejrzewam, że wy, panie, przebywaliście cały czas na południu i nie byliście tam – odpowiedział z lekkim uśmiechem, odwracając się plecami do morza.
- Tak nigdy mnie tam nie było. - odparł zgodnie z prawda szlachcic, po czym dodał. - Ja swe życie spędziłem W Cormyrze, piękne miejsce i słońce tam tak nie praży. -dodał i westchnął dalej zapatrzony w morze.
Cormyr? Chwila minęła, nim Bahadur przypomniał sobie cokolwiek o tym egzotycznym kraju. Kraj Purpurowego Smoka zetknął się z jego ojczyzną dość dawno – ot, kojarzył głównie wojnę, w której wojska Shoon i Cormyru wojowały od Wysokiego Wrzosowiska do Ithmongu.
- Mówisz? Wydawało mi się, że Amn jest zimne... – przygryzł wargi, skonsternowany. Przez lata przywykł do wysokich temperatur Calimportu i Teshurlu, więc wzmianka przybysza go zdziwiła – Zresztą, na pewno jest bardziej śmierdzące – wyraził swoje zdegustowanie odorem gorszych dzielnic Athkatli.
-Zapachy jak zapachy, chociaż te portowe do najlepszych nie należą - stwierdził Veras, marszcząc nos na samo wspomnienie odoru ryb i alkoholu. - Milo się gawędziło, sir Bahadur, ale jeżeli pozwolisz: chciałbym jeszcze trochę pozwiedzać statek. Oczywiście, możesz mi towarzyszyć. - było to zaproszenie czysto formalne. Domyślał się, że rozmówca dyplomatycznie odmów. Obaj dowiedzieli się tego czego chcieli - czyli niezbyt wiele.
Na tego człowieka będzie trzeba uważać. Jego umysł może być tak samo ostry jak szabla, ta gra jest warta odłożenia na potem, póki co rozstawiamy figury.”- pomyślał i kłaniając się nisko ruszył w przypadkowo obranym kierunku, odruchowo poprawiając pelerynę przysłaniającą kikut.
- Nie śmiałbym ci przeszkadzać – odparł caliszyta, patrząc, jak cormyrczyk znika gdzieś na pokładzie. Chwilę później, sam poszedł dalej zwiedzać zupełnie inne strony statku.

Nie uszedł dwustu kroków, kiedy prawie wpakował się na na jedną z osobliwości tego statku – elfkę. Elfów na statku było dużo – dużo więcej niż w Athkatli, gdzie zobaczył je po raz pierwszy. To w niczym nie zmniejszało zdumienia, które ogarniało go na widok przedstawicieli skośnookiej rasy. Dla niego elfy przynależały do świata mitów... oraz „Opowieści założycielskich”. Nic dziwnego, że nie zdołał powstrzymać swej ciekawości i zainicjował rozmowę.
- Tabarifa, czy mógłbym prosić o chwilę czasu? - zapytał się, podchodząc od elfki od tyłu. Celowo zaczerpnął pierwsze słowo z języka ojczystego - nie wiedziałby, w jaki sposób wyrazić szacunek w nieokrzesanej mowie kupców.
Elfka nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi. Dlatego z cichym westchnieniem podszedł trochę bliżej i powtórzył pytanie. Wtedy nieznajoma drgnęła, zaniepokojona. Sięgnęła w okolice rękawa, jednak szybko się opanowała.
- Nierozsądnie jest podchodzić do nieznajomych od tyłu - odpowiedziała - to taka dobra rada na przyszłość. Oczywiście, że mógłbyś.
- Tabarifa, zapatrzyłaś się w morze i nie reagowałaś – powiedział przepraszająco – a nie umiem lewitować, żeby podejść z przodu.
- Mam na imię Chui, nie tabarifa
- odpowiedziała z lekkim uśmiechem. - Wypadałoby, żebyś i Ty się przedstawił, Panie.
- Ależ oczywiście. Bahadur. - odpowiedział i przywołał na swoją twarz najmilszy oraz najszczerszy uśmiech, na jaki umiał sobie pozwolić – Wybacz uchybienia, ciągnie się za mną ojczyzna. Wiele rzeczy jest dla mnie nowych... - powiedział, skrywając swój w miarę niechętny stosunek do większości nowości.
- Zatem, Bahadurze, wybaczam ci. Znaj moje dobre serce. – mówiąc to, mrugnęła do niego. Z niewiadomych przyczyn ten dziwny człowiek wydał się jej sympatyczny. Co więcej, podczas podróży wielce nierozsądne jest zdanie się wyłącznie na siebie. – A więc, co Cię tu sprowadza? Nie jesteś raczej tutejszy, zapamiętałabym Cię.
„Nie jest tutejszy”? Przecież właśnie się przyznał, że nie wyściubiał nosa poza Calimshan. To jakaś denerwująca maniera Północy – powtarzać za rozmówcą? Dobra, mniejsza - nie każdy musiał dorównywać caliszyckiej szkole myślenia.
- Interesy – odpowiedział krótko, żeby nie skłamać – Wypadło mi wracać „Gryfem”. A jeśli chodzi o powody mej atencji, to są dwojakie: raz, że zawsze miło pogawędzić z piękną kobietą... - wyszczerzył zęby – A dwa, że nigdy wcześniej nie rozmawiałem z elfem. - tu się zawahał... jasne, była to nowość i interesowała go... ale przecież Ziemia Trzech Rzek zawierała wszystkie wspaniałości świata – a on nie chciał przyznawać, że jakiś cud mógłby się poza nią uchować!
- Miło jest usłyszeć komplement o poranku. Rozumiem, że jestem postrzegana jako coś nienaturalnego? Zabawne zwierzątko do przeanalizowania? – zapytała z rozbawieniem. Po ostatnich przeżyciach musiała jakoś odreagować, a na nieszczęście Bahadura był on pierwszym pasażerem, który z nią rozmawiał. Po chwili jednak się zreflektowała - Wybacz lekką ironię. Po prostu ciekawe jest to, że mając już swoje lata, z żadnym nigdy nie rozmawiałeś...
No tak, najwyraźniej nie wszyscy zdawali sobie sprawę z realiów, z jakich pochodził...
- Nie, przypominasz mi o starożytnych baśniach – zaryzykował delikatne kłamstwo. Lepiej było nie poruszać statusu elfów w Calimporcie... - „Opowieści o Czterech Rzekach” i innych opowieściach, które lubiłem jako dziecię – dokończył i roześmiał się – Wywodzę się z caliszyckich pustyń. Ostatnią bytność elfów datuje się na pożar Keltomiru... pięć tysięcy lat temu? - wyjaśnił.
- Rozumiem. To by wiele wyjaśniało - odparła zainteresowana ciekawostką
- Wybacz, poniosło mnie – powiedział i lekko się uśmiechnął – Nie, nie jesteś zwierzątkiem... ale gdybyś była, to... tak. Byłabyś bardzo ładnym i zabawnym zwierzątkiem - zażartował, chcąc już zarzucić ów temat.
I masz ci los, chyba wyszło szydło z worka – Chui nie wyglądała, jakby ją ucieszył jego komplement. Czyżby coś w jego wychowaniu się wydostało na zewnątrz?
 

