Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne > Archiwum sesji z działu Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Inne Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 17-12-2020, 16:50   #11
Banned
 
Maria pokiwała głową.
- W porządku. Jeszcze znajdę toaletę i doprowadzę się w niej do porządku - mruknęła. - W sumie jestem zajebista. Przesiedziałam w toalecie u Kiary połowę wieczoru, a nie przyszło mi do głowy, aby zmyć rozmazaną tapetę - uśmiechnęła się równie szeroko, co sarkastycznie.
Teagan skinął głową Nev. Ruszyli w stronę automatów. Obydwoje znali SOR tego szpitala, chcąc nie chcąc. Wreszcie ujrzeli egzotycznie wyglądającego mężczyznę.


Siedział na pomarańczowym, plastikowym krzesełku. Takich tutaj były całe rzędy. Spoglądał na automat z kawą i trzymał w dłoniach plastikowy kubeczek. Wyglądał na smutnego i zdenerwowanego. Co gorsza, nadal był przystojny. Dlaczego zepsuci, spierdoleni ludzie nie mieli wypisanego tego na twarzy? Jakaś inna, biedna kobieta mogła okazać się głupia, tak jak kiedyś Nev. Mogła zaufać temu zjebusowi. Miał w twarzy coś, co wzbudzało zaufanie. Może chodziło o ten krzywy nos.
- Jesteś pewna? - zapytał Teagan. - Mogę sam z nim pogadać. Nie musisz tego znosić - szepnął.

Piękny i bestia, niestety z przewagą drugiego czynnika. Hermansen zgrzytnęła zębami.
- Dam radę - odpowiedziała siląc się na uśmiech, całując go w policzek - Będzie dobrze, nie boję się… nie z tobą za plecami - wróciła spojrzeniem do byłego męża, udając że wcale nie cierpnie jej na jego widok skóra. - To tylko jeden fiut, ja jestem mądrzejsza. - pogłaskała drapiący policzek - Nigdy chyba nie przestanę ci dziękować, co? A teraz… idę po kawę, chcesz?

Teagan pokiwał głową.
- Zresztą idę z tobą - mruknął pod nosem.
Ruszyli w stronę automatów. Nie było żadnej kolejki. Niedaleko znajdowało się duże okno, za którym panowała ciemna noc. Neveah zauważyła, że zaczęło padać. Okoliczne drzewa również zaczęły dramatycznie poruszać gałęziami, jak gdyby zrobiło się bardziej wietrznie. Być może nawet przyroda burzyła się na ten moment, w którym Neveah i Asif znaleźli się tak blisko siebie. Co gorsze, mieli nawet rozmawiać. Teagan położył dłoń na ramieniu Hermansen tak, aby czuła jego wsparcie.
Tymczasem Halimi wstał na ich widok. Zerknął w pierwszej kolejności na swoją byłą żonę, a potem przeniósł wzrok na policjanta. Najpewniej uznał, że ten był jej nowym chłopakiem. W żaden sposób jednak nie odniósł się do tego.
- Nevaeh - przywitał się.
Nawet jego głos był przyjemny dla ucha.

- Mów - kobieta nie bawiła się w uprzejmości. Pamiętała aż za dobrze inny ton jego głosu, ten wrzeszczący jej nad głową, wymieszany z odgłosami głuchych uderzeń twardych pięści.
- Tylko szybko - wzdrygnęła się, zaciskając szczęki. Z kieszeni spodni wydłubała parę monet i z premedytacją zaczęła przepatrywać listę dostępnych napojów.
- Chcesz kawę czy czekoladę? Whisky niestety nie mają - do Teagana za to odezwała się ciepło.

Policjant zerknął na automat.
- Kawę. Wybrałbym czekoladę, ale jest tu i tak dostatecznie słodko jak dla mnie - mruknął pod nosem.
Asif usiadł z powrotem i napił się kawy.
- Wolałbym rozmawiać z tobą na osobności - powiedział. - Ja… nie sądzę, żebyś chciała w to wplątywać swojego przyjaciela. Sama jesteś już w to zamieszana. Ale chcesz mu zrobić tak wielką krzywdę, wikłając we wszystko również go? To jest tak, że jak pewne drzwi się otworzy, to już nigdy nie będzie można ich zamknąć. Nigdy. Aż do końca życia. Co niekoniecznie znaczy bardzo dużo czasu - to dodał już ciszej.

Kliknęły odpowiednie guziki automatu, Hermansen patrzyła jak ciemna struga leje się do plastikowego kubeczka, a jej barwa pasowała idealnie do jej nastroju.
- Skończ… po prostu skończ - burknęła nie odrywając uwagi od przedstawienia gastronomicznego - Nie ma opcji abym została z tobą sam na sam, pojebie. Raz już byłam na tyle głupia, nigdy tego błędu nie popełnię… proszę - ostatnie rzuciła policjantowi, podając gotowy napój - Poczekasz tam pod ścianą? - wskazała jeden koniec sali - My usiądziemy tam - pokazała drugi kraniec i uścisnęła dłoń ciążącą na jej ramieniu - To długo nie zajmie, obiecuję.

Teagan pokiwał głową.
- Jak spróbujesz czegokolwiek… dosłownie czegokolwiek, skurwysynie… to nie wyjdziesz stąd żywy - powiedział i oddalił się.
Asif zerknął na niego bez żadnych emocji.
- Wszyscy twoi znajomi lubią mi grozić. Ale zdaje się, że zasługuję - westchnął. - Otóż… jak myślisz? Dlaczego tak wyglądało nasze małżeństwo? Dlaczego w ogóle chciałem się z tobą ożenić? Dlaczego tak bardzo cię kontrolowałem, patrzyłem na każdy twój najmniejszy krok? Z jakiego powodu… zaatakowałem cię? - zawiesił głos. - Czy naprawdę myślisz, że to wszystko tylko i wyłącznie dlatego, bo urodziłem się skurwysynem? - zawiesił głos.

Kobieta pokręciła głową, rzucając drugą monetę i zamarła z dłonią nad listą napojów.
- Oczywiście nie. Duży wpływ miała na to religia i kultura w której wyrosłeś, sprowadzająca kobietę do roli przedmiotu… ostrzegali mnie, wszyscy moi znajomi, abym się z tobą nie wiązała, bo każdy muslim z pierdolonego bliskiego wschodu jest jebanym oprawcą… hm - wcisnęła wreszcie kawę z mlekiem - Schemat wpisuje się idealnie w podwójny płaszczyk indoktrynacji, prania mózgu i uzależniania od siebie, próby wbicia ofiary w syndrom sztokholmski. Nie ty jeden, nie ja jedyna - wzruszyła ramionami - Żałuję tylko że nie uciekłam zanim mnie skurwielu tak skatowałeś, że trafiłam tu z pęknięciem podstawy czaszki… na samej górze listy małżeńskich hitów. Kim jest Alioth, czego chciał od Kiary. Co grozi mojej rodzinie? Bez pierdolenia, sofistyki i deklamowania Szekspira. Ponoć zaraz umrzesz, więc się streszczaj.

Mężczyzna westchnął.
- Jesteś pieprzoną rasistką - powiedział. - Ale wiem, czemu możesz mieć takie poglądy. Otóż… wspomniałem, że Zoe musiała umrzeć, prawda? A wiesz dlaczego?
Zamilkł na moment.
- Jedna bliźniaczka musiała umrzeć. Próbowałem zabić ciebie. Dlatego tamtego dnia cię skatowałem. To nie było tak, że zdenerwowałem się i mi odjebało. Ja to planowałem od tygodnia. I spieprzyłem - mruknął. - Gdyby jednak udało mi się, nie trzeba byłoby zabijać Zoe. A przynajmniej nie od razu. Jednak ty przetrwałaś. Udało ci się przeżyć. Walcząc o swoje życie, podpisałaś wyrok na swoją siostrę.
Następnie zamilkł i spojrzał na ogromne okno, za którym szalał mrok.

- Jesteś zjebany… - trzęsący sie kobiecy głos miał temperaturę lodu na lodowcu. - Więc co… chciałeś mnie zabić z premedytacją. Powiesz dlaczego? - Nev zaciskała pięści tak mocno, że pobielały jej kostki. Licząc oddechy obserwowała lejącą się du kubeczka kawę, choć nic by jej nie sprawiło takiej radości jak zwrot o 180 stopni i posłanie pięści prosto w gębę byłego męża, który własnie sam się przyznał do planowania morderstwa.
- Chcesz przez to powiedzieć, że śmierć Zoe… t-to też twoja sprawka?

Asif westchnął.
- Gdybym ja tego nie zrobił, ktoś inny by to zrobił - westchnął. - Jestem tylko pionkiem w dużo większej grze. Większej od ciebie czy ode mnie. Czy od Zoe. Ktoś musiał to zrobić, a padło akurat na mnie. Zadbałem jednak o to, żeby było szybko i jak najmniej boleśnie. Chociaż na to miałem sam wpływ.
Zamilkł.
- Proszę, nie bądź na mnie zła. Wiem, że to była twoja siostra i masz prawo mnie nienawidzić. Jednak co było, minęło. Teraz mamy zupełnie inne sprawy, którymi powinniśmy się przejmować.

Czarny płyn spadał do kubka coraz wolniej, aby nagle zmienić się w białą strużkę syntetycznego mleka w proszku wymieszanego z wodą. Nevaeh oglądała to jakby widziała najbardziej zajmujący spektakl świata. Po prawdzie widziała jedynie jego rozmyte kontury. Sparaliżowana tkwiła w bezruchu i tylko dwie mokre ścieżki przecinały piegowate policzki.
- To zjebałeś, nie umarła szybko - chrypiała głucho - Leżała tam na chodniku prawie dwie godziny, niezdolna do poruszenia… połamana miednica, bark w drzazgach… wciąż je czuję, każdą piekielnie ostrą, strzaskaną kość wbijającą się w mięso które samo w sobie napuchło po uderzeniu. Dusiła się, z każdym oddechem coraz bardziej… aż wreszcie utopiła we własnej krwi… sama - przełknęła ślinę - Nie miałeś nawet tyle jaj żeby być obok, skrócić jej cierpienia. Nigdy nie miałeś jaj. Dlatego nigdy szczerze nie porozmawialiśmy - prychnęła równie głucho, a sens słów zaczynał powoli przebijać się przez szok - Kto kazał ci zabić którąś z nas i dlaczego?

Asif jednak milczał. Zdawało się, że posmutniał.
- Męczyła się? - westchnął. - No cóż. Już wcześniej ustaliliśmy, że kiepski ze mnie zabójca. To może dlatego, bo wcale nie chciałem was zabijać. Źle mi poszło z tobą i z Zoe przynajmniej mi się udało, choć wcale nie odeszła tak bezboleśnie, jak chciałbym.
Pokręcił głową.
- To wszystko zostało wyreżyserowane. Od samego początku. Nie jestem żadnych chirurgiem z Helsinek… czy tam ze Sztokholmu… Poznaliśmy się na imprezie noworocznej, ale pojawiłem się na niej tak naprawdę znikąd. Nikt mnie tam nie znał, choć robiłem co mogłem, abyś uwierzyła, że było inaczej. Zostałem wybrany dlatego, bo jestem ładny. Miałem się do ciebie zbliżyć i udało mi się - mruknął. - Byłem przez cały czas aktorem, który cię inwigilował i donosił o każdym twoim kroku. Miałem cię obserwować. Opisywać każdy twój dzień. Dusiło cię to? Oczywiście. Ale nie znałaś przez ten cały czas nawet ułamka prawdy - szepnął.

Kobieta wbiła ręce w kieszenie, wciąż gapiąc się w automat mimo, że dawno skończył pracę. Liczyła oddechy, oddzielając je trzema sekundami przerwy aby nie wpaść w hiperwentylację.
- Robiłeś mnie w chuja od początku, łapię. Dlaczego? Dla kogo? Kto ci kazał zabić Zoe? - wycedziła krótkie pytania - Nie pierdol kocopołów, mam w dupie otoczkę. Streszczaj się. Kim jest ten rogaty psychol?

- Alioth? - zapytał cicho Asif. - To mężczyzna, który odnalazł mnie dawno temu w Iraku. Który wziął do siebie i mnie wykształcił. Zmienił mnie z nikogo… w osobę, którą jestem teraz. Być może jestem skurwysynem, ale przynajmniej coś znaczę. Teraz to mnie się boją, a nie ja się boję. Alioth… - westchnął Halimi. - Alioth sprawił...

- Kurwa nie spuszczaj się nad nim, bo się zaraz porzygam - Nev warknęła, potrzasając karkiem - On ci kazał to wszystko zrobić? Kim jest? Gdzie go znaleźć? Bez gejowskich wstawek.

Halimi wzruszył ramionami.
- Jeśli go poznałaś, to pewnie nie powinny cię dziwić moje gejowskie uczucia - uśmiechnął się krzywo. - Tak, to wszystko zostało zaplanowane przez niego - powiedział. - Ale niedawno odkryłem, że nie jest osobą, za którą go miałem. On… on chyba oszalał. Nie wiem czemu, ale jest nie tylko cholernie groźny. To wiedziałem już wcześniej. On również… kompletnie nad sobą nie panuję. Boję się, że chce mnie zabić. Dlatego chciałem cię znaleźć. Musimy współpracować, jeśli chcemy z tego wyjść cało. On ma tylu ludzi… ja przez lata mu służyłem. Jesteś pewien, że twój chłoptaś nie jest na jego rozkazy? Albo ta koleżanka, która z nim teraz rozmawia? - zawiesił głos. - Nie możesz nikomu ufać, Neveah. Nikomu oprócz mnie.

Kubek z parującym płynem trafił w dłonie Nevaeh, trzymając oburącz siorbnęła krótko. Cudem nie rozlała, telepanie kończyn jakoś nie chciało odpuścić.
- Miałeś coś wspólnego z Kiarą i tym co się jej stało? - spytała jeszcze, wreszcie obracając się do niego frontem.

- A co jej się stało? - zapytał Asif. - Nie, nigdy się dla mnie nie liczyła. To pewnie był przypadek. Choć wspominałaś coś o Aliocie. Czy to znaczy, że ci się objawił?
W oczach Halimiego była dziwna fascynacja. Z jednej strony zdawał się bać swojego mistrza, a z drugiej był od niego uzależniony. Zdawał się na narkotykowym głodzie, gdzie sama obecność Aliotha mogłaby nieco ulżyć jego cierpieniom.
 