Ostatnio edytowane przez Velg : 30-01-2012 o 15:26. Powód: Dokończyłem zdanie z pierwszego akapitu, które mi wcześniej umknęło; znaczących edycji brak.
Velg jest offline  
Stary 25-01-2012, 14:30   #7
 
motek339's Avatar
 
Reputacja: 12 motek339 nie jest za bardzo znanymotek339 nie jest za bardzo znanymotek339 nie jest za bardzo znanymotek339 nie jest za bardzo znanymotek339 nie jest za bardzo znany
- Płynąłeś już kiedyś statkiem? Prawdę mówiąc to moja pierwsza podróż i nie wiem, czego się mogę spodziewać... – Chui pospiesznie zmieniła temat czując, że kontynuowanie poprzedniego może prowadzić do niechcianego splotu zdarzeń.

No tak... Czyli to jeden z tych, którzy uważają, że kilkoma marnymi komplementami kupi sobie życzliwość. To takie... męskie.

- Kilka razy – przytaknął – Ale nigdy do Maztiki. - Wzruszył ramionami – Przy podróży na południe wzdłuż lądów grozić mogą tylko piraci oraz morskie bestie. Na pełnym morzu... sądzę, że głównym zagrożeniem będzie sama natura.
- W takim razie może uda mi się to przeżyć. Chociaż nie najlepiej się czuję. To pewnie przez zdenerwowanie. - Na potwierdzenie tych słów lekko przytrzymała się burty. Chorobę morską łatwo symulować. Zwłaszcza, jak się przez to samemu kiedyś przechodziło. Miała nadzieję, że to drobne kłamstwo pozwoli jej na chwilę spokoju. A tego naprawdę w tej chwili potrzebowała. Musiała wiele rzeczy przemyśleć.

Bahadur podszedł do burty, choć niemal natychmiast się odwrócił znów w stronę elfki.

- Norma, wszyscy mają pierwszy raz – powiedział, po czym się uśmiechnął – I mam nadzieję, że moja obecność nie pogłębia choroby morskiej.
- Nie - odpowiedziała chyba zbyt szybko - Dzięki niej mogę skupić się na rozmowie, a nie złym samopoczuciu.
- Nigdy nie opuszczałaś Athkatli? - spytał się. Wiedział, że od jakiegoś czasu południe Amn było nieprzejezdne, więc jeśli dziewczyna nigdy nie była na statku...
- Jakoś się nie zdarzyło... Od około dwudziestego roku życia mieszkałam w Athkatli i nie odczuwałam potrzeby opuszczania jej. Aż do teraz... - Odpowiedziała cicho, jakby zasmucona.
- Do teraz? - zapytał się jakby od niechcenia, przenosząc wzrok z morza na twarz elfki.
- Czas kiedyś opuścić dom, wyruszyć w świat i odkrywać nowe, ciekawe miejsca. Nie uważasz? - Chui była na siebie zła, że przez nieuwagę mogła zbyt dużo powiedzieć. Będzie się musiała lepiej pilnować. - W końcu żyje się tylko raz.
- To wasza tradycja? - zainteresował się – Wybacz, nic o was nie wiem... a to strasznie różne od filozofii Calimportu - lekko się uśmiechnął.
- Można tak powiedzieć. - podjęła z ulgą ciekawy pomysł. Jak to dobrze, że ten obcy tak niewiele o nas wie - Jednak nie każdy się do niej stosuje. Można by rzec, że większość tego nie robi. Ale ja jestem do niej przywiązana.