Ombrose jest offline  
Stary 17-12-2020, 16:56   #12
 
Sepia's Avatar
 
- Próbowała popełnić samobójstwo, znalazłam ją w wannie z czarna breja cuchnącą trupem - Hermansen patrzyła prosto w twarzy swojego oprawcy. W twarz zabójcy swojej siostry. Mięśnie zadziałały szybciej niż mózg. Szarpnęła przedramieniem, gorąca kawa chlusnęła w kłamliwą gębę. Tak na początek…
- Ustawiliśmy się na kolację, ponoć - syknęła do tego i oddech później ledwo utrzymywany spokój wreszcie rozsypał się w posadzie. Warcząc jak zwierze kobieta rzuciła się do przodu, pięściami atakując głowę. Widziała ją jako balonik, kółko pośrodku tarczy które chciała rozwalić. Zniszczyć, połamać, rozerwać.

Zrobiło się dramatycznie.
Asif syknął, kiedy jego twarz dosięgnął wrzątek. Zasłonił szybko oczy, ale i tak gorący płyn w nie uderzył. To musiało boleć. Co gorsza… dla niego… był kompletnie odsłonięty na atak Nev. Uderzyła w niego z siłą lamparta. Słabe, plastikowe oparcie złamało się i mężczyzna przeważył się. Upadł do tyłu. Zarył ciężko potylicą o podłogę. Rozległ się głośny trzask łamanej kości. Kobiecie poszło dramatycznie, spektakularnie dobrze. Może aż za bardzo.
- Olaboga, laboga! - wrzasnęła staruszka, która siedziała dwa siedzenia dalej. - Atakują! Atakują! Kryć się!
- Mamo… - jej opiekunka zasłoniła jej oczy.
Tymczasem pielęgniarka i dwóch ratowników ruszyło szybko w stronę Nev. Tak samo jak Teagan. Maria Teresa wcześniej rozmawiała z nim, ale w międzyczasie musiała sobie pójść, bo nie było jej nigdzie w zasięgu wzroku. Asif przez moment jęczał, po czym stracił przytomność.

Kobieta za to dalej go okładała, lejąc po twarzy, torsie i ramionach. Darła się przy tym, wrzeszcząc coś nieartykułowanego póki starczyło sił, a tych wiele nie miała. Przed oczami stanęła jej znów twarz siostry, słyszała w uszach jej głos, śmiech. Dzwony na pogrzebie i skrzypienie lin gdy trumna zjeżdżała do dołu z ziemią. Bulgot krwi wydobywającej się z ust i rzężenie przebitego płuca.
Nagle pięści opadły ostatni raz. Za nimi reszta Hermansen. Wyrżnęła czołem o jego pierś i tłukła dalej, w bark, bardziej odruchowo i niemrawo.

Wszystkie dźwięki dochodziły do niej z opóźnieniem. Cały świat rozmywał się. Wszystkie kolory stapiały się ze sobą w jedno. Był jedynie szał. Pierwotny, podgrzewający krew w jej żyłach. A także żal. Okropny, przygniatający, niczym oławiane kotwice. Uderzała raz za razem w swojego byłego męża. Słyszała za sobą głos Teagana, ale nie wiedziała, co takiego mówił. Nawet ją to nie obchodziło. Liczyło się w tej chwili tylko jedno - zajebać skurwysyna. Czy jej się udało? Nie wiedziała. Musiałaby widzieć Asifa, natomiast przykrywała go w tej chwili tak gęsta, czerwona krew… Jakieś naczynie mężczyzny musiało ulec przerwaniu, gdyż wykrwawiał się i osocze zalewało mu między innymi twarz. Nev liczyła na to, że utopi się we własnym szkarłacie.
Wnet jednak złapali ją ratownicy na spółkę z ochroniarzami. Zaczęła się wierzgać, ale wtem poczuła delikatne ukłucie. Siły zaczęły ją opuszczać, kiedy obcy środek zaczął rozprzestrzeniać się w jej organizmie. Wnet szał osłabł. Nawet żal zniknął. Nie było już niczego. Straciła przytomność.

***

Kiedy się obudziła była przywiązana do kozetki. Szpital miał oddział psychiatryczny i chyba została na niego przekierowana, bo nie rozpoznawała otoczenia. Znajdowała w tej sali sama. Nie potrafiła stwierdzić, czy to było izolatka… czy może po prostu tak akurat wyszło, że nie było innych pacjentów.
Pacjentów. Albo berserków, którzy stracili nad sobą kontrolę. Tak jak ona.
Wnet poczuła jeszcze czyjąś obecność w okolicy. Chyba nie była tutaj tak sama, jak jej się to z początku wydawało…

Pamięć wracała opornie, z mgły furii wydobywając coraz to nowe obrazy. Asif, jego głos i twarz. Automat i lejącą się do kubka kawę.
Krew pryskającą pod uderzeniem pięści…
- Ja pierdolę… - jęknęła, w sumie nie wiedząc czy powinna żałować, czy jednak może uznać, że nie musi. Maria przecież mówiła, że nic nie musi… tym bardziej żałować takiego śmiecia jak Halimi.
- Już mi przeszło jak coś - mruknęła głośniej, wbijając spojrzenie w sufit - PTSD, mam to w papierach.

Wnet ujrzała kątem oka krzesło. A na tym krześle ktoś siedział. Starszy, niestety znajomy mężczyzna. Uśmiechał się do niej.
- Przeszło? Szkoda - odpowiedział Alioth. - Liczyłem na to, że mi również pokażesz trochę tej swojej pasji. Lubię mocne, silne, niezależne kobiety - wyszczerzył się i Nevaeh odniosła wrażenie, że po prostu sobie z niej żartował. - Naprawdę. Szanuje. Pewnie zastanawiasz się, dlaczego tu jestem. Pomyślałem, że osobiście podziękuję ci za to, że wyręczyłaś mnie. Asif zabił Zoe. Ty zabiłaś Asifa… Wszyscy robią wszystko za mnie. Ja tylko siedzę i jej popcorn.
Rzeczywiście podniósł z podłogi pudełko pełne prażonej kukurydzy. Zaczął ją chrupać, spoglądając na Hermansen.

Ta zamrugała. Zabiła Asifa? Jako obywatel poczuła lęk przed sądem, jako człowiek odczuła perwersyjną satysfakcję. Należało mu się, chętnie ubiłaby go jeszcze raz i jeszcze raz i jeszcze raz…
- Nie mówili ci, że taka ilość soli szkodzi? - mruknęła, przechylając kark aby pełnoprawnie gapić się na rogacza - Masz dla mnie propozycję nie do odrzucenia? Tamten fiut nie kłamał, co nie? Czemu chciałeś śmierci mojej siostry?

Alioth wzruszył ramionami.
- Łzy są słone. Nasienie jest słone. Sól jest wszędzie. Znam ją. Trochę popcornu mi nie zaszkodzi. To dla mnie niewielka różnica - uśmiechnął się znowu. - Dlaczego musiała umrzeć? No cóż, właśnie z powodu tej soli. Z powodu moich łez. Brzmi dramatycznie, ale zmieniłem obozy. Na samym początku byłem dobrym kolesiem, choć nigdy nie byłem tak naprawdę dobry. Potem zrobiłem się otwarcie zły… aż znalazłem kobietę, przy której znów uwierzyłem, że mogę być dobry. Ale jej już nie ma, a ja wróciłem do bycia sobą. Tak w wielkim skrócie. Mam swoje plany, a wy jesteście jedynym sposobem, w jaki mogę je wypełnić. Bez urazy, rzecz jasna, bo nie ma w tym nic osobistego.

- Hitler niby też nie zamordował nikogo osobiście i ponoć całkiem miły był z niego koleś. Zwierzątka lubił i dzieci, malował akwarelami. Wrażliwiec, artysta. Niedoceniony - Hermansen przewróciła oczami.

- Oj, nie zrozum mnie źle. Swoimi rękami również zamordowałem wiele osób. Jeszcze zanim się urodziłaś, mordowałem. Nie przestałem mordować w żadnym roku mojego życia. Nie mam może takich osiągów jak Hitler, ale to nie jest dla mnie żaden konkurs. Ważne jest dla mnie kogo mordujesz, a nie jak wiele osób. Jeśli pozbawiasz życia właściwe osoby… to tylko to się liczy. Ale tu się zgodzisz ze mną, czyż nie?
Wstał i podszedł do niej. Przesunął palcami po jej prawej dłoni.
- Teraz i twoje ręce są oblane krwią. Witaj w klubie.

- Dostanę kartę członkowską i voucher na siłownię? - kobieta obserwowała poruszającego się obok psychopatę. Albo demona. Zagryzła wargę, wdychając rozszerzonymi chrapami obcy, drażniący zapach.

- Nie wiem nic na temat karty członkowskiej, ale członka? Członka mógłbym ci zorganizować - odpowiedział Alioth.

- Miłe uczucie… - przyznała. Albo podobało się jej zabijanie takich gnid jak Asif, albo chodziło o dotyk na skórze - Teraz przejdziemy do tajnych znaków i uścisków? Jak masoneria, illuminati - zmrużyła lekko prawe oko. Czy mogła mieć bardziej przesrane? Pewnie tak, ale brakowało wyobraźni - A nie będziesz później znów narzekał że poruszam temat prącia? Interpersonalne historie, pamiętasz? - wzruszyła ramionami na tyle, na ile pozwalały więzy - Chociaż między nami wolałabym abyś ty tym tematem poruszył - wyszczerzyła się bezczelnie - We mnie. Daruję ci kolację.

Alioth westchnął.
- Problemem właśnie było dla mnie to, że poruszałaś temat prącia, ale nie poruszałaś go samego w sobie - wydął delikatnie usta. - Jedyne tajne uściski, na jakich mi zależy, to te na moim penisie - powiedział. - I tu dochodzimy do głównego powodu mojej irytacji. I niestety to wszystko, do czego dojdziemy. Otóż jestem tutaj tylko duchem, ale nie ciałem.
Zademonstrował to, przechodząc przez jej kozetkę na drugą stronę.
- Jestem w stanie sprawić, że poczujesz mój dotyk, ale ja nie potrafię poczuć twojego. Co więcej, nawet gdybym był tutaj ciałem, nie byłbym w stanie dojść. Abym osiągnął orgazm, potrzebuję znacznie więcej niż zwykły mężczyzna. Ciężko jest być mną - westchnął teatralnie. Zdawało się jednak, że nie kłamał.

- Czyli co, musisz rozerwać kochankę i chłeptać jej krew, albo wyrwać głowę aby użyć dziury w karku? - Nev podniosła brew ku górze - Jeżeli jednak kołujemy w rejonach zwykle przyjmowanych za… niebudzące skojarzeń z markizem de Sade, albo Richardem Ramirezem… - westchnęła, kręcąc do zestawu głową - Czemu więc zawdzięczam tę duchową wizytę? - spojrzała prosto w mlecznobiałe oczy - Istnieje chociaż cień szansy, abyś… nie wiem, pomógł mi? Ciągle też nie odpowiadałeś jaki masz dla mnie plan. Będziesz moim Yodą, a ja twoim Lukiem Skywalkerem? O co tu do diabła chodzi… ja pierdolę, zabiłam człowieka. Znaczy gówno, ale będę odpowiadać jak za człowieka…
 
__________________
Nine o nine souls - don't do this
Nine o - no more pain now
Nine o nine souls - it's easy
I'm gonna take on all your battles
Sepia jest offline  
Stary 17-12-2020, 17:25   #13
Banned
 
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=sHgccQQVVHo
[/MEDIA]

Alioth wzruszył ramionami.
- Nie będę udawał, że mnie to obchodzi. Twoje życie stanie na głowie. Już to zrobiło. Jeżeli mogę ci coś poradzić… Hmm… Lepiej oszaleć, by nie odejść od zmysłów. Jeśli szybko zaakceptujesz nową rzeczywistość, wtedy będzie łatwiej ją znieść. Elastyczność to jedyna cecha, która naprawdę pomaga człowiekowi przetrwać. Bez niej przegra, jak wszystkie wymarłe gatunki.
Zamyślił się.
- Jest powód, dlaczego postanowiłem cię nawiedzić, ale na razie ci go nie zdradzę. Będę się jednak tobą opiekował. Przy mnie nie stanie ci się krzywda - mruknął i pogładził jej skroń. Poczuła to. Gest był przedziwnie czuły i przyjemny.

Niósł spokój, mimo że nie powinien. Cząstkę ładu w chaosie, jakby dla podkreślenia jego niestałej natury.
- Przez ubranie też zadziała? - przechyliła kark bliżej widmowej dłoni, nie przestając się gapić w śniegowe ślepia. Oddech jej przyspieszył, poruszyła też niespokojnie dolną połową ciała czując nieznośne uwieranie.
- Nie będzie to trudna opieka, jaki mi wlepią dwadzieścia pięć lat za morderstwo - skrzywiła się - Ciasna cela, jeden spacer dziennie i żarcie przeładowane sodą. Czarny chleb popijany czarną kawą… mówiłeś że śmierć dla niektórych to dopiero początek. Co z Asifem? Jest promil szansy że mi za niego nie przybiją ćwiary w hotelu o zakratowanych oknach? Zmieniasz pluszaki w niedoszłe topielice, dałbyś radę sprawić aby stąd wylazł… tak nie wiem, jak ktoś żywy? Odwołał zeznania, odszedł ku wschodzącemu słońcu. Żeby mnie stąd wypuścili do domu… tak w wielkim skrócie… i nie przerywaj - poprosiła na koniec, przymykając oczy i wtulając głowę w dłoń.

Alioth przybliżył się do jej ucha, jak gdyby chciał coś szepnąć. Jego wargi delikatnie muskały jej małżowinę. Za każdym razem czuła elektryczne prądy, które drażniły jej skórę. Przesuwały się na resztę głowy, policzek, schodziły na szyję… Dłoń mężczyzny również ruszyła w dół. Wsunęła się pod materiał jej spodni. Chyba została przebrana przez pielęgniarzy w jakiś dużo luźniejszy strój, gdyż nie musiał nawet rozpinać guzika. Jego palce wędrowały niżej… i niżej… aż ten wskazujący wsunął się w nią powoli.
- Ćśś… - szepnął. - Mówiłem, że się tobą zaopiekuję. I pierwotnie tylko taką opiekę miałem na myśli.
Całe jej ciało zaczęło nagle drżeć. Dotyk Aliotha był zarazem gorący jak i zimny. Pociła się pod jego wpływem, a zarazem zdawało jej się, że zaraz zamarznie. Powoli penetrował ją tym jednym palcem.
- Będzie mi łatwiej, jak zostaniesz w więzieniu. A jeszcze lepiej… w psychiatryku. Jeżeli będą cię wiązać dla mnie dzień za dniem… A ja będę tylko przychodził i bawił się już przyszykowanym prezentem… - zamruczał, wsuwając w nią drugi palec.
Nev nie była przyzwyczajona do rozpierania i to było dla niej dużo. Ruchy Aliotha sugerowały, że nie robił tego ani pierwszy raz, ani nawet tysięczny. Nie był jednak delikatny. Nie miał na to cierpliwości.
- Co takiego zyskam na twojej wolności? - pocałował lekko jej małżowinę. - Skoro tak podnieca mnie twoja niewola?