"Nie chciała rozmawiać? To nie, nikogo nie zmuszał. Pozostawało mu tylko domniemywać, co było warte ukrywania wśród największej grupy infamusów na Morzu Mieczy.
Z innych wniosków: elfy były aż nazbyt rzeczywiste i fizyczne. Kapitan w mgnieniu oka spadł w jego wizji z mitycznej góry Abbalayar na ziemski padół. Dobrze, bardzo dobrze..." -uznał Bahadur, nie artykułując swych myśli.

- Godne pochwały – podsumował krótko – Będziesz mi kiedyś musiała opowiedzieć o waszych zwyczajach. Jak mówiłaś: zawsze trzeba odkrywać coś nowego, nieprawdaż?
- Oczywiście. Przed nami długa podróż, więc znajdzie się czas i na to. Ale na pewno muszę się wtedy lepiej czuć. Gdybym wiedziała, co mnie czeka, wybrałabym podróż lądem...
- Lądem? A dokąd to? - gładko przerwał. Znów, pytanie zadane niemal od niechcenia. Oczy „Skazy z Calimportu” tym razem jednak spoczęły na morzu, aby elfka nie dostrzegła, jak zwężają mu się źrenice. Kto chciał dojść na drugi kontynent lądem?
- Może Ci się wydać to dziwne, ale w żadne konkretne miejsce. Prosto przed siebie. Tak po prostu... Przygodą jest wędrówka, a dojście do określonego celu się nie liczy. Dlatego zakończę ją w miejscu, które uznam za stosowne. - odparła elfka.
- Chyba wszyscy na to liczymy - odwzajemnił się równie mglistym określeniem - Liczę na to, że poczujesz się lepiej, nim Lo-Kag skończy swoją beczułkę - zmienił temat, zamierzając powoli kończyć rozmowę.
- Też mam taką nadzieję - stwierdziła - Nie chcę przegapić tego wydarzenia. A teraz wybacz mi, ale położę się na chwilę przed obiadem. Może to mi pomoże.- Elfka skinęła na pożegnanie głową i powoli ruszyła w stronę kajuty, rozmyślając o wydarzeniach ostatnich dni. Zastanawiała się czy dobrze zrobiła zaciągając się na statek.

***

Gdy zobaczyła kolejkę w porcie i usłyszała o rekrutacji nie zastanawiała się nad możliwymi konsekwencjami tego czynu. Najważniejsze było znalezienie się jak najdalej od tego miejsca. Po krótkiej rozmowie z kapitanem, który wypytywał się o wiele, z pozoru błahych, rzeczy, udało jej uzyskać zgodę na podróż. Dlatego po dokupieniu kilku przydatnych sprzętów, dnia następnego stawiła się na nabrzeżu.

Gdy bosman zaprowadził ich do kajuty, zajęła jeden z wolnych hamaków obok mężczyzny ubranego w drewnianą zbroję. Położyła na nim torbę i łuk i delikatnie przyjrzała się reszcie towarzyszy. Była to mieszanka iście wybuchowa. Od lalusiowatego chłoptasia, poprzez, teraz przyjrzała się dokładnie sąsiadowi, kapłana (Byleby to nie był jeden z tych z powołaniem do nawracania niewiernych, bo nie zdzierżę... A inne hamaki są już zajęte), przez, trochę przerażających, dzikusów, kobolda, na dużym, szczerzącym się Czymś z beczką pod pachą skończywszy. Przynajmniej nie będzie nudno.

Zgodnie z zaleceniem bosmana wzięła racje podróżne i zaniosła je do kuchni, po drodze zjadając co nieco. Nie zdążyła wrócić do kajuty, gdy statek odbił od nabrzeża, więc skierowała się na pokład. Po przemowie kapitana stanęła przy burcie, spoglądając w stronę oddalającego się powoli miasta.

Wiedziała, że przesadziła podczas ostatniego spotkania z Sentisem. Zdała sobie sprawę, że nawet nie wie czy nie wysłał za nią kogoś. Równie dobrze mógł sam się zaciągnąć do załogi - już nie takie rzeczy robił, a w zmianie wyglądu nie miał sobie równych, o czym kilka razy Chui się przekonała. Będzie musiała być bardzo ostrożna.

***

Po powrocie pod pokład zobaczyła, że współtowarzysze zaczęli świętować. Podeszła więc do stołu.

- Można się przysiąść? Wybaczcie, że wcześniej się nie przedstawiłam. Mam na imię Chui. - usiadła na wolnym miejscu i pokręceniem głową odpowiedziała na poczęstunek trunkiem - Dziękuję, może za jakiś czas skorzystam, jednak teraz nie chcę kusić losu. Pierwsze dni na morzu potrafią same z siebie przyprawić o ból głowy.
 
motek339 jest offline  
Stary 25-01-2012, 18:31   #8
 
Bronthion's Avatar
 
Reputacja: 37 Bronthion jest na bardzo dobrej drodzeBronthion jest na bardzo dobrej drodzeBronthion jest na bardzo dobrej drodzeBronthion jest na bardzo dobrej drodzeBronthion jest na bardzo dobrej drodzeBronthion jest na bardzo dobrej drodzeBronthion jest na bardzo dobrej drodzeBronthion jest na bardzo dobrej drodzeBronthion jest na bardzo dobrej drodzeBronthion jest na bardzo dobrej drodzeBronthion jest na bardzo dobrej drodze
Gdyby rok temu ktoś powiedział Ashrakowi, że razem z siostrą będzie stał w amnijskim porcie chcąc zaciągnąć się na okręt to nieszczęśnik ów najprawdopodobniej skończyłby nabity na pal. Teraz jednak stało się to prawdą. Stali oboje w tłumie ludzi i nieludzi targując się o możliwość wejścia na pokład. Kiedy nadeszła pora Ashraka by wystąpił przed kapitana i zaprezentował swoją osobę zrobił to bez wahania.