Odpowiedź nie była tak prosta, kiedy myśli uciekały podobne stadu spłoszonych ptaków, a zdradliwe ciało podążało za sprawiającą przyjemnośc dłonią, wychodzac biodrami naprzeciw ruchom palców. Hermansen nabierała ze świstem powietrze, gdy Alioth się wycofywał tylko po to, by zaraz wbić się w nią ponownie, czemu towarzyszył zduszony, rozedrgany jęk. Wbijała potylicę w materac, piętami zapierając się mocno i ściskając w spoconych pięściach prześcieradło tkwiła w kalejdoskopie barwnych plam, mieniących się przed oczami i poruszających tym szybciej, im szybciej mężczyzna ją posuwał. Gdzieś na skraju świadomości doszło do niej, że nigdy wcześniej czegoś podobnego nie doświadczyła i chciała, by trwało jak najdłużej…
- N...nie… nie. T-tam... stan… stanę… się… b-brzydka - wyjęczała patrząc mu w oczy z miną mówiąca by nie przestawał - S-sam… sam… mówiłeś. Lubisz… piękne… kobiety. Tam.. nie… nie będę piękna. Wypuść mnie… tylko zys… kurwa - jęknęła głośniej, zaciskając mięśnie na palcach -Tylko zyskasz…

Alioth zaśmiał się i pocałował ją lekko w skroń. Następnie odsunął się, skupiając na jej kobiecości. Poruszał w niej tymi dwoma palcami… na moment dołączył jeszcze trzeci, rozpychając ją. Ale prędko z niego zrezygnował. Kiedy jego ręka była już cała śliska, wysunął się z niej kompletnie. Zmienił kompletnie ruchy. Wcześniej był brutalny, teraz zrobił się delikatny. Zaczął przesuwać mokrymi palcami po jej łechtaczce. Jego ruchy były coraz szybsze, ale nie sprawiały wrażenie chamskich. Nevaeh doszła do wniosku, że Alioth wiedział, jak funkcjonowało kobiece ciało.
- Gdyby chodziło mi o czyste piękno, to zamęczałbym twoją przyjaciółkę - rzekł. - Masz w sobie coś innego, co mnie kręci. Zostałaś pocałowana przez Śmierć. Potrafisz rozmawiać z trupami. Już samo to czyni cię moją kapłanką. Jesteś właśnie w trakcie modlitwy - mruknął, jeszcze przyspieszając ruchy palców. - I lubię to, w jaki sposób jesteś pobożna.

- Ale jeszcze… nie jestem trupem! - wyrzuciła z siebie na wydechu, drapiąc miękki materac pazurami. Więzy na jej kończynach napinały się, wrzynając pasami w ciało, ale tego nie odnotowywała. Prowadzili ważną rozmowę, taką z cyklu “życie i śmierć”, na szali stały jej dalsze losy, a ona jęczała coraz głośniej, połykając oddechy, zaś jej serce parę razy straciło rytm. Nieznośny ucisk w podbrzuszu prawie rozsadzał od środka.
- Tam umrę. Z-zamknięta uuumrę - zaskowyczała, czując pierwsze fale drgawek rozchodzace się od bioder.

Alioth roześmiał się.
- No cóż, przecież nie jestem nekrofilem, prawda? To by do mnie kompletnie nie pasowało. Bardzo zależy mi na twoim życiu. Bo gdybyś zmarła, to straciłabyś w moich oczach wszelki urok. Wcale byś nie zyskała - powiedział powoli, jakby kpiąco. - Może tam umrzesz, ale wpierw umrzesz tutaj. Francuzi nie bez powodu nazywają orgazm “le petit mort”. To również mała śmierć. Ale z drugiej strony pozwala poczuć się najbardziej żywym - mruczał pod nosem, przesuwając palcami po jej kobiecości.
Spojrzał na nią z góry. Następnie wysunął palce i przesunął dłoń wyżej nad jej twarz. Naparł śliskimi palcami na jej usta, chcąc aby je objęła. Był zdecydowany.

Lśniąca skóra odbijała w sobie refleksy pierdzących pod sufitem jarzeniówek, wilgoć o drażniącym zapachu wbijała się w nozdrza, słowa Aliotha obijały wymordowaną czaszkę, ciałem kobiety wstrząsały drgawki, gdy wszystkie komórki i połączenia nerwowe oczekują jeszcze jednego gestu i ruchu, pozwalającego osiągnąć upragniony szczyt przed upadkiem w zimny dół. Każdy miał swoją śmierć, chodzącą za nim krok w krok, przez całe życie. Jeśli stan ów dało się tak nazwać. Ludzie nie żyli, większość z nich jedynie podtrzymywała swe ciało przy życiu. Nevaeh akurat miała gdzieś czy istniała, czy już umarła. Stan egzystencji bądź jej braku był jej idealnie obojętny, pogłebiał się z każdym mijającym dniem… wegetowała od chwili gdy Asif postanowił pozbyć się drugiej siostry i nieważne jak mocno Hermansen by się nie spiła, albo przyćpała lekami, wciąż niosła w sobie moment jej śmierci. Nagłą falę czystego przerażenia, żalu i bólu, które zgięły ją w pół i potworną próżnię, jaka po tym nastąpiła. Choć znajdowały się kilkaset mil od siebie, to właśnie ona pierwsza wiedziała, że stało się coś potwornego. Nikt jej nie wierzył, podpinając opowieści pod przepracowanie i stres, doklejając łatkę z czerwonym napisem “załamanie nerwowe”.
Tak było najprościej. Po pogrzebie zamieszkała w domu Zoe. Spędzała długie godziny przytulona do jej swetrów i pościeli, pod powiekami widząc wyłaniające się nagle zza zakrętu światła sportowego Forda i czując ból uderzenia, a potem razem ze swoją bliźniaczką umierała na zakrwawionym asfalcie, raz za razem. Wizja ostatecznego końca była mniej niemiła niż zostawienie o krok od orgazmu, otworzyła usta, zachłannie pochłaniając palce Rogatego, mokre od jej soków. Zlizywała lepką, kwaskowatą sól z widmowej skóry, mrucząc przy tym bez opamiętania - te już dawno pożegnało Hermansen, wychodząc z trzaskaniem drzwi.

Alioth spojrzał na nią z góry. Przesunął palcami po jej policzkach. Pogładził jej włosy. W jego oczach pozostał jedynie żal. Ciężko było stwierdzić, o czym myślał. Ale nagle zdawał się dużo starszy. Wokół jego oczu pojawiły się zmarszczki. Tak samo jak na czole.
- Nie zasługujesz na to wszystko - powiedział. - Ale to nie ma znaczenia.
Pocałował ją w usta. Krótko, powierzchownie.
- Dlatego, bo po prostu umrzesz. Jak oni wszyscy. Jak reszta świata. Jesteś tylko kolejną mrówką. I powinienem winić jedynie siebie, że spoglądam na ciebie… i czuję żal.
Alioth żachnął się i pokręcił głową.
- Jeżeli świat mnie nauczył czegokolwiek, to tego, że wart jest jedynie wymazania. Koniec. Ostateczny koniec. Tylko tego pragnę. Niczego więcej. Masz w sobie coś, przez co zaczynam marzyć, że może warto jest walczyć o ten świat. Ale to głupie. To naiwne. I tego nienawidzę.

Nachylił się nad nią. Przybliżył się.
- Sprawię, że wszystko przestanie istnieć. Wszystko. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. I nawet ty nie jesteś w stanie mnie od tego odwołać.
Pocałował ją.
I wtedy doszła. Poczuła strumień nieznanej energii, która zaczęła ją przenikać. Była potężna. Nie przypominała niczego, czego do tej pory próbowała. Dotknęła wyjątkowości. Czystej i niczym nieograniczonej. Prawdziwej. Ostatecznej.
 

Ostatnio edytowane przez Ombrose : 17-12-2020 o 17:28.
Ombrose jest offline  
Stary 22-12-2020, 17:48   #14
Banned
 
[media]http://www.youtube.com/watch?v=hRNIvczSABw[/media]

Dziennik doktora Y. Watanabe.
Nagranie 04/07/2012


(głośny dźwięk szkła stawianego na powierzchni. Ciche westchnięcie, dźwięk odkręcania korka. Szelest płynu nalewanego do szklanki)

Yoshimitsu Watanabe: Boję się. Pracując w moim zawodzie, na przestrzeni tak wielu lat, napotkałem naprawdę wiele strasznych rzeczy. Jeżeli ciągle jesteś bombardowany najróżniejszymi niepomyślnymi bodźcami, wnet twoja tolerancja na nie wzrasta. Przyzwyczajasz się. Czasami jednak… może zaatakować cię zbyt dużo i zbyt szybko. Wtedy pękasz. Boję się, że ja jestem w tym właśnie punkcie. Dbałem o zdrowie psychiczne moich podopiecznych. Jestem lekarzem psychiatrą. Napotykałem najróżniejszych ludzi z najróżniejszymi problemami. Mam wrażenie, że przeszedłem niewidzialną granicę i znalazłem się po drugiej stronie barykady. Już nie jestem lekarzem. A stałem się pacjentem… a przynajmniej materiałem na kogoś, kogo powinno zamknąć się w izolatce. Czuję, że sam potrzebuję pomocy psychiatrycznej. No cóż, szewc bez butów chodzi, czyż nie? Najwyraźniej psychiatra chodzi bez zdrowia psychicznego. Być może od początku było takie moje przeznaczenia. Być może od początku…

(szkło rozbija się twardą nawierzchnię. Głośny brzdęk odłamków rozprzestrzeniających się po podłodze)

Yoshimitsu Watanabe: Kurwa. Jestem zbyt pijany. Ale nie mogę przestać wlewać w siebie alkoholu. Wszystko, byleby tylko zamroczyć głowę. Przytłumić strach, zniweczyć trwogę. Czuję się jak bohater opowiadanie Lovecrafta. Śmiałem się z Chaayi, która wierzyła w duchy. Jak je nazywała? Hava Sibala… co? Starałem się być człowiekiem umysłu. Nie przesądnym durniem. Ale teraz mam wrażenie, że dojrzałem przebłysku innego świata. Tego, który znajduje się gdzieś na granicy percepcji. Bezustannie czai się gdzieś obok, a my robimy co możemy, aby go nie dostrzec. Próbujemy zanegować jego istnienie. Jakże głupi jesteśmy.

(śmiech)

Yoshimitsu Watanabe: Wiedziałem, że z tą dziewczyną jest coś nie tak. Wysoka, wychudzona, ładna… byłaby ładna, gdyby tylko zechciała o siebie zadbać. To było pierwsze, co dostrzegłem, zerkając na nią. Jej powierzchowność. Płytkie, czyż nie? Myślałem, że to kolejna wariatka. Jako psychiatra nie powinienem używać tego terminu, ale tak. Ładna, szalona dziewczyna, z epizodami depresyjnymi, z epizodami samookaleczeń… Archetyp stary jak świat. Przy tym morderczyni, a to już zdarza się rzadziej. Mimo to wciąż w spektrum prezentowanych przez nią zaburzeń. Gdybym tylko wiedział… Że będzie moim końcem… Skombinowałbym skąd inąd broń i wystrzeliłbym w jej skroń salwę ołowiu. Choć może to by tylko przyspieszyło me nieszczęście. Czasami nie można uciec od fatum.

(krzesło odsuwa się od stołu. Słychać ciężkie kroki. Zaczyna grać Chopin z kompaktu)

Yoshimitsu Watanabe: Ta muzyka kiedyś mnie uspokajała, ale teraz już nic nie jest w stanie pomóc na moje skołatane nerwy. Tak się wystraszyłem, kiedy ci ludzie pojawili się u mnie w domu. W środku nocy. Spałem, zbudzili mnie, wytargnęli… zaczęli przesłuchiwać… jak nie chciałem nic mówić, to zaczęli bić. Pytali o Abigail de Gillern. Wpierw nie wiedziałem, o kogo chodzi. Nie mogłem sobie przypomnieć tej pacjentki. 305-40/2. Jakże dawno widziałem te cyfry przed moimi oczami… Natomiast oni zachowywali się, jakby to była najważniejsza osoba we wszechświecie! Kazali mi przekazać wszelkie akta. Dzienniki. Cokolwiek, co pozwoliłoby im odnaleźć trop dziewczyny. Zniknęła już kilka lat temu. Tułała się od szpitala psychiatrycznego do kolejnego ośrodka, aż w wieku trzynastu lat zaczęła uciekać. Wyspecjalizowała się w tym, gdyż już od dłuższego czasu pozostaje poza radarem policji. Wpierw myślałem, że ci funkcjonariusze, którzy mnie napadli, również byli z policji.

(dźwięk siorbania, jakby ktoś próbował spić wódkę z podłogi)

Yoshimitsu Watanabe: Ale to zupełnie inna liga. Dałem im wszystko co miałem. Przekazałem wszystko, co mogłem. Straciłem do siebie szacunek jako do lekarza. Oczywiście, okoliczności były wyjątkowe. Ale dyskrecja stanowi filar mojej działalności jako psychiatry. Ale on upadł. I upadłem również ja. Czuję, że spadam. Od kilku godzin nieprzerwanie zagłębiam się w czarną dziurę… i obawiam się, że nigdy już nie wygrzebię się z niej. Graj dla mnie, Chopinie. Chcę słyszeć kolejne twoje nuty. Czemu jednak nie grasz pieśni żałobnej? Bo dni mojego życia są policzone. Dni? A może raczej godziny…? Minuty? Sekundy…?

(gorzki śmiech)

Yoshimitsu Watanabe: Następnie okleili mi głowę jakimś materiałem. Wpierw myślałem, że to folia, ale ona żyła. Pulsowała. Była śliska, miała charakterystyczny zapach. Trochę śmierdziała, ale… w taki przyjemny sposób, choć głupio mi to przyznać. Moje nozdrza zaciągały się zapachem. Mijały minuty. Zadali mi kilka kontrolnych pytań. Na wszystkie odpowiedziałem. Wtedy zdziwili się, bo już od dłuższego czasu nie mieli takiego opornego osobnika, jak ja. Chcieli mi wymazać pamięć w ten dziwny sposób. Nazywali się Mnemosyne. Ale ja się nie dałem. A nawet nie stawiałem oporu! Ach… cóż ja bym dał, żeby to wszystko zapomnieć… Żeby moje serce choć na moment przestało kołatać w klatce piersiowej… Nawet już wódka mi nie pomaga. Jakże nisko upadłem, że spijam ją z podłogi.

(ostry trzask otwierania drzwi)


Yoshimitsu Watanabe: To… to znowu wy. Spodziewałem się was.

(huk wystrzału)

Nieznany głos nr 1: Przykro mi. To bardzo rzadko kończy się w ten sposób. Miałeś zapomnieć, ale nie chciałeś. Wolałbym, aby tak to się nie zakończyło.