- Nazywam się Ashrak. Potrafię precyzyjnie i w każdej sytuacji wskazać kierunek północny, oraz przewidywać pogodę. Ze mną nigdy nie zabraknie na statku czystej wody pitnej, mogę dokonać drobnych napraw jak i opatrywać rany jeśli zajdzie konieczność. Będę także przydatny w walce, z siostrą tworzę niezwykle zgrany duet.

Mówił nieco zachrypniętym i pewnym siebie głosem. Gdyby ktoś nie wierzył w którąkolwiek część jego słów to był gotów rozwiać te wątpliwości tu i teraz.
Rozmowy trwały jeszcze dobrych kilka godzin lecz ostatecznie nie było potrzeby zdradzać nic więcej by zostać przyjętym. Kiedy ogłoszono wyniki Ashrak przypomniał sobie o czymś jeszcze, o tym wspomnieć musiał. Na chwilę wycofał się z tłumu potencjalnych kandydatów i udał w nieznanym kierunku. Po chwili wrócił z najprawdziwszym lampartem, który po prostu szedł przy nodze swego Pana nic nie robiąc sobie z tłumu. Tłum natomiast nie reagował przyjaźnie i zapewne gdyby to była inna dzielnica niż port to natychmiast wezwano by straże. Sytuacja była niespodziewana także dla kapitana Czarnego Gryfa, który niechętnie, ale jednak zgodził się na zabranie na pokład pseudo dzikiego zwierzęcia. Warunkiem było zamknięcie go w klatce co jednak Ashrak brał pod uwagę wcześniej, więc zgodził się od razu.

Na pokład wszedł pewnym krokiem. To co pierwsze zazwyczaj odróżniało druida od reszty był wzrost. Mierzył praktycznie dwa metry, a jego ramiona jak i cała muskulatura nie przypominała typowego miłośnika drzew kontemplującego przez większość dnia w sercu lasu. Długie białe włosy opadały na skupioną twarz pokrytą drobnymi bliznami. Te większe skryte były pod brązową skórzaną zbroją z nabitymi żelaznymi ćwiekami. Płaszcz powiewał na wietrze, a intensywnie zielone oczy obdarzyły wszystkich w zasięgu wzroku jedynie przelotnym spojrzeniem. W oczy rzucał się dosyć prymitywnie wykonany amulet zawieszony dumnie na szyi Ashraka. Nie było w nim żadnego klejnotu czy innego kruszcu, składał się jedynie z trzech dużych zębów różnych bestii. W rynsztunku druida nie dało się dostrzec żadnej żelaznej broni, trzymał w dłoniach jedynie drewniany kij okuty na końcach stalą.

Kilka chwil później udał się razem z resztą za bosmanem w kierunku kajuty. Wybór miejsca do spania zostawił Noi bo jak dla niego to równie dobrze mógłby rozłożyć sobie posłanie na środku pomieszczenia. Zdarzało mu się spać w takich miejscach, że teraz drewniana podłoga na statku wydawała się wyjątkowo wygodna.
Potrzeby oddania racji kucharzowi nie przyjął zbyt wesoło, specjalnie przed rejsem zaopatrzył się w dodatkowy prowiant by przynajmniej przez jakiś czas być uniezależnionym od kapitana. Ledwo zdążył wymówić kilka słów do siostry gdy wokół rozbrzmiał głos Lo-Kaga. „…waszą parkę…”? Uniósł brwi nieco wyżej i spojrzał na olbrzyma po czym zwrócił się szeptem do Noi:

- Ta góra mięśni wydaje się prosta w manipulacji. Może nam się kiedyś przydać, dla takich półmozgów napicie się z kimś zapewne świadczy o wielkiej przyjaźni i sympatii. Co Ty na to żeby skorzystać z zaproszenia? Może kiedyś go wykorzystamy.
- Przypatrz się mu bracie. Wielkolud skrywa za tępym wyrazem twarzy tajemnice. Księgi, kałamarze... A nie wygląda na takiego, co pisze listy do przyjaciół całymi dniami. Masz racje, że znajomość z nim może być dla nas... przydatna. Na coś więcej potrzebujemy jednak więcej informacji.- dyskretnie zerknęła w kierunku goliatha.- Zajmij się tym proszę. Wiesz, że jeśli chodzi o tego typu zabawy... raczej nie jestem duszą towarzystwa. Przynajmniej nie przed dziesiątym kuflem. A tego nie chcemy - choć jej twarz była z kamienia, w oczach Ashrak mógł dostrzec krótki przebłysk radości spowodowany zapewne żartem siostry. Alkohol albo na nią nie działał, a kiedy już zaczął stawała się raczej ciężką to opanowania. Na wspomnienie ich ostatniego pobytu w tawernie na twarzy druida pojawił się lekki uśmiech.
- Niech tak będzie. Biorę to na siebie, a Ty rozejrzyj się po statku i wytęż swe zmysły, bądź czujna.