Nieznany głos nr 2: Chciałeś. Lubisz zabijać. Zwłaszcza kiedy ten doktorek walnął cię w jaja i uciekł ci, gdy zwijałeś się w bólu. Cóż za amatorszczyzna z twojej strony.

(śmiech)

Nieznany głos nr 1: Zaraz ja ci przypierdolę w jaja, to zmieni ci się poczucie humoru. Dobrze się stało. Doprowadził nas w to miejsce. Może tu znajdziemy więcej informacji na temat de Gillern. Na temat Abigail. Tylko…

Nieznany głos nr 2: Milcz. Tu jest… tu jest dyktafon.

Nieznany głos nr 1: O kurwa. Wyłącz to!

(głośne trzaski. Donośny huk. Potem cisza)

(ostateczna)


Na obrzeżach Milltown

Dzieci krzątały się wokół piaskownicy. Cóż za niewinny widok. To była zabawa w Dom. Cała piątka sprawnie się podzieliła. Mama, tata, córka, druga córka i syn. Nawet ze sobą współpracowali. Spędzali całkiem miło czas. Trochę się kłócili, ale w przerysowany, komediancki sposób. Lepili babki z piasku. Bawili się. W ten możliwie najbardziej niewinny sposób. Wszystko zanim dorosną. Zanim ich życie skomplikuje się aż tak bardzo. Zanim doznają bólu i cierpienia, na które nie zasługują. Ale które w nie uderzy i zmieni ich na zawsze.

- Powiedzieć wam straszną historię?! - rzucił Willy.
Willy w tej drużynie pełnił rolę taty. Miał namalowany pod nosem wąs. Milly specjalnie z tego powodu przyniosła z domu marker i podzieliła się nim z chłopcem.
- Jaką? Taką z dreszczykiem? - dopytywała się Sally.
- Może, nie wiem. Choć w sumie… jak najbardziej - rzekł Willy. - Kojarzycie starą wieżę ciśnień położoną pod miastem? Podobno grasuje tam czarownica.
- Czarownica? Prawdziwa czarownica? - zapytała Milly. - Taka z kurzajkami i starym kotem?
- No właśnie nie - odpowiedział Willy. - Raczej zupełnie młoda. Choć wysoka i chuda jak kościotrup. Nie ma kota, ale wrednego ogara. Prawdziwego cerbera.
- Cerbera? - zapytał Anthony, piegus rudzielec, który pełnił rolę syna. - A co to jest cerber?
- To taki duży, okropny pies - wyjaśniła Sally.
- Ale niektórzy mówią, że jej chowaniec to nie żaden piekielny ogar, ale taki mały piesek. Husky, czy coś w tym stylu. Ale nazywa się Charon.
- To jak w mitologii. Nie Cerber, tylko Charon - mruknęła Sally. - Coś jest na rzeczy.
Zapadła na moment cisza.
- To jakaś stara legenda? - zapytał Anthony.
Willy pokręcił głową.
- Opowiedział mi ją brat, który jest stróżem niedaleko tej wieży. Podobno widział tam tydzień temu taką dziewczynę. Ładną, ale bladą jak duch. Podobno nie żyje. I to złe moce ją wprowadzają w ruch.
- Czarownica! - krzyknęła Sally.
- Czarownica! - powtórzyła Milly.
- Czarownica? - mruknęła Jessie, która do tej pory milczała. Była nieśmiała.
- Czarownica - skinął głową Willy.

Zapadło milczenie.

- A wiecie, co powinno się robić z czarownicami? - zapytał.
- Co takiego?
Willy zerknął na drobny punkt ponad lasem, gdzie wystawał szczyt wieży ciśnień.
- Palić na stosie - szepnął. - Palić.

Stara wieża ciśnień

Stara wieża ciśnień płonęła.
Swąd unosił się w powietrzu. Stapiał się z czarnym dymem. Czarny niczym smoła wirował i rozprzestrzeniał się. Wraz z ciepłem. To zmieniało się w gorąco, a ono z kolei awansowało do żaru. A inferno znajdowało się tylko o jeden krok stąd.

I ten krok został właśnie przekroczony.


Abigail de Gillern znajdowała się w najwyższej komnacie na szycie wieży. Niczym księżniczka w bajce. Ale czy miał ją ktokolwiek uratować. Czy jakiś książę pędził w jej stronę z zapartym tchem?
Czy w prawdziwym życiu w ogóle istnieli książęta?
Jeśli tak… to czemu nie było ich na horyzoncie?
Czemu była sama? Po prostu sama?

Choć nie kompletnie sama. Towarzyszyła jej pożoga. Oraz ból i cierpienie. A także ogień. Tego było aż za dużo. Powietrze traciło wszelką wilgoć i nacierało na jej policzki. Suche i nieprzyjemne.
Charon zakwilił u jej boku. Bał się. Nie mógł znaleźć wyjścia z sytuacji. Żył jedynie dwa miesiące. Był tylko szczeniaczkiem. Nie zasługiwał na to. Nie powinien nigdy znaleźć się w podobnych okolicznościach. Trącił nosem Abby, swoją panią.
„Uratuj mnie”, zdawały się mówić jego ślepia. „Boję się. Ja… ja po prostu… ja… naprawdę… tylko… Boję się. Boję.”
Ufał jej.
Ufał, że wyciągnie go z tego piekła. Był pełen ufności. Chciał przeżyć swoje życie i na całą przyszłość spoglądał z optymizmem. Jak to pies. Jeszcze raz polizał Abby po ramieniu.
„Kocham cię”, powiedział. „Ale ciepło się zbliża. Boję się go. Tak… tak nie powinno być. Ale jesteś przy mnie. I tylko to się liczy. Kocham cię.”

Abigail otworzyła oczy.

Wtedy też ujrzała Szkarłatną Damę.


Przechadzała się po komnacie. Poruszała dłoniami i z jej palców tryskały iskry.

- Nie umrę - powiedziała.

Zapaliła się zasłona.

- Nigdzie nie odejdę - dodała.

Ogniem zajęła się szafa.

- Ale nie będę tutaj - dodała Szarłatna Dama.

Wszystkie ubrania zapłonęły. Ale wszystko wokół i tak płonęło, więc nie miało to żadnego szczególnego efektu.

- Nie pytajcie mnie o nic - powiedział duch. - I tak nie odpowiem.

Wpierw zdawało się, że już nic więcej nie powie. Ale znów otworzyła usta.

- Jestem Scarlett - powiedziała. - Scarlett. Szkarłatna. Jak ogień, w którym zginęła. Który ty podłożyłaś. Za który cię nienawidzę. Niegdyś byłam Amandą. To imię, które powinnaś znać. Ale czy kiedykolwiek ci na nim zależało? - spojrzała na Abigail. - Czy kiedykolwiek myślałaś o czymś prócz samej siebie? Czy kiedyś naprawdę byłyśmy przyjaciółkami? Mówiłaś, że jesteśmy takie same. Przeżyłyśmy podobne rzeczy. Zostałyśmy zranione w ten sam sposób. Byłyśmy razem. Byłyśmy ze sobą. Kochałam cię i myślałam, że ty też możesz pokochać mnie - powiedziała Scarlett. Powiedziała Amy. Powiedziała Amanda.

Pokręciła głową.
- I zaufałam ci. Byłaś taka ładna, słodka, miła i zraniona. Byłaś smutna, a ja chciałam cię naprawić. Chciałam ci pokazać, że warto jest żyć. Chciałam wzbogacić cię. Zreperować twoje poczucie własnej wartości. Żebyś pomyślała, że jesteś coś warta. Że jesteś księżniczką. Ja cię w ten sposób widziałam - powiedziała Scarlett. Powiedziała Amy. Powiedziała Amanda.

A ogień wokół palił się.

- Ale ty mnie za to tylko zraniłaś. Zabiłaś mnie. Spłonął pokój, spłonął oddział, spłonął psychiatryk. Zostałam tylko ja. Została Scarlett. Została Amy. Została Amanda. Ale przede wszystkim został żal. I teraz przyszedł czas pokuty. Przyszedł czas odkupienia swoich win. Jesteś złem, Abigail. Jesteś czarownicą. Nawet okoliczne dzieci tak cię nazywają. Ja cię kochałam. Może kochałam nawet bardziej, niż powinna kochać przyjaciółka. Kochałam cię z całego serca, z całego ciała. Jak na tym skończyłam? Zmieniłam się w popiół. W pył unoszony przez rozgrzane powietrze.

Zmora podeszła bliżej.

- Już nie będziesz się tu chować, już nie masz przed czym - powiedziała Scarlett. Powiedziała Amy. Powiedziała Amanda. - Pozostał już tylko ogień. Ale to dobrze. On cię oczyści. On nas oczyści. Będziemy razem. Tak jak chciałam być z tobą razem. Miałam nadzieję, że za życia. Ale usatysfakcjonuje mnie też po śmierci.

De Gillern poczuła nadciągający żar.
Charon tracił jej łokieć mokrym noskiem.
„Uratuj mnie”, mówiły jego duże, psie, ufne oczy. „Uratuj mnie, Abigail. Kocham cię, Abigail. Uratuj mnie”.

Ale Scarlett nadciągała.

„Jestem przy tobie, Abby”, przekazał Charon. „ Ale jeśli mamy umrzeć, to cieszę się, że umrę z tobą. Tylko z tobą chciałbym umrzeć. Bo tylko ty się dla mnie liczysz”.
Wtulił się w jej ramię. Drżał. Nie chciał napotkać śmierci. Ale ta była nieunikniona.
"Kocham cię", powtórzył.

- Koniec - szepnęła Scarlett. Szepnęła Amy. Szepnęła Amanda.
 

Ostatnio edytowane przez Ombrose : 22-12-2020 o 18:08.
Ombrose jest offline  
Stary 27-12-2020, 00:00   #15
 
Sorat's Avatar
 
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=RUV5-ZqQ4o0[/MEDIA]
W życiu jest mnóstwo chwil, które mogły się zdarzyć, ale nie wydarzyły się. Zdarzają się też chwile magiczne, które mijają niepostrzeżenie, po czym ręka przeznaczenia zmienia cały świat, z dnia na dzień pokazując coraz dobitniej własne szaleństwo. Abigail de Gillern znała tylko te ostatnie, żyjąc z fatum dyszącym na kark… odkąd sięgała pamięcią. Niektórych rzeczy nie da się ukryć ani zapomnieć. Same o sobie przypominają, wychodząc na wierzch, wynaturzone i ohydne. Powtarzane w niekończącej się pętli barwy czystego mroku, dzień za dniem wysysały z człowieka każde pokłady ciepła i nadziei. Kropla po kropli, drenowały duszę aż do kości, póki ostatnia jasna gwiazda błyszcząca na niebie nie zamrugała agonalnie gasnąc równie cicho, co nadchodząca nieubłaganie śmierć. Dla zwykłych ludzi śmierć była przerażająca - absolut nicości, definitywny koniec czekający każdego bez absolutnie żadnego wyjątku. Czasem jednak w materii kosmosu następował glitch, wypluwając coś, co nigdy nie powinno istnień w racjonalnym poukładanym świecie górującej nad antymaterią materii. Jednak każdy system dążył do wyłapywania pomyłek i ich eliminacji, nim nie narobią więcej szkód.

Spoglądając prosto w szalejące wokół płomienie skulona pod ścianą szarowłosa dziewczyna nie czuła żalu. Pragnęła zobaczyć, jak wszystko staje w płomieniach - i sama w nich zginąć. Wszak wiedźmy powinno się palić, nieprawdaż?
- Jesteś moją Amy? - spytała głosem cichszym od szeptu, podnosząc śmiertelnie zmęczone oczy na szkarłatną zjawę. Poczuła ból w klatce piersiowej, w miejscu, gdzie powinno być serce.
Było złamane.
Zostało roztrzaskane na tysiące kawałków, których już nigdy nie uda się złożyć w całość.
Wokół szalała pożoga, jej część przybrała bardziej ludzką formę kobiety utkanej z chaosu.
- Kochałam cię… wciąż kocham - przełknęła gorzką ślinę, a każdy oddech niósł ból i chłód, wżerający się w ciało jakby było rozlanym nań stężonym kwasem. - Odeszłaś, opuściłaś mnie… a szukałam. Szukałam wszędzie… po tej i po tamtej stronie - zrobiła chwilę przerwy, czując jak mróz ścina krew w jej żyłach. Cały czas towarzyszyło jej uczucie, że życie jedynie rani, rani dotkliwie. Marzyła więc by je zniszczyć, spalić razem z nią samą. Nienawidziła codziennej walki: o oddech, o przetrwanie, o zachowanie resztek świadomości charczących z gracją starego gruźlika. Obserwując płomienie za towarzyszkę miałaby jedynie spokój… wreszcie nadejdzie koniec. Zniknie, rozpłynie w nicości… dołączy do szeregu widm i cieni tańczących wśród ślepych żywych. Zniknie, świat wróci do normy i odetchnie z ulgą. Byłoby jej obojętne co się stanie, gdyby nie dwa czynniki. Jednym było małe, piszczące życie trzymane w ramionach i patrzące na nią szafirowymi ślepiami. Tak ciepłe, radosne - kompletna opozycja do zimnej, wypełnionej popiołem skorupy o humanoidalnym kształcie. Drugim istota z ognia i czerwieni. Abigail widziała ich setki, jeśli nie tysiące: emanacji przeszłości, echa niegdyś żyjących ludzi. Ich emocji tak intensywnych, że przybierały własne formy.
- Nigdy bym cię nie skrzywdziła Amy, nie ja - pokręciła niemrawo głową. - To ty prawda? O tobie mówił tamten doktorek o japońskim nazwisku. Scarlett… czemu nie chcesz dać mi spokoju?

Zapadła cisza, którą przerywały jedynie trzaski palonego drewna. Oraz kamienia. Wokół robiło się naprawdę gorąco, ale jeszcze bardziej problematyczna okazała się narastająca duszność. Dym i suche powietrze wypalały nozdrza. Abigail nigdy nie była szczególnie wytrzymałą dziewczyną, ale w takich warunkach żaden człowiek nie czułby się komfortowo. Na moment pociemniało jej w oczach, ale towarzystwo Scarlett nie można było zignorować. Duch znajdował się wciąż w tym samym miejscu.
- Jesteś pewna, że nie skrzywdziłabyś mnie? - zapytała zjawa. - Czy w ogóle znasz samą siebie? Co wiesz o sobie? Jesteś pewna tego, co sama zrobiłabyś lub też nie? Otóż w tym jednym miejscu masz rację. Kochałaś mnie. Ja też cię kochałam. I źle wyszłam na tym uczuciu. Nienawiść znajduje się tylko o jeden krok od miłości.
Scarlett podniosła dłoń w kierunku Abby.
- Ale ty naprawdę nie pamiętasz? - zaśmiała się. - Chwyć moją rękę. Pokażę ci przeszłość. Pokażę ci to, kim naprawdę jesteś.
Zastygła w oczekiwaniu.

Ciepło przebijało się przez wieczny chłód otaczający szarowłosą niczym druga skóra, a to już niepokoiło. Rzadko kiedy potrafiła je odczuć, co znaczyło, że temperatura wokoło przestawała nadawać się do życia. Dziewczyna westchnęła cicho, spogladając w dół na niebieskookiego pieska, wciśniętego w nią jakby miało to uratować któreś z nich.
- Jestem czymś, co nigdy nie powinno się urodzić - odpowiedziała, głaszcząc miękkie futro. Jej koniec byłby naprawą błędu kosmosu, ale Charon nie zasługiwał na wieczny sen gdy nie przeżył jeszcze pełni swojego psiego życia.
- Niczego nie jestem pewna… przecież wiesz - przymknęła oczy. Jej ciało i dusza nie należały do niej w pełni. Miała do dyspozycji tylko część życia i świadomości. Pozostała część… tego nie wiedziała, a teraz kobieta w czerwieni oferowała odpowiedź. Z gatunku takich, jakie nie mają prawa się spodobać.
- Niewiedza bywa błogosławieństwem - szepnęła, a głos tonął w kakofonii pożaru. Otworzyła oczy - I tak jestem przeklęta - dodała, łapiąc podaną dłoń.

- Ale chcę, abyś do tego cierpiała - powiedziała Scarlett. - Tak jak ja cierpiałam. Ogień przeżarł mnie na wylot. Wytopił z mojego ciała ostatnią kroplę tłuszczu. Zwęglił kości. Ze skóry uczynił pomarszczony pergamin… w tych miejscach, kiedy trochę się jej ostało. Przeżyte cierpienie nas zmienia. Już nigdy nie jesteśmy tacy sami. Ale to cierpienie, które nie udaje nam się przeżyć… - tu zaśmiała się potwornie. - To jest najgorsze. Wypacza nas w coś, co nie jest w stanie już nigdy odnaleźć spokoju. Już nigdy trafić na tę drugą stronę. Będę zawsze przy tobie, Abigail. Będę dbała o to, aby wszystko, co pokochasz, spłonęło w płomieniach. Zaczynając od tego małego pieska.
Zmora przykucnęła i spojrzała na Charona. Uśmiechnęła się, ale to nie był dobry uśmiech. Przez ten czas wciąż trzymała dłoń de Gillern. Lekko ją piekła. Paliła. Ale nie na tyle, żeby nie mogła jej puścić.

Wnet wszystko wokół rozmyło się.
Być może Abby zemdlała z powodu braku tlenu. Ten cały dym wszechogarniał, dusił płuca, wgniatał klatkę piersiową. Ale jednocześnie… zabierał gdzieś daleko. W miejsce, które znajdowało się na innym kontynencie. Boston w stanie Massachusetts. Ostatni punkt na mapie, który chciałaby ponownie obejrzeć…

Jej młodsza wersja znajdowała się w pokoju bez klamek. Abigail wniknęła w jej ciało. W swoje dawne ciało. Zmieniła się w biernego pasażera, obserwującego swoje niegdysiejsze akcje. Nie posiadała wspomnień z tego okresu, jednak wszystko zdawało się tak bardzo autentyczne… nie mogła wątpić w prawdziwość odbieranych bodźców.

Obudziła się. Przez dźwięk. Drzwi zostały otworzone i nieco światła pojawiło się w jej ciemnym pokoju. Nie miała tutaj okna, a w nocy światła były wyłączone, więc nawet rankiem spała w kompletnym mroku. Z tego powodu nie miała nawet pojęcia, kiedy kończyła się noc, a słońce pojawiało na horyzoncie.
- Abigail? - usłyszała głos pielęgniarki. - Jeszcze śpisz?
Pani Madelaine miała ponad sześćdziesiąt lat. Miała ładnie zaczesane włosy zgodnie z modą lat pięćdziesiątych. Była zawsze miła, choć posiadała szczególnie wysoki, piskliwy głos. Dość irytujący. Miała też tendencje to korzystanie ze śpiewnego tonu, który niekiedy wypadał protekcjonalnie, jak gdyby Abby była dzieckiem.

Wtedy jazgot piguły doprowadzał ją do szału, wyczuła jak ciało spięło się: szczęki zacisnęły, zęby zgrzytnęły, aż do momentu, gdy wszystko minęło i wróciła obojętność. Ją też pamiętała, długie godziny tępego wpatrywania w jeden punkt przed sobą gdy leki działały tłumiąc niechciane obrazy… albo kiedy następował atak. Wtedy godzinami wyła zwinięta w pozycji embrionalnej, a przed oczami przelewał się jej korowód obłędu. Szpitale miały to do siebie, że często ktoś w nich gasł. Zbyt wcześnie, zbyt tragicznie i w zbyt wielkiej złości oraz niezgodzie - to zawsze pozostawiało piętno, przywiązując duszę do miejsca agonii.
Próbowała tłumaczyć lekarzom, na początku, gdy jeszcze miała nadzieję, że naprawdę jej pomogą. Potem zniknęła, pozostawiając po sobie gorzki posmak i beznadzieję. Fatum dyszące w kark.
Sprężyny jęknęły, dziewczyna przekręciła głowę kotwicząc wzrok na kącie pokoju, gdzie snop wpuszczonego przez pielęgniarkę światła oświetlił nieruchomą sylwetkę.


Stała tam od zeszłej nocy, nieruchoma i milcząca. Tkwiła w jednym punkcie, rozsiewając wokół atmosferę rozpaczy i chłód jakiego nie potrafiłaby odegnać nawet gorąca kąpiel.
- Nie mogę spać - usłyszała słowa padające ze swoich ust, oczy wciąż świdrowały z wyrzutem niemą towarzyszkę niedoli.

Pani Madelaine w pierwszej chwili zastygła w bezruchu. Widziała na własne oczy naprawdę wiele różnych przypadków. Jednak tylko wokół Abigail unosiła się tak gęsta atmosfera… ciszy. Pierwotnego, absolutnego braku dźwięku. Przypominającego próżnię kosmiczną. Miejsce, gdzie żadna istota nie miała prawa żyć. Pielęgniarka nawet nieco bała się de Gillern, mimo że ta w żadnym wypadku nie należała do najbardziej agresywnych pacjentów. Sama aura beznadziei, mroku i ostatecznego rozkładu tak bardzo zatruwała powietrze, że musiała silić się do granic możliwości… aby w ogóle wejść do pokoju pacjentki. Za każdym razem stała przed drzwiami kilka dodatkowych sekund, próbując znaleźć w sobie energię do przekroczenia progu.
- Czy zmiana leków… była nietrafiona? Dostałaś już najmocniejszą dawkę, Abigail - westchnęła kobieta. - Jak się czujesz? Czy chcesz wrócić do poprzednich leków. Pan doktor jeszcze do ciebie przyjdzie, ale może już zawczasu mu powiem. To ewentualnie zrezygnujemy z porannej dawki… - zawiesiła głos.

Cisza pogłębiła się, dzwoniąc w uszach. Długie milczenie kiedy aby wypowiedzieć cokolwiek trzeba zebrać się mocno w sobie, co też pacjentka zrobiła. Chociaż najpierw przekręciła głowę żeby móc patrzeć na pielęgniarkę. Czuła jej niechęć i strach, chociaż kobieta pewnie nie wiedziała co ją tak odrzuca. Była ślepa… jakże Abigail z przeszłości i ta teraźniejsza jej zazdrościły.
- Chcę pentobarbital - poprosiła cicho, wbijając spojrzenie w oczy drugiej kobiety. Odetchnęła dwa razy i dokończyła - Pozwólcie mi wreszcie umrzeć.
 
Sorat jest offline  
Stary 27-12-2020, 00:01   #16
Banned
 
Kobieta pokręciła głową.
- Niestety nie dostaniesz barbituranów - pielęgniarka pokręciła głową. - Może damy ci benzodiazepiny. Te pierwsze podajemy głównie u pacjentów w stanach padaczkowych, których ty jeszcze nie masz. Ale moje biedactwo... nie powinnaś tak cierpieć. Zasługujesz na to, aby chociaż przespać noc. A powiesz mi może, co ci najbardziej dolega? Coś cię boli? Czemu nie możesz po prostu położyć się i zasnąć?
Tymczasem zdarzyło się coś, co do tej pory nie miało miejsce… De Gillern zauważyła kątem oka, jak do pokoju wszedł jeden z opiekunów. Trzymał materac. Drugi mu pomagał. Zaczęli ustawiać go w przeciwległym rogu sali. Pani Madelaine albo ich nie zauważała, albo celowo ignorowała.

- Benzodiazepiny nie pomagają - głos dziewczyny stał się lodowato zimny. Próbowali już, chyba ze wszystkim co mieli na podorędziu. Odkąd tu trafiła, odkąd pierwszy raz zamknięli ją w pokoju bez klamek lata temu. Nic nie pomagało, benzodiazepiny zaś szkodziły najbardziej. Nie wyciszały, albo raczej robiły to na tyle mocno, że nie potrafiła się bronić. Teraźniejsza Abigail czuła zmęczenie, ta na łóżku jeszcze miała resztki siły, by się irytować.
- Dajecie mi… współwięźnia? - spytała wreszcie, zgrzytając zębami do kompletu - Nie… nie chcę nikogo widzieć. Was też. Odejdźcie… ty też wreszcie idź - ostatnie warknęła do dziewczyny pod ścianą.

Kobieta westchnęła. Nagle na jej szyi pojawiła się drobna dziurka. A potem kolejna. Zaczęła z niej tryskać żywoczerwona, jasna krew. Pani Madelaine zdawała się jednak tego nie zauważać. No cóż, zginęła kilka lat wcześniej podczas podawania leków jednej pacjentce. Ta odebrała jej strzykawkę i zaczęła dźgać szyję tak długo, aż pielęgniarka padła na podłogę nieżywa i wykrwawiona.
- Czy nie przyda ci się towarzystwo drugiej osoby? - zapytała pielęgniarka. - Osobowość unikająca… coś takiego masz w papierach, czyż nie? Może warto byłoby sprawdzić, czy kolega lub koleżanka nieco nie złagodzi twoich objawów. A nuż się z kimś zaprzyjaźnisz - pani Madelaine próbowała być pozytywna. - Jeżeli będziesz miała przy sobie prawdziwego człowieka z krwi i kości, to może przestaną dręczyć cię te wredne duchy, o których wspominasz… - kobieta mruknęła z niedowierzaniem. Na pewno nie wierzyła w to, że Abigail była nawiedzana przez kogokolwiek.

Rzeczywiście, arcyciekawym było czemu Abigail nie mogła spać. Wzdychając ciężko przekręciła się twarzą do ściany, opierając czoło o zimną ścianę i narzuciła na głowę koc. Nie pomagało wiele, było dziecinne… ale chociaż odrobinę odcinało od tego co działo się dookoła.
- Nigdy nie przestaniecie - mruknęła gorzkim tonem, zaciskając powieki. Siedząca w niej starsza wersja mogła jedynie obserwować. Zawsze bardziej wolała stan katatonii, gdy nic już nie potrafiło jej ruszyć. Tutaj jeszcze coś czuła i to był błąd. Bardzo duży błąd.

Pani Madaleina pokręciła głową.
- Nigdy nie przestaniemy dbać o twoje dobro i cię leczyć - powiedziała. - Tu się zgadzam. Musisz pamiętać, Abigail, że nie jesteśmy twoimi wrogami. Czasami mam wrażenie, że celowo nie współpracujesz i chcesz robić nam na złość. Jak masz się poczuć lepiej, jeżeli tobie samej nie zależy na tym, aby wyzdrowieć? - westchnęła. - Moje biedactwo.
Następnie ruszyła w stronę wyjścia.
- Wszystko powiem doktorowi Hawthorne’owi - wymieniła nazwisko osiemdziesięcioletniego lekarza, który umarł rok temu. - Zobaczymy co powie. Barbituranów się zachciało… ha… Biedne dziecko - to powiedziała i wyszła.

Tymczasem opiekunowie skończyli układać łóżko.
- No już skończyliśmy - powiedział jeden z nich. Chyba uznał, że ostatnie słowa dziewczyny były do nich skierowane. - Nie guzdrzemy się, jeśli o to chodzi.

Sprężyny zatrzeszczały ponownie, gdy dziewczyna powoli przekręciła się na plecy i usiadła. Koc spłynął jej na kolana, odsłaniając lśniące gorączką szare oczy i ściągniętą, wychudzoną twarz kogoś, kto opuścił przynajmniej kilkadziesiąt porządnych posiłków. W ustach miała miedziany posmak, pod skórą drapały ją niewidzialne mrówki. Za plecami jednego z pielęgniarzy widziała szary opar, poruszający się leniwie wbrew prawom grawitacji. Skupiła na nim uwagę, sięgając poprzez dzielące ich puste metry pomieszczenia.
- Niebieska pościel… stolik z różami tuż obok wezgłowia - nabrała powietrza, węsząc chciwie, obraz przed oczami zmienił się. Ujrzała ciemny, niewielki pokoik z nieruchomym kształtem zatopionym w pościeli - Tachykardia… od tego się zaczęło. Mieliście nadzieję, że leki wszystko naprawią, ale to był dopiero początek… jedno badanie, potem kolejne i jeszcze następne… długie miesiące w łóżku, operacja, potem jeszcze jedna. Nie dało się tego naprawić - przeniosła wzrok z cienia na bliższego pielęgniarza. Jego też widziała, tam przy łóżku. Trochę młodszego, bledszego i bardziej zrozpaczonego niż teraz.
- Nie doczekała przeszczepu, trzymałeś ją za rękę gdy umierała… Deborah? Nie… - pokręciła głową - Diana… miała na imię Diana. Pozwól jej odejść, twój żal i tęsknota ją tu trzymają. Odpuść, to już nieważne, daj sobie żyć, a jej odejść. Śmierć jest tylko kolejnym etapem. Nie pakuj się do grobu razem z nią.