Wiedział, że nie musi jej tego mówić, ale i tak zawsze to robił. W końcu był jej bratem. Położył swoją ciężką dłoń na ramieniu siostry i po chwili skierował się w stronę goliatha.

- Chętnie skorzystam z Twojego zaproszenia Lo-Kagu –podał gigantowi dłoń w geście przywitania i skierował się do wszystkich- Nazywam się Ashrak, jestem druidem, a tam… -spojrzał w kierunku gdzie przed chwilą jeszcze stała jego towarzyszka- była moja siostra Noa. Nie wiem dlaczego, ale mój duch w tej właśnie chwili zapragnął spróbować twego trunku gigancie.
- Twój duch jest wyjątkowo mądry! Proszę, pij na zdrowie tak twoje jak i jego. - Lo-Kag zaczynał się już cieszyć, że pośród towarzyszy znalazł już chętnych do picia, to jego zdaniem zawsze świadczyło o szczerości intencji. Druid kiwnął głową na znak podziękowania i wziął do ręki kufel. Przyjrzał się zawartości i powoli zbliżył do niego nos rozkoszując się zapachem. Na jego twarzy w końcu pojawił się nieznaczny uśmiech.
- Twoje zdrowie Lo-Kagu. Obyśmy na końcu naszej drogi znaleźli to czego szukamy.
Stuknął się kuflem z olbrzymem i przechylił duszkiem.
- Muszę przyznać, że całkiem niezłe. -Pokiwał głową z uznaniem-

Niestety nie było nikomu dane dłużej nacieszyć się trunkiem, nadszedł czas wysłuchać kapitańskiej przemowy. Noa akurat powróciła pod pokład, a Ashrak odpowiedział jej takim samym znakiem. Potem udali się razem z resztą by wysłuchać obwieszczenia. Po drodze miał zamiar oddać swoje racje kucharzowi, ale Noa już o to zadbała i odniosła także porcje brata.

***

Kiedy ponownie czas należał do nich skierował swe kroki do miejsca gdzie przetrzymywano zwierzęta. Nie obyło się bez problemów i musiał kilku marynarzy zapytać o wskazówki jak dotrzeć do celu, ale koniec końców mógł ponownie zobaczyć Kła.
Lampart wyczuł wcześniej zbliżającego się Pana i siedział już wyczekując. Druid podszedł do klatki i włożył palce między kraty.

- Musisz tutaj zostać przez jakiś czas. To jedyne wyjście. –wyciągnął z kieszeni niewielki kawałek mięsa i rzucił drapieżnikowi, który łapczywie skonsumował „smakołyk”- Wiele razem przeszliśmy i czuję, że teraz może być ciężko. Nadejdzie ten moment kiedy będę potrzebował Twojej pomocy na tym statku. Bądź gotów, nigdy nie wiadomo kiedy nadejdzie cień.

Po chwili Ashrak opuścił pomieszczenie i wrócił do kajuty najemników. Dostrzegł olbrzyma siedzącego przy stole i zaraz zajął swoje miejsce

Zaraz po tym jak sam usiadł do stołu podeszła elfka.
- Można się przysiąść? Wybaczcie, że wcześniej się nie przedstawiłam. Mam na imię Chui.
- Każdy może się przysiąść. –przeniósł swoje intensywnie spojrzenie na elfkę i w końcu na jej oczy jakby chciał zajrzeć w głąb jej duszy. Nie było po nim widać żadnych emocji-
 
__________________
"Kiedy nie masz wroga wewnątrz,
Żaden zewnętrzny przeciwnik nie może uczynić Ci krzywdy."

Afrykańskie przysłowie

Ostatnio edytowane przez Bronthion : 25-01-2012 o 18:37.
Bronthion jest offline  
Stary 25-01-2012, 22:48   #9
 
morscerta's Avatar
 
Reputacja: 9 morscerta nie jest za bardzo znanymorscerta nie jest za bardzo znany
Jedną z pierwszych osób spośród całkiem sporej gromadki najemników, które weszły na pokład Czarnego Gryfa był postawny, zbliżający się czterdziestki jasnowłosy mężczyzna. Prawie dwadzieścia lat rejsów wzdłuż i wszerz Wybrzeża Mieczy odbiło się pietnem na jego ogorzałej twarzy - dziś znaczonej głębokimi bruzdami zmarszczek wyrytych w twardej, przyzwyczajonej do porywistych wiatrów i zacinających deszczów skórze. Chociaż jasnej karnacji, na odsłoniętej skórze widniała trwała już chyba opalenizna - niechybny efekt długich godzin przesiadywania na pokładzie pływających statków. Średniej długości jasnobrązowe włosy opadają mu na barczyste ramiona, a z przodu głowy na niebieskie, rozbiegane i wesołe oczy. Pomimo wieku i w sumie dość postawnej budowy, w jego ruchach dostrzec można pewną akrobatyczną gibkość i lekkość. Spreżystym krokiem przemierzył trap i krótkim skokiem znalazł się na pokładzie Czarnego Gryfa.

W jego ruchach dostrzec można było pewną przekorę, albo wręcz zwykłą nonszalancję - teatralnym gestem zerwał z głowy trochę przesadnie fantazyjny kapelusz z piórkiem i zamiótł nim zręcznie przed resztą najemników, zanim jeszcze bosman Ragar zdecydował się ich przywitać.

- Powitać, powitać, towarzysze. Courynn Braegen, do waszych usług! - ukłonił się szybko i rozejrzał ze szczerym, choć cokolwiek prostolinijnym uśmiechem po twarzach swoich przyszłych współpracowników i kompanów. Gdy przebrzmiał donośny głos bosmana, szermierz zagaił znowu - Służę radą, rozmową, wypitkiem, a jakby komuś zanadto nudą wiało na pokładzie, to i nawet treningiem. O ile waszym rzemiosłem miecz, bo przed łukiem albo czarami uchylać się ani myślę. - mężczyzna uśmiechnął się znowu, tym razem jeszcze szerzej i mrugnął zawadiacko - A jeśliśta rzeczywiście szczury lądowe, jak to Ragar był raczył was określić, a nie doświadczeni marynarze i morskie wygi, i trening którego oczekujecie miałby być marynarskim, to pierwsza darmowa rada - na morskie nudności najlepsza pajdka chleba z solą.

Gdy bosman ponaglającym ruchem zaprosił kompanię pod pokład, Courynn zawadiacko ruszył za nim, zeskakując po kilka schodków naraz. Tego dojrzałego już przecież mężczyznę albo rozpierała dziwna, nienaturalna energia, albo zwyczajne w swoim życiu już tysiące razy miał sposobność schodzenia i wchodzenia po stromych drabiniastych schodkach najróżniejszych jednostek pływających. Gdy grupka dotarła na miejsce, szybko rozsiadł się w najbliższym hamaku i wysłuchał ze spokojnym uśmiechem powitania zastępcy Lanthisa.

Gdy najemnicy zostali sami, każdy miał okazję przyjrzeć mu się lepiej, a i on rozglądał się ciekawsko. Pierwsze wrażenie mogło być mylące - nie był nadaktywnym trefnisiem, który na siłę starał się zgrywać młodszego, niż był w rzeczywistości. Był sympatyczny i często uśmiechający się, ale po sposobie poruszania po statku i naturalności z jaką zachowywał się w tym środowisku poznać można było, że jest zaprawionym marynarzem z przynajmniej kilkunastuletnim doświadczeniem, chociaż z cokolwiek teatralną i przekorną manierą. Gdy jego spojrzenie padło na Bahadura, mlasnął cicho i po czymś, co mogło zdawać się chwilą namysłu kiwnął lekko głową w stronę caliszyty. Zaraz za to jego uwagę przyciągnął gigant:

- Ja akuratnie trunku rzadko kiedy odmawiam, a już w szczególności na pewno nie w czas wyjścia w morze. Jakie opuszczenie portu, tak i rejs cały - a ze wszystkich kondycji i okoliczności w jakich można spędzać długie tygodnie poza domem, akurat popijanie piwska albo gorzały to, musicie przyznać, perspektywa niezgorsza! - marynarz sprężystym krokiem podszedł do Lo-Kaga i z jowialnym uśmiechem uchwycił jeden z kufli. - Nie wiem, jak się ma sprawa nieśmiertelnej sławy, ale na pewno liczę na zarobek i przygodę. Ino uważajta komu czerep zgniatacie, boście jeszcze prawdopodobni mi tu w tej ciasnocie przez sen krzywdę zrobić. - uśmiechnął się wesoło i poklepał giganta przyjacielsko po plecach.

***

Courynn patrzył uważnie na Lanthisa wykrzykującego słowa przemowy inaugurującej rejs. Lanthis, Lanthis.., marynarz pocierał czolo w namyśle, Jak się do Ciebie zbliżyć? Jak zagadać, jak przekonać, jak zjednać? Jak wyłożyć sprawę, z którą możesz mi przecież pomóc? A w ogóle, możesz? Z namysłu wyrwał go kolejny okrzyk kapitana:

- Sewiris! Bierz kurs na wschód!

Na wschód? zdziwienie zagościło na twarzy Braegena. Z emocji wskoczył na balustradę okalającą pokład i uczepiony wantów wychylił się ponad ciemną, granatową tonią, spoglądając w kierunku wschodzącego słońca. Na wschód, w sensie, że w głąb? Będziemy płynąć w górę rzeki Esmel? Czy raczej wzdłuż wybrzeża i dopiero później odbijać na zachód? Courynn czujnie wpatrywał się w horyzont.
 

Ostatnio edytowane przez morscerta : 25-01-2012 o 23:38.
morscerta jest offline  
Stary 26-01-2012, 22:14   #10
 
morscerta's Avatar
 
Reputacja: 9 morscerta nie jest za bardzo znanymorscerta nie jest za bardzo znany
Courynn Braegen przechadzał się właśnie po najniższym pokładzie, z ciekawością przypatrując się wyposażeniu statku - porozstawianym w równych odległościach potężnym, żeliwnym armatom, mocnym konopnym linom naprężonym do granic niemożliwości na mosiężnych kabestanach, wreszcie - pracującym ciężko pokładowym majtkom. Ciężka to praca, ale niech was aby bosman zauważy, żeśta sumienni i zręczni, to a nuż za kilka lat będziecie już przy kole sterowym pomagać. Westchnął z uśmiechem do swoich wspomnień. Ale to za kilka lat, najprędzej.