Na twarzy mężczyzny pojawił się szereg emocji. Na początku, kiedy zaczęła mówić, nie skojarzył niebieskiej pościeli i stolika z różami. Zerknął na swojego kolegę.
- I pomyśleć, że odrzuciłem propozycję pracy w rzeźni, bo myślałem, że tam będą cięższe akcje - westchnął.
Potem jednak Abigail dalej mówiła. Lekceważenie zmieniło się w osłupienie. A to następnie w żal. Tak wielki, że mężczyzna pewnie rozpłakałby się… Ale tutaj na straży stanęła inna, dużo lepsza emocja. Dająca siłę oraz niepozwalająca złamać się. Gniew.
- Cholerne wariatki! - krzyknął. - Powinno się je kneblować czy coś… żeby języka sobie nie odgryzły.
Jego towarzysz spojrzał na niego niepewnie.
- Ale ona… ona powiedziała o… Dia…
- Wiem dokładnie, co powiedziała. Byłem tu, kurwa - wciął mu się w wypowiedź opiekun. - Podsłuchała plotki i teraz udaje nawiedzone medium. Morderczyni. Paskudna morderczyni, która udaje szaloną, żeby tylko krzesła uniknąć. Elektrycznego.
Był wyprowadzony z równowagi do tego stopnia, że splunął na jej koc i wymaszerował prędko z pomieszczenia. Drugi opiekun oniemiały pozostał w jednym punkcie, patrząc to na drzwi, to na Abigail. Zdawało się, że nie miał kompletnie pojęcia, co powinien zrobić.

Obie dziewczyny przygwoździły go spojrzeniem do podłogi, choć ta starsza odczuwała żal, co ją cieszyło. Wciąż umiała coś… poczuć. Pamiętała też słowa wypowiedziane tamtej nocy.
- Odejdź - blada anemiczka na łóżku przerwała ciszę - Odwróć się i odejdź. Stąd. Rzuć tę robotę, nie powinno cię tu być. - westchnęła, wracając do leżenia twarzą do ściany. Naciągnęła na głowę opluty koc - Tak będzie najlepiej.

Mężczyzna pokręcił głową, choć tym gestem zdawał się raczej potwierdzać… że się z nią zgadza. Nic nie powiedział i zniknął. Zamknął za sobą drzwi. Te pozostały zablokowane jedynie na kilka minut. Abigail w tym czasie próbowała się położyć, choć nawet nie śmiała marzyć o tym, że uda jej się znowu zasnąć. Wnet jednak drzwi otworzyły się z głośnym hukiem, przekreślając nawet najmniejszą nadzieję na choć chwilę odpoczynku.
W przejściu pojawiła się młoda, bardzo ładna dziewczyna. Miała duże, niebieskie oczy oraz długie, brązowe włosy. Została wprowadzona do środka siłą i zdawało się, że nie chciała tutaj być jeszcze bardziej od de Gillern. O ile to było możliwe.
- Dajcie mi święty spokój! - dziewczyna krzyknęła.
Dwóch opiekunów przetrzymywało ją. Innych od tych, którzy przed chwilą ustawiali materac. Za nimi do pomieszczenia weszła pielęgniarka, oddziałowa, ordynator oraz jeden z lekarzy. Nagle zrobiło się bardzo tłoczno.
- Proszę zabierzcie jej te kolczyki - powiedział starszy mężczyzna ze stetoskopem przewieszonym wokół szyi. - Nie powinna mieć żadnych ostrych rzeczy przy sobie.
Nieznajoma wyszarpnęła jeden z uszu.
- DLACZEGO?! - krzyknęła. - BO ZROBIĘ COŚ TAKIEGO?!
Przeorała sobie nim przedramię. Czerwona krew zaczęła lecieć z płytkiej rany, która wyglądała jednak na bardzo bolesną. Opiekunowie od razu ją unieruchomili, przygważdżając do materaca.
- Trzeba to będzie opatrzyć - ordynator szepnął do pielęgniarki, która pokiwała głową i od razu pobiegła do zabiegowego.
- To jedyny sposób, żebym mogła oddychać! - dziewczyna krzyczała. - Duszę się każdego dnia. Napięcie nie daje mi… żyć. Czuję ogień w płucach za każdym razem, gdy chce nabrać powietrza. Płaczę. Martwię się. Umieram. Każdego dnia. Bez przerwy. To jedyny sposób, żebym mogła zapomnieć o tym dużo gorszym, wewnętrznym bólu. Nie czynię nikomu krzywdy tym, że się samookaleczam. To moje jedyne lekarstwo. A WY CHCECIE MI JE ZABRAĆ, JEBANE KURWY! - wrzasnęła.
Lekarze kręcili na to głowami, zdegustowani.
- Wstrzyknijcie jej od razu ampułkę Midanium - szepnął jeden z nich. - To jest problem.
 
Ombrose jest offline  
Stary 27-12-2020, 00:01   #17
 
Sorat's Avatar
 
Hałas rył pazurami mózg Abigail, zaciskanie oczu i przyciskanie pięści do uszu nic nie dawało. Z każdym następnym krzykiem rosła w niej złość. Po latach po prostu by to zignorowała, jako niewarte zachodu - czynnik na który w obecnej sytuacji nic się nie poradzi tylko trzeba go przeczekać. Młodsza Abigail nie miała tyle cierpliwości. Niewyspanie, rozdrażnienie i ciągle stojąca nieruchomo postać w kącie nadszarpywały strzępy nerwów.
Zrobiło się jej żal obcej dziewczyny, rozumiała ją. Kiedyś też sądziła, że jeśli zada sobie ból to choć część obłędu odejdzie. Popatrzyła na swoje przedramiona pokryte bliznami od czubków palców, aż do miejsc gdzie kończyły się rękawy podkoszulki - morze pamiątek po próbach zagłuszenia jednego cierpienia innym. Kolekcja porażek, gdy dopiero uczyła się prostej zasady: ból nie mógł odgonić szaleństwa, jedynie je pogłębiał.
Patrząc z boku na swoją młodszą wersję przez moment de Gillern odczuła niesmak. Jakże impulsywna była, głupia. Myślała, że może cokolwiek zmienić.
Obserwowała jak wychudzone ciało powstaje z łóżka, przytrzymując się ściany i jak z zaciśniętymi szczękami rzuca się na plecy najbliższego pielęgniarza trzymającego obcą dziewczynę. Z pozoru kościste i kruche palce wczepiły się z siłą równą psychozie w biały kitel ramion, nogi oplotły pas, ściskając ile jeszcze pozostawało pary w mięśniach, a usta…
Usta otworzyły się z głuchym warkotem, nim nie wbiły zębów w odsłoniętą szyję między uchem, a kołnierzem.

Mężczyzna zawył z bólu, kiedy de Gillern go ugryzła. Dziewczyna nie była przedstawicielką jakiegoś dzikiego, indiańskiego plemienia, którego członkowie piłowali swoje zęby. A i tak jej atak cholernie bolał. Mężczyzną wierzgnęło z powodu cierpienia. Puścił nieznajomą dziewczynę. Ta zdołała się wyszarpnąć. Skoczyła na materac i podniosła do góry dłoń z kolczykiem.
- Chwila! Jeszcze krok i się pochlastam! - krzyknęła. - RAZ DWA, WSZYSCY DO TYŁU. Jeśli nie wypuścisz nas stąd, doktorze Mengele, to będziesz mnie miał na sumieniu!
Tymczasem ordynator wyskoczył na zewnątrz w poszukiwaniu posiłków. Do środka zajrzała pani Madelaine.
- Chyba jednak trzeba było dać ci te barbiturany - westchnęła, kręcąc głową na Abigail.
Drugi opiekun nie wiedział, czy brać się za jedną pacjentkę, czy za drugą, więc utkwił wzrok w lekarzu. Ten również nie czuł się zbyt decyzyjną osobą. Chciałby, aby był tu ordynator… ale ten uciekł dosłownie tuż przed chwilą.
- Abigail! - głośno odezwała się oddziałowa. - Marsz na swoje łóżko, inaczej dostaniesz najbardziej bolesne zastrzyki najgrubszą igłą… do końca swojego pobytu! - krzyknęła. - Ja nie żartuję! - utkwiła w niej wzrok.

Równie dobrze mogła mówić do ściany. Raz rozbudzony szał nie chciał odpuścić, wypierał zastój i odrętwienie. Krew szybciej krążyła w żyłach, przez złudny moment dało się poczuć żywym. Paznokcie wbijały się coraz mocniej w obce ciało, język wyczuł ciepły posmak krwi ze zranionej szyi. Wzrok Abigail napotkał spojrzenie drugiej dziewczyny, coś w klatce piersiowej drgnęło. Chciała aby tamta odeszła. Opuściła ten przeklęty budynek, uciekła. Była wolna, nie zmieniła się w zamknięte w klatce zwierzę.

W tej chwili obie nawiązały kontakt wzrokowy. Rozumiały się. Tak po prostu. Były jak dwie ofiary, które znalazły się w gnieździe pełnym drapieżników. Próbowały z nimi walczyć, choć opór mógłby wydawać się bezcelowy. Jednak tkwiły w tym razem. I może Madelaine miała rację. Może Abigail naprawdę potrzebowała kontaktu z drugim człowiekiem. Ale w tej jednej chwili poczuła się… może nie dobrze… ale na pewno nieco lepiej. Czuła, że ktoś ją wreszcie rozumiał i ta sama osoba rozumiała ją. Pośród tego całego chaosu i piekła odnalazła przyjaciółkę.
Mężczyzna był od niej silniejszy, a przewaga de Gillern, która wynikała z efektu zaskoczenia, nie mogła być wieczna. Wreszcie zrzucił ją z siebie.
- Pieprzona wariatka! - wrzasnął.
- Język - przypomniała oddziałowa.
Tymczasem pielęgniarka nadciągnęła z wózkiem pełnym plastrów, nożyczek i gaz. Chciała opatrywać rany drugiej dziewczyny, ale bardzo szybko odkryła, że sytuacja zmieniła się tylko na gorsze.
- Na litość boską - szepnęła.
- JA NIE ŻARTUJĘ! - krzyknęła towarzyszka Abby. - ALBO OD RAZU STĄD WSZYSCY WYPIERDOLICIE… ALBO ZAJEBIĘ GO SOBIE W TĘTNICĘ!
Kolczyk zawisł nad szyją dziewczyny. Lekarz podniósł do góry dłonie, jak gdyby się poddawał, albo siłą woli próbował zatrzymać swoją pacjentkę. Ordynatora wciąż nie było.

- Wszyscy jesteście martwi… wszyscy już jesteśmy martwi - wstając z ziemi Abigail zaniosła się urywanym śmiechem. Dziewczyna pod ścianą przekrzywiła szyję, patrząc na nich spod zasłony czarnych, splątanych włosów.
- Wszyscy jesteśmy martwi - powtórzyła, klękając na zimnych płytkach i z głuchym stęknięciem wstała na nogi. Nie patrzyła na upiora towarzyszącego jej od wielu godzin, ani na obsługę szpitala. Patrzyła na obcą, chyba równolatkę. Uśmiechnęła się do niej krótko. Pierwszy raz od wielu lat wreszcie się uśmiechnęła. Widziała w jej dłoni ostry kawałek metalu, słyszała co krzyczy. Jeszcze miała siłę, chciała walczyć, czyli miała o co. Zamieszanie mogło jej tylko pomóc. De Gillern podniosła nadgarstek na wysokość ust.
Nie krzyczała, nie groziła że sobie coś zrobi. Najzwyczajniej w świecie otworzyła szczęki i wgryzła się w cienką skórą okrywającą żyły na przegubie. Sycząc zacisnęła zęby, poczuła ból. Jeszcze większy przyszedł, kiedy szarpnęła karkiem, rwąc żywe mięso na swoim ręku.

Abigail nie żartowała.
Zaatakowała swój nadgarstek tak, jakby była wygłodniałym rekinem, który zwietrzył w wodzie krwawiącą ofiarę. Całą swoją złość, agresję i niemoc przelała w ten jeden atak. Rozorała skórę, jakby była z papieru. Przecięła naczynia, a także nerwy. Już na zawsze miał jej po tym pozostać lekki niedowład. Krew zaczęła lać się strumieniami. De Gillern pociemniało przed oczami, bo mimo wszystko była wciąż człowiekiem i reagowała na ból po ludzku.
- O kurwa! - wrzasnęła pielęgniarka.
Straciła przytomność z powodu tych wszystkich emocji. Opadła ciężko na swój wózek. Stos bandaży, plastrów i innych przedmiotów wysypał się na ziemię. Sama stacja również wywróciła się z głośnym brzdękiem. Opadła na lekarza, który w rezultacie również przewrócił się. Zarył skronią o kant łóżka Agail. Zamroczyło go i jeśli nie stracił przytomności, to i tak nie miało to znaczenia. Był i tak wyjęty z akcji.
- Ucz mnie - szepnęła dziewczyna, zerkając na Abigail.

Ona za to opadła na kolana, a z każdym uderzeniem serca czuła narastający spokój. I zmęczenie, takie śmiertelne. Myśli razem z krwią odpływały z jej ciała, oddychając płytko uniosła wzrok na towarzyszkę niedoli. Śliczna dziewczyna, nie zasługiwała aby tu być. Nie zasługiwała na zamknięcie w jednym pokoju z czymś takim jak de Gillern choćby na 5 minut.
- Uciekaj - powiedziała, opuszczając ranną rękę aż ta oparła się o kolano. Biały materiał piżamy momentalnie zaczął wchłaniać czerwień, plama rosła w zastraszającym tempie. Zjawa pod ścianą zaczęła się kiwać, mrucząc coś pod nosem.
Starsza Abigail za to nie mogła przestać gapić się na Amandę. Gdyby tylko mogła zdarłaby gardło aby tamta uciekała, wyrwała się. Zostawiła ją i żyła. Niestety była jedynie gościem, mogącym biernie patrzeć.

Nieznajoma dziewczyna zeskoczyła ze swojego łóżka i ruszyła prosto do Abby.
- Nie zostawię cię tu samej - szepnęła. - Nie z tymi pojebami. Nie pozwolę im cię zniszczyć. Wesprzyj się na mnie. Dalej.
Krew Amandy skapywała prosto na de Gillern. Ona również wsiąkało w jej piżamę. Lała się po jej udach, aż wreszcie osocze obu dziewczyn mieszało się z sobą na podłodze. Kałuża zwiększała się stopniowo, tworząc sadzawkę. Kiedy Abigail zerknęła na nią, ujrzała swoje odbicie. A w tle wszystkie demony, które ją prześladowały. Cały chóralny zastęp piekieł, który spoglądał na nią z góry. Każda twarz zabarwiona szkarłatem.
- Abigail - szepnęła dziewczyna. - Zostań ze mną.
Nie miała prawa znać jej imienia.
Tymczasem oddziałowa krzyczała wniebogłosy. Drugi opiekun wybiegł. W tle na korytarzu słychać było głośne kroki. Zdawało się, że wsparcie nadciągało. Chciały walczyć z całym światem. Jednak nie mogły, przytłaczał.

Siwowłosa głowa uniosła się z trudem, tak samo jak oczy.
- Każdy ma swoją śmierć - wyszeptała drętwiejącymi ustami i westchnęła, opierając się ciężko o swojego strażnika - Idzie za nami… wszędzie… przez całe życie… krok w krok. N-nie… dzięk… dziękuję. Już się… nie boję - zamknęła oczy, obejmując ją - Nie… nie idź za mną… bądź… bądź… światłem.

Obca dziewczyna pokręciła głową.
- Zrobiłaś dla mnie więcej, niż ktokolwiek mógłby zrobić dla najbliższej osoby. A mnie nawet nie znasz - powiedziała, zerkając na jej rozorany nadgarstek. - Jesteś światłem, Abigail. Po prostu tak silnym, że aż sama się oślepiasz. Jeśli mamy umrzeć, to chcę, abyśmy umarły razem - dodała. - Ale najpierw będziemy żyć. Wyprowadzę nas stąd. Wstawaj…
Wtedy do środka wyskoczył ordynator. To był niski, łysy mężczyzna o dużej tuszy.
- Bierzcie je! - podskoczył w miejscu. Wydał rozkaz jak do dobermanów.
Dwóch opiekunów ruszyło w ich stronę. To byli ci, którzy umieścili materac w pomieszczeniu. Jeden z nich, ten od Diany uśmiechnął się paskudnie.
- Z przyjemnością - szepnął.
Zanim którakolwiek z dziewczyn zdążyła zareagować, poczuła zastrzyk. Igła drążyła prosto do mięśnia, uwalniając swoją substancję.
- Nie - cicho szepnęła piękna dziewczyna. - Jestem… Amanda… jestem - szepnęła jeszcze.
To było trochę komiczne, bo okoliczności zdawały się dramatyczne. Natomiast towarzyszka Abigail uznała, że w tej chwili najważniejsze to przedstawić się. Chciała, aby de Gillern znała jej imię. Aby je zapamiętała.

- A… Abigail - odpowiedziała, przebijając się głosem przez chór wyjący wewnątrz głowy. Rósł on w miarę tego jak serce biło coraz wolniej. Imię jednak usłyszała wyraźnie. Amanda… piękne. Ledwo padło wiedziała, że nigdy go nie zapomni.
 
Sorat jest offline  
Stary 27-12-2020, 00:02   #18
Banned
 
***

Abigail czuła się skrępowana.
Nie emocjonalnie. Tak dosłownie. Pasami. Miała na sobie kaftan, który szczelnie opinał jej ciało. Czuła ból wszystkich mięśni, jednak najgorzej pulsował jej nadgarstek lewej ręki. Zdawało się, że naprawdę zrobiła sobie krzywdę. Czy dostała leki przeciwbólowe? Raczej nie. Nie byłoby zbyt dziwne, gdyby lekarze uznali, że nie zasługiwała.

Szybko dostrzegła nowy nabytek w pokoju. Znajdował się w rogu pomieszczenia tuż pod ścianą. Nowa kamera, której wcześniej nie było. Najpewniej chcieli je monitorować. Nie było to standardem, jako że nawet pacjenci zazwyczaj mieli prawo do minimum prywatności. Zdawało się jednak, że zostało im ono odebrane.
Amanda leżała na drugim końcu sali. Również była przypięta kaftanem do łóżka. Wpierw zdawało się, że spała, ale poruszyła się, kiedy Abby otworzyła oczy.
- Hej - rzuciła. - Zdaje się, że nas teraz nie lubią - mruknęła.
Milczała przez chwilę poważna, po czym wybuchła śmiechem.
- Było warto, co nie? - rzuciła lekko.

Dwie Abigail wypuściły powoli powietrze, wędrując wzrokiem na sufit. Była tam paskudna plama, odprysk albo liszaj na tynku. W słabym świetle skaza się poruszała, wijąc jakby była splotami leniwego węża.
- Spisana na straty… inaczej by cię tu nie dali - mruknęła, mrugając do tynkowego gada, a on mrugnął do niej, wysuwając rozwidlony język by smakować powietrze.
- Nie ma co liczyć na ich inteligencję, to zwykłe szkiełko - pokręciłą głową na tyle, na ile pozwalały więzy - Nigdy nie spojrzą dalej, a wystarczyłaby kamera spektralna - zamknęła oczy i zachichotała - Wyglądali jakby wreszcie zobaczyli prawdziwe widma. Absolutnie było warto.

Amanda zagryzła wargę.
- Ale dziwisz im się? Że nie chcą takiej kamery spektralnej? - zapytała. - Chciałabyś widzieć te wszystkie rzeczy, gdybyś miała wybór?
Zamilkła przez moment. Zastanawiała się, czy coś jeszcze mówić, czy po prostu odpuścić.
- Od samego początku wiedziałam, że jesteś taka jak ja. Poinformował mnie o tym pewien… chłopiec - zawiesiła głos. - Myślę, że z twojej przeszłości. Chciał, żebym wzięła go na ręce i zaniosła do ciebie. Nie mogłabym nawet gdybym chciała, bo miałam je skrępowane. Wymiotował wodą i był cały blady. Zdawało się, że cię szukał. Wiele cieni cię szuka… dużo więcej niż mnie. Ale ja nie jestem o to zazdrosna.

Abigail zgrzytnęła zębami. Powinna być zła, ale nie umiała. Obecność ludzi działała jej na nerwy, do tej pory. Teraz było inaczej. Jakby druga dziewczyna niosła ten sam krzyż.
- Nazywają się ludźmi nauki, ciągle szukają odpowiedzi na wielkie pytania, ale tak naprawdę nie chcą ich znaleźć. Nie dziwię im się - popatrzyła na łóżko po drugiej stronie pokoju - Andrew… utonął w basenie rodzinnego domu, taka jest oficjalna wersja - skrzywiła się - Naprawdę ciotka chciała go nastraszyć, dać nauczkę bo był niegrzeczny… poszło źle. Nie powinno go tu być. Nas też - wróciła do obserwacji sufitu - Nigdy nie powinno nas tu być.

Amanda chciała pokiwać głową, ale nie wyszło jej. Była cała przypięta.
- Wszyscy mamy takie duchy w naszym życiu. Znaczy wszyscy tacy jak my. Przed tobą spotkałam takiego jednego chłopaka… - zawiesiła głos. - Mamy wokół siebie pełną szczególną aurę. A może chodzi o spojrzenie? Może nasze oczy są inaczej zbudowane i przez to więcej widzą? Nie wiem. W każdym razie… on był trochę starszy ode mnie. To jeszcze było w Europie, kiedy mieszkałam w Rosji. Moja matka jest z tamtego kraju. Wyprowadziła się do Stanów, gdzie znalazła męża Mormona… mojego ojca. Ale nie chcę rozmawiać o sobie, to nie ma znaczenia - mruknęła. - W każdym razie on nauczył mnie, jak blokować te duchy. Nie potrzebujesz żadnych leków, Abigail. Potrzebujesz technik obrony umysłu. Mi udało się to zrobić, no to wpakowali mnie za samookaleczenia. Bo tutaj muszę cię ostrzec. Być może przestaniesz widzieć duchy, ale nawet wtedy… nie opuszczą cię. Nie tak naprawdę. Będą w twojej pamięci i w twoich odruchach. Już nigdy nie będziemy normalne, nie tak naprawdę. Jednak nasze życie może stać się przynajmniej… znośne. A to dużo więcej, niż wszystko, o co kiedykolwiek marzyłam.

- Znośnie - de Gillern powtórzyła niczym echo. W swoim życiu dotarła do etapu, gdzie nadzieja leżała pogrzebana głęboko pod całą stertą zaprzepaszczonych szans. Zdechła pochowana pod stosem kamieni rzuconych przez los podczas ukamienowania.
- Opór jest bezcelowy - dodała od siebie, zamykając oczy - Im mocniej próbuję, tym… mniej ze mnie zostaje. Czasem znikam tak bardzo, że sama staję się widmem, a potem wracam w innym miejscu, po pewnym czasie. - zamilkła i milczała długo. Na tyle, że Amanda mogła odnieść realne wrażenie, że nie doczeka się ciągu dalszego, a wtedy nastąpił.
- Obudziłam się z rękoma we krwi i znów zniknęłam. Potem… byłam już tutaj, przed wejściem do tej umieralni. Zakuta w kajdanki, z policyjną obstawą. Zabiłam kogoś… chyba nie pierwszy raz. Jestem zmęczona, chcę aby lekarze wydali orzeczenie i przedłożyli ławie przysięgłych. Nie da się wiecznie żyć pomiędzy… skoro w tym świecie nie ma dla mnie miejsca, poszukam go po drugiej stronie. Nie idź za mną, zostań tutaj. Wyjdziesz stąd i zapomnisz. Tak będzie najlepiej.

Amanda uśmiechnęła się pod nosem. Potem zamilkła.
- Ja akurat nikogo nie zabiłam, ale to tylko dlatego, bo jestem mniej dręczona od ciebie - powiedziała. - Wiem jednak co masz na myśli… że im mocniej próbujesz, tym mniej z ciebie zostaje. Kiedyś jak byłam dzieckiem, czułam się naprawdę pełną osobą. Myślałam wtedy, że z każdym kolejnym rokiem będę jeszcze lepsza i wspanialsza. Że będę się rozwijać, że coś osiągnę. Ale stało się wręcz przeciwnie. Każdy kolejny rok coś mi odbierał, a to z kolei sprawiało, że ubożałam ja… jako ja. Teraz czuję się jedynie wersją demo tego, kim kiedyś byłam. Tęsknie za tym, co straciłam. Bo utraciłam te części mnie, które były najlepsze. Został już tylko szkielet, pusta skorupa. Zostało ze mnie bardzo mało i chciałabym, aby było w ogóle nic. Dlatego moje próby samobójcze. Zdaje się jednak, że nawet zabić się nie potrafię, bo jestem tutaj. Jak wiesz. Zresztą widziałam, co znajduje się po drugiej stronie i to wyhamowało nieco mój entuzjazm względem samobójstwa. Czuję się w potrzasku, w jebanej pułapce bez wyjścia. Bo nie widzę żadnego sposobu, w którym mogłabym po prostu przestać istnieć. Po prostu rozpłynąć się tak, jak gdyby nigdy mnie nie było. Może opór jest bezcelowy, ale tu nie chodzi o opór. Tu chodzi o to, żeby choć trochę mniej bolało - zawiesiła głos. - Czy chcesz widzieć te duchy? Chcesz cierpieć? Może jest ci wszystko jedno… ale jeśli pewnego dnia poczujesz się nieco silniejsza… to ja tu nadal będę. I może uda mi się nauczyć cię tego, co przekazał mi Kirill.
Amanda zamilkła.
- Chyba że podświadomie boisz się, że jak przestaniesz widzieć duchy, to utracisz tę jedną jedyną rzecz, która cię jakoś wyróżnia. Lub stanowi twoją jakąkolwiek wartość. Ja w ten sposób myślałam. Że bez tego zmysłu pozostanę już tylko zepsutą, złamaną dziewczynką bez przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Nie wiem - chciała wzruszyć ramionami, ale się nie dało. - Po prostu nie mogłam już dłużej znieść głosów - westchnęła. - Chciałam tylko ciszy. I dlatego zwróciłam się z prośbą o pomoc.

Z łóżka pod oknem dobiegł dziwny dźwięk, jak suchy, ochrypły kaszel. Nie było w nim ani miligrama wesołości, tylko pustka. Pustka której nie dało się opisać, a jedynie obserwowac następstwa.
- Bezsilność, pragnienie przeszłości - szarowłosa powiedziała, gdy przestała się śmiać - Zacząć wszystko od nowa i uniknąć błędów… jakich błędów? Jak uniknąć własnego istnienia? Klątwa jest wartością jedynie ujemną, żadnej w niej wyjątkowości - pokręciła głową na tyle, na ile pozwalały więzy - Skazani na pustkę… przeznaczenie… i wszystkie te bzdury, gdy najmniejszy ruch jest trudny, oczy wbijają się w ziemię. Obojętniejszesz na wszystko. Żyję, nie żyję… nie wiem. Chyba mi to zwisa - westchnęła cicho - Ile można próbować? Ja… lubię cię, nie ucz się na swoich błędach ale na moich. Powiem ci coś: tu ci nie pomogą. Zrozumiałam to po latach tournee między psychiatrykami. Jedyne co mogą zaoferować to wyciszenie i wtedy nie masz siły się bronić. Dają ci chemiczny sen, którego nie da się przerwać więc tkwisz w wieczności koszmarów nicujących duszę. - popatrzyła na towarzyszkę niedoli poważnie - Uciekaj stąd, zanim skończysz jako zakotwiczone w tamtym świecie warzywo. Ściemnij że ci lepiej i odejdź… nigdy nie wracaj. Żyj znośnym życiem, masz czas, swoją szansę jeszcze niewykorzystaną. Mnie nie odpuszczą - parsknęła zmęczona - Jeśli ty się poddasz masz moje słowo, że kiedyś cię odnajdę… i nie będę miła. Nie… nie chciałabym abyś - poruszyła niemo wargami, urywając w pół zdania. Odwróciła głowę do ściany, a starsza dusza patrząca na to przedstawienie trawiła gorycz i obserwowała jak poranione, ale wciąż całe serce próbuje odepchnąć nadzieję. Żałowała siebie z tamtych czasów. Lepiej żyło się, gdy serce pękło. Potem już żadna strata nie była straszna.

Amanda znów milczała przez moment.
- No tak łatwo uciec stąd nie będzie - powiedziała. - Też nie do końca będę mogła ściemnić, że mi lepiej. Bo nie będzie mi lepiej, jeśli będę musiała zostawić cię w takim stanie - dodała. - Wartość psychiatryków nie leży w lekarzach i ich lekach. Tylko we współwięźniach, których masz szansę napotkać na swojej drodze - wyjaśniła. - To od nich możesz oczekiwać pomocy. O takiej mówiłam. Jesteś bardzo zniszczona. Duchowe pasożyty niczym pijawki wsysają się w twoje ciało… już od wielu lat. Nikt ci nie każe być po tym wszystkim szczęśliwą osobą - mruknęła. - Ale w pewnym momencie każdemu nudzi się bycie ofiarą. Jeszcze będziesz chciała poczuć się lepiej… albo poczuć w ogóle cokolwiek. Wtedy będę na ciebie czekała.

Na korytarzu rozległ się odgłos kroków. Zdawało się, że znowu pracownicy psychiatryka pojawią się na kolejnym obchodzie. Amanda jęknęła przeciągle i zamknęła oczy. Odgłosy od tego rzecz jasna nie ucichły.
 
Ombrose jest offline  
Stary 27-12-2020, 00:03   #19
 
Sorat's Avatar
 
Odwiedziny żywych nie przyniosą ukojenia, wręcz przeciwnie - obie to wiedziały. Personel zapewne jeszcze przez długie tygodnie będzie się wyładowywał na niesfornych pacjentkach za ich ostatni zryw. Tak już było, nic nie dało się poradzić.
- Hej… Amy - de Gillern zagadała cicho, łypiąc kątem oka na współwięźniarkę. To, że przypieprzą się do niej miała gdzieś, nie pierwszy i nie ostatni raz dostanie wpierdol, albo ją podduszą. Nie dadzą leków przeciwbólowych, albo pomylą dawki przez co się zarzyga albo obszcza… ale podobne traktowanie Amandy wywoływało w niej sprzeciw. Pierwszą, żywą reakcję od dawna.
- Pomóż mi… - poprosiła, chociaż na cud nie liczyła - Naucz jak się chronić. Wtedy odzyskam siły i stąd uciekniemy. Jakoś… jakoś stąd wyjdziemy, ale teraz po prostu - zamknęła oczy - Bądź obojętna.