Wtem jego uwagę przykuł stojący blisko dosyć wysoki mężczyzna o ciemnej karnacji, z eleganckim złocistym turbanem na głowie. Pomimo, że jego ubiór był inny - i jakże przecież różny od tradycyjnych, bogato zdobionych calimszyckich szat sędziów i urzędników - i na twarzy odciśniętych było kilka nowych zmarszczek, niechybne ślady podróży, to marynarz rozpoznał go od razu. Przez kilka chwil ten człowiek był przecież najważniejszą postacią w życiu Courynna - Albo przynajmniej w mojej śmierci, dodał w myślach z przekąsem.


Zbliżył się ostrożnie do Bahadura, przyjrzał z bliska jeszcze raz - ot tak, dla pewności i przemówił półgębkiem:
- Daleko od domu zaprowadziły was obowiązki, sułtanie.

Prawie syknął - słowa Courynna go zaskoczyły. Tak szybko, aby tylko nie dawać sygnałów o swoim popłochu, przeniósł wzrok na marynarza. Cóż, annuv nie odprawiał, więc źle nie było.

- A owszem - uśmiechnął się lekko, starając się ukryć zdenerwowanie.

Kiedy patrzył na zawadiakę, zaczęło mu coś świtać w głowie. Jakiś podwładny? Nie... ale dałby sobie rękę uciąć, że człowieka widział w przeciągu ostatnich dwóch lat. Wreszcie, zdecydował się zaryzykować.

- Courynn... Braegen? Mam rację? - spojrzał, szukając potwierdzenia. Nie było go, gdy szermierz się przedstawiał, więc był skazany na domysły... z drugiej strony, w Teshurlu miał styczność z kilkudziesięcioma - góra! - cudzoziemcami, więc domysł miał wszelką szansę być trafny.

Courynn mlasnął zadowolony i pokiwał powoli głową z uznaniem.

- Wasza pamięć dorównuje jedynie waszemu miłosierdziu, zauważam. - marynarz uśmiechnął się sympatycznie do caliszyty i mrugnął porozumiewawczo - Po zdenerwowaniu wnoszę, żeśta na statku incognito, hmm?

Ach, więc to on. Bahadur jak przez mgłę pamiętał jego proces – był iście ucieszny, największa parodia sprawiedliwości, jaką widział od lat. Paszy nie podobały się waterdhaviańskie statki kupieckie, to pasza wysłał zwadźców... i żądania sprawiedliwości, jeśli któryś z nich padł. Jako sułtan musiał znosić przemytników i kaprysy Rundeenu, ale na taką kpinę pozwalać nie zamierzał. Nigdy.

- Trafniej byłoby powiedzieć, że nie chciałbym obnosić się ze swoją obecnością – odpowiedział z uśmiechem – Zbyt wiele osób chciałoby kupić mą skórę, a ja jestem do niej dość przywiązany - sprecyzował.

Tym razem zdecydował się na grę va banque - będzie z zawadiaką całkowicie szczery. Jeśli ów skojarzył jego powołanie, to półsłówka nie miały żadnego sensu... nadto, Courynn wyglądał na osobę, która mogłaby docenić szczerość.

Marynarz przez chwilę przyglądał się obcokrajowcowi w milczeniu, aż w końcu - po czasie, który mógł wydać się wiecznością - szeroki uśmiech znów zawitał na jego twarzy.

- Tacy kupcy to niebezpieczna przypadłość, szczególnie nad wodą, gdzie łatwo zniknąć bez śladu nawet po nieuważnym wyglądaniu przez burtę. - Courynn odwrócił się na chwilę od caliszyty i oparł o niską balustradę pokładu - Ale nie tylko wy macie dobrą pamięć, sułtanie. Byłbym najgorszym łajdakiem, gdybym przyłożył rękę do waszej krzywdy, po tym, jak wyście mnie ułaskawili. - Zerknął na rozmówcę i uśmiechnął się szeroko raz jeszcze - Poza tym, jesteśmy teraz jedną załogą!

- Nie o skrytobójców się najbardziej lękam. – stwierdził Bahadur cicho – Takich pewno na statku nie ma. Ale jeśli zrewiduje nas statek pod caliszycką banderą, to któryś z załogantów mógłby się połakomić na łatwą monetę i szepnąć komuś o mnie. A to, do którego Pesarkhala we flocie biegnie lojalność kapitanów, to zawsze loteria... – wzruszył ramionami, próbując odegnać niewesołe myśli.

Syl-Ralbahrem Floty był nominalnie sam syl-pasza. Praktycznie jednak oznaczało to tylko zwierzchnictwo nad marynarką – syl-sułtanem Nallojal (czyli sił morskich calimszanu) był Fahd, najstarszy z bahadurowych braci. Akurat ten, z którym sułtana Teshurl dzieliła głęboka niechęć...

- Zresztą, pal to licho. Dobrze was widzieć – uśmiechnął się – Jak mówiłeś, wszyscy jesteśmy jedną załogą! Powiedz – dawno przestałeś pływać pod tym, jak mu tam, waterdhavianem?