Amanda uśmiechnęła się do niej lekko. Choć się bała.
- Przy tobie nigdy nie potrafię być obojętna - powiedziała.

***

Miesiąc później Abigail i Amanda były już wolne. Oczywiście nie kompletnie. Usunięto więzy i kaftany. Mogły swobodnie poruszać się po swojej celi, choć pod bacznym okiem kamery. Chyba obserwowano je dzień i noc. A nuż ustalą między sobą samobójczy pakt? Zrobią sobie nawzajem krzywdę? Najpewniej tego się obawiano. Albo po prostu zboczeńcy lubili je bezustannie podglądać.
- Dasz radę - szepnęła Amanda. - Pamiętaj. Udawaj, że jest ci lepiej, żebyśmy mogły razem wyjść - dodała, po czym zamilkła.

Opiekun wyprowadził Abigail z celi. Prowadził w stronę gabinetu doktora Watanabe na kolejną rozmowę. Dopiero drugą, ale de Gillern wydawało się, że było ich już co najmniej tuzin.
- Jak się czujesz, Abigail? - zapytał mężczyzna w trakcie drogi.

Paskudnie biały korytarz ciągnął się w nieskończoność, z mijanych drzwi wiało chłodem. Lodowate przeciągi wpijały sie kłami w odsłonięte części ciała szarowłosej, wślizgując pod cienką szpitalną piżamę.
- Jest… lepiej. - odpowiedziała, ignorując małą dziewczynkę siedzącą pod jednymi z mijanych drzwi. Brzdąc miał może pięć lat i z uśmiechem radości wbijał sobie łyżkę prosto w krwawiący oczodół.
- Lepiej… - powtórzyła, skupiając uwagę na lekarzu. Dała Amandzie słowo, że spróbuje przekonać Azjatę o poprawie i obie opuszczą te przeklęte mury… z tą drobną różnicą, że Amy odejdzie przed siebie, a Abby pojedzie na krzesło elektryczne. Było o co się starać.
-... jestem głodna - dorzuciła. Każdy zdrowiejący zaczynał odczuwać głód. Ona czuła, że nie da rady niczego wcisnąć, jednak dobre wrażenie powinno być wiarygodne.

- O, to bardzo dobrze - odpowiedział mężczyzna. - Jeśli apetyt wraca, to człowiekowi od razu bardziej chce się żyć - dodał eksperckim tonem. - A jak ci jest z nową towarzyszką? Mam nadzieję, że nie marzniecie za bardzo. Wysiadł nam piec, a jest zima. Właśnie instalują nowy, ale pewnie chwilę czasu to potrwa - westchnął ciężko.
Po drodze znalazł się również mały Andy. Amanda nie kłamała, rzeczywiście zmierzał w jej stronę. Odnalazł ją wreszcie.
- Jest mi zimno, Abigail. Jestem mokry. Chłód. Wilgoć… - powtarzał. - Wysusz mnie. Daj mi ciepło. Ogrzej mnie. Proszę.
Nagle zgiął się w pół znów zaczął wymiotować krwią.
- Ale najważniejsze, że już ci lepiej - powtórzył opiekun do de Gillern.

Teraźniejsza Abby znała zasadę kluczową przetrwania: być obojętnym. Bez duszy i serca. Obojętnie się budzić i z taką samą wyuzdaną obojętnością zasypiać. Nosić ją w sercu, jednocześnie serca nie posiadając. Taka abstrakcja. Nikogo nie całować. Nikomu nie pozwalać się kochać. Tylko oddychać i trwać. Już nie szokować. Nie zastanawiać się czy jestem złą czy dobrą Abigail. Zobojętnić się maksymalnie. Niczym strzęp obłoku, który w końcu zniknie w atmosferze. Kogo to obchodzi?
Tamta Abby wciąż czuła żal i chciała coś zmienić. Minięcie chłopca przyszło jej z trudem. Jak niby miała go ogrzać samej przypominając sopel lodu?
- Zimno jej, mnie też zimno… tak zimno - mruknęła cicho - Przez ten brak pieca… pan pokaże rękę - popatrzyła mu w oczy - Nie zrobię niczego złego, obiecuję.

- W porządku - powiedział opiekun. - Jedna pacjentka też mnie o to kiedyś poprosiła. No i pokazałem jej rękę. Ona spojrzała na moje linie życia czy czegoś tam i wywróżyła mi miłość oraz ślub. I to się spełniło! - dodał. - Tak właściwie teraz to jestem podekscytowany. Jakbyś dostrzegła bogactwo, to nie będę narzekać - uśmiechnął się i podał rękę.

Dziewczyna wyciągnęła własne dłonie, wyglądajace jak blade, ptasie szpony o wystających stawach i obgryzionych krótko paznokciach. Wahała się moment, nim nie dotknęła ciepłej skóry na nadgarstku, aż wzdychając przy tym. To było miłe odczucie, z jej twarzy zeszła część napięcia.
- Zimno mi - powtórzyła trochę zawstydzona, zanim nie zamknęła dłoni mężczyzny między swoimi i jeśli dla niej konkakt wydawał się miły, to on miał wrażenie jakby nagle rękę zamknięto mu między dwoma bryłami drżącego lodu. Szarowłosa zamknęła oczy, biorąc głęboki wdech, a gdy je otworzyła, popatrzyła na opiekuna kompletnie inaczej i aż westchnęła. Ludzie miewali różne aury, najczęściej były ciemne i paskudne, ale człowiek przed nią wydawał się jaśnieć łagodnym, złotym światłem. Otaczała go delikatna poświata, mieniąca się cudownym, pastelowym blaskiem we wszystkich kolorach tęczy, przywodząca na myśl anielskie skrzydła.
- T… to nie możliwe - pokręciła głową, a jej oczy zrobiły się wielkie. W przypływie niedowierzania dotknęła jego twarzy aby się upewnić, czy aby na pewno jest prawdziwy.

Mężczyzna zaniepokoił się. Nie był ani przystojny, ani też brzydki. Raczej taki kompletnie zwyczajny. Prawie niewidzialny. Sama Abby musiała się zastanowić, czy go wcześniej widziała. Zdawało się, że tak. Być może ludzie naprawdę szczęśliwi nie promieniowali szczęściem. Nie czuli potrzeby informowania wszystkich dookoła, jak bardzo ich życie jest udane. Nie epatowali powodzeniem. Po prostu byli gdzieś pochowani… aż do czasu, kiedy zaczynano czytać z ich dłoni. Widząc wręcz nieziemską aurę szczęścia.
Najdziwniejsze było to, że nie doszło do wybuchu.
Osoba taka jak Abigail styknęła się z kimś takim jak Paul. O tym imieniu informowała plakietkę na T-shircie. To tak, jakby materia z antymaterią na siebie wpadły. I nic. Żadnej eksplozji. Nawet powiewu ciepłego powietrza.
- Coś się stało? Widzisz coś złego? - Paul przestraszył się. - Mam nadzieję, że jeśli tak, to tylko w związku ze mną. A nie moją rodziną - zagryzł wargę.

W szarych oczach dziewczyny stanęły łzy. Więc tak wyglądało dobro… coś wspaniałego i ciepłego. Tak innego od codzienności barwy czarnego lodu. Mogło się odnieść wrażenie, że przez sam dotyk de Gillern kradnie ożywcze światło, wpuszczając zamiast niego swój mrok, ale nie potrafiła przestać żerować. Jeszcze tylko chwilkę, jeszcze jeden mocniejszy uścisk palców.
- Jesteś taki piękny… - wyszeptała, wciąż kręcąc powoli karkiem. Patrzyła na niego jak zahipnotyzowana, miną wyrażając zachwyt i jednocześnie spijała ciepły blask żeby choć odrobinę ogrzać własne serce.
- Anielska dusza, dewaiczna natura - zabrała dłoń z jego twarzy, ale ręki nie puściła. Przez chwilę wyglądała na młodszą, wyspaną i najedzoną. Jakby sama obecność blasku zakryła część mankamentów - Widzę… tylko światło - dodała, przełykając ślinę - Dobre, jasne światło. Radość i skrzydła za twoimi plecami. Cokolwiek postanowisz, osiągniesz to. Będziesz szczęśliwym człowiekiem, przelejesz to na swoją rodzinę. Nigdy nie ulegniesz wypadkowi, nie zachorujesz ciężko. Będziesz żył długo, aż do samego końca który nastąpi gdzieś w domu pośrodku lasu z widokiem na jezioro. Dobry, spokojny koniec we śnie, obok tej którą kochasz. Bez cierpienia, bez strachu… za wiele, wiele lat - opuściła głowę, zabierając ręce i objęła się ramionami chcąc zatrzymać przez chwilę wrażenie oblania światłem.

Mężczyzna oniemiał. Nie spodziewał się takich miłych słów. Przez chwilę milczał.
- Jak miło z twojej strony! - powiedział. - Chyba naprawdę czujesz się lepiej. Cieszę się bardzo z tego powodu.
Teraz on chwycił jej dłoń i spojrzał na jej wewnętrzną powierzchnię.
- Widzę, że znajdziesz coś, co cię wypełni. Światłość większą od wszelkiej możliwej. Nie da ci jej religia, nie da ci jej żaden inny człowiek. Ale jeszcze wspanialszy blask odnajdziesz wewnątrz swojej własnej duszy. Odnajdziesz swój życiowy cel. Będzie piękny, wspaniały, wielki. Nie jest ci przeznaczone nudne, proste, łatwe życie, Abigail. Jest ci przeznaczona historia, o której warto pisać - powiedział.
Pogłaskał ją jeszcze po głowie, jakby była dzieckiem. Choć zdawało się, że miał może kilka lat więcej od niej. Potem poklepał ją po plecach.
- No, już, moja droga. Szkoda czasu na więcej tkliwości i czułości. Jeszcze moja Mary będzie zazdrosna - zażartował. - Idziemy do pana doktora, pewnie już się niecierpliwi.
Ruszyli dalej.
- Lubisz z nim rozmawiać? - zapytał wesoło.
Paul przypominał jej nieco golden retrievera. Pełnego entuzjazmu, nadziei i szczęścia… dobrego chłopca.

- Nie wiem… - de Gillern odpowiedziała szczerze, łapiąc opiekuna za rękę żeby jeszcze przez te parę chwil móc czuć alternatywę dla mrozu. Ciepło ożywiało, pozwalało sobie przypomnieć a tych pozytywnych aspektach. Jak domowe pierniki z lukrem, pieczone razem z mamą piętnaście lat temu na święta.
- Boję się ludzi. Boje się że ich skrzywdzę. Że oni skrzywdzą mnie… zabiorą kawałek, a nie ma mnie już wiele. - powiedziała i nagle w pełni to do niej dotarło. Tak po prostu i bez fajerwerków. Szli obok siebie, światło i mrok, a wszechświat wciąż istniał.
- Może pan dać Amandzie i mnie po dodatkowym kocu, proszę? - zmieniła nagle temat - Nocą jest nam naprawdę zimno bez tego pieca, do tego leki… obniżają temperaturę. Czuć - wzrokiem wskazała złączone dłonie.
 
Sorat jest offline  
Stary 27-12-2020, 00:03   #20
Banned
 
Paul pokiwał głową.
- Oczywiście, dam wam nawet po dwa. Leżą złożone w magazynie. Po co mają się tam marnować - uśmiechnął się lekko. - A co do ludzi… kto powiedział, że trzeba się wśród nich obracać? - zażartował. - Moja ciotka też nie za bardzo ich kocha. Ale ma za to trzy psy, które są bardzo wierne - rzekł. - Chodzi z nimi na spacery, czesze je, karmi, a one je bardzo kochają i zawsze cieszą się na jej widok. Posiada też dwa kocury i choć są mniej sympatyczne, to wciąż sprawiają jej dużo radości. Zapytałbym cię, czy wolisz psy czy koty… ale jesteśmy już na miejscu - uśmiechnął się. - No, to tu.
Stanęli pod drzwiami. Plakietka na nich informowała, że to rzeczywiście właściwe miejsce.

Abby zamrugała. Rzeczywiście dotarli, nie wiedziała nawet kiedy.
- Przyjdzie pan wieczorem z kocami? - poprosiła, z wyraźny ociaganiem puszczając jego rękę. Od razu zrobiło sie jej zimno, część barw straciłą intensywność, wracając do przytłumionego spektrum bliższego odcieniom szarości.
- Byłoby… ale i tak to bez sensu, zaraz pan zapomni - zapukała w drzwi.

- Nie jestem taki głupi, na jakiego wyglądam! - powiedział Paul. - Nie narzekam wcale na pamięć! Pójdę od razu po te koce. W sumie… zanim zapomnę - zaśmiał się i poczekał, aż Abigail weszła do środka. Wtedy dopiero ruszył swoją drogą.

Doktor Watanabe szybko schował butelkę Jim Beam Red Stag. A potem chwycił lekko drżącą ręką szklankę. Ją również chciał przemieścić do biurka, ale wymsknęła mu się i rozbiła. Mężczyzna krótko krzyknął, przestraszony.
- Na litość boską - pokręcił głową.
Zerknął na Abigail.
- Przez moje RZS mam takie niesprawne palce - powiedział. - Ciągle coś mi z nich wypada - rzekł. - Proszę, wejdź do środka. Masz ochotę na coś do picia?
Zamilkł na moment.
- W sensie… na wodę… bo tylko wodę… posiadam… rzecz jasna…
Andy pojawił się obok niego. Zerknął na twarz doktora.
- To jak ja - szepnął cichutko.

Spod drzwi doleciał go suchy, świszczący głos morderczyni.
- Boga tu nie ma - mruknęła, idąc w jego stronę z opuszczoną brodą i tylko oczy lśniły niezdrową gorączką w wymizerowanej twarzy. Patrząc spod byka przeszła te parę kroków, aż do rozbitej szklanki. Bez słowa pozbierała skorupy prawą dłonią, kładąc je ostrożnie na lewej z nie do końca sprawnymi palcami. Uważała aby się nie skaleczyć i nie patrzeć na Andy’ego. Miała wyglądać na zdrową, rozmawianie z martwym przyjacielem z dzieciństwa nie pomoże.
- Nie chcę bourbona doktorze - burknęła, wstając. Szklane odpryski odłożyła na bok szafki i wróciła na środek pokoju, zajmując miejsce po stronie biurka dla petentów.
- Wody też nie - dodała, siadając