- Charvy Amalith. Nazywał się Charvy Amalith. - odparł szybko Courynn i raz jeszcze wygodnie rozparł się o balustradę. Patrząc na horyzont w kierunku, w którym jeszcze niedawno niknęła Athkatla, bezgłośnie poruszał ustami, jakby coś liczył. - Nie będzie więcej niż sześć miesięcy. - mlasnął z namysłem - I pewnie pływałbym dalej, gdyby jeszcze była możliwość. Niestety - rozłożył szeroko ręce z niegasnącym uśmiechem - po kolejnym przetasowaniu politycznym i koniunkturalnym, flota zaczęła ciążyć Amalithowi. Od dawna już zajmowaliśmy się prawie wyłącznie obsługą północnych części Wybrzeża Mieczy, a po kolejnym przetasowaniu w Luskańskiej Radzie Kapitanów, przemyt w tamtych rejonach stał się wielce... nieopłacalny. Amalith przerzucił się na szlaki lądowe wiodące przez Mirabar, a ja, jak i prawie cała reszta jego floty, zostaliśmy na bruku.

Courynn, pomimo mówienia o nieodwracalnie utraconym - a przecież tak swojego czasu szczęśliwym - rozdziale swojego życia jakoś nie tracił werwy i pogody ducha. Za chwilę kontynuował: - To było z pół roku temu. Odebrałem od zarządcy Dukana małą odprawę za lojalną służbę i wyruszyłem na południe, do Athkatli. Od tamtego czasu zajmowałem się... czymś innym.

Marynarz nieznacznie wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że nie byłoby to coś, o czym rozmawiałby chętnie. Za chwilę z horyzontu przeniósł świdrujący wzrok na caliszytę.

- A wy, sułtanie? Dawno zrezygnowaliście z pereł i przepychów Teshurlu?

- Bahadurze – mówili cicho, raczej w pobliżu otwartego bulaja nie było... ale trzeba było chuchać na zimno... – Mam też imię – mrugnął – Będzie z kilka tygodni, jak opuściłem to gniazdo przemytników. Trzeba było coś zrobić w Amn, a odmówić się nie dało. I takie moje szczęście, że skończyłem na okręcie pirackim i robię za przestrach siedmiu mórz! – roześmiał się.

Tak, to była pokrótce opowiedziana cała historia. Liczył na to, że Courynn nie będzie się dopytywał... w końcu było jasne, czyje rozkazy wykonywał - a negocjacje były pewnego rodzaju tajemnicą dyplomatyczną, której zdradzać - w imię własnych zasad - bez powodu nie zamierzał.

Marynarz tylko rozłożył ręce i zarechotał do wtóru.

- Jak opuszczać dom, to już opuszczać z rozmachem - tak przynajmniej jeszcze niemały kawał świata zobaczycie. A żeby uchodzić za pirata, najpierw byście się musieli kilku zębów pozbyć i nie kąpać przynajmniej ze dwa księżyce. - Courynn uśmiechnął się lekko - Miewałem przeprawy z tutejszymi i tamtejszymi piratami. Lepiej, jakbyśmy nie weszli sobie w drogę na tej wyprawie. Chociaż z tego, co plotkują ciury portowe, to akurat na tym statku będziemy mieli, w razie potyczki, potężnego sojusznika.

- Nie gadajcie, widzieliście kapitana? Wystroił się bardziej niż pasza na paradzie – odciął się żartem, choć głos ściszył. O temperamencie kapitana Lanthisa było głośno - I o jakim sojuszniku mówisz? Słyszałem tylko, że kapitan jest magiem w imieniu Rady - zaczął, znów niezbyt głośno. Nie sądził, żeby w plotkach było dużo prawdy... ale zawsze można z nich coś wyciągnąć.

Marynarz raz jeszcze wzruszył ramionami.

- W każdej plotce jest ziarnko prawdy, szczególnie plotce portowej. - odparł sentencjonalnie Courynn, po czym wyjaśnił szybko: - Zanim zdecydowałem się odpowiedzieć na ogłoszenie Lanthisa popytałem w porcie co nieco. Ponoć kapitan włada potężną magią, ale oprócz tego jest na tyle tajemniczy, że niewiele więcej o nim wiadomo. - Braegen wychylił się przez burtę i energicznie smarknął w morskie odmęty. - A, i Rada czerpie z tych jego ekspedycji niezłe profity. Mam nadzieję, że uda się z tego wykroić kawałek tortu.

- Czyli słuchałeś tych samych pijaczków, co i ja - podsumował - Zastanawia mnie tylko, po co kapitanowi tyle ostrzy. Na morzu tyle nie trzeba - w końcu, korsarskiego galeonu chyba nikt nie tyka...

- Chyba, że inni korsarze. - jeszcze raz yartarczyk dokładnie zlustrował horyzont i westchnął cicho: - Ano, patrząc po ilości najemników na galeonie, rzekłbym, że cel naszej podróży leży raczej w głębi lądu, a statek jest jedynie opakowaniem - transportem, który ma nas dostarczyć do celu i przewieźć z powrotem cokolwiek, co stamtąd wyciągniemy. Nie, żeby mi to odpowiadało - najpewniej czuję się na solidnych, dębowych deskach. - i jakby na potwierdzenie swoich słów tupnął donośnie, przyciągając uwagę kilku najbliższych majtków.

- Tymczasem nie ma co snuć domysłów. Pójdę sprawdzić, co reszta robi na dole. A wy, Bahadurze, bądzcie spokojni. Wasz mały sekret jest ze mną bezpieczny.

Courynn westchnął z namysłem i mruknął jeszcze na odchodne: - Ciekawe gdzie nas zaprowadzi ten rejs.
 
morscerta jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:51.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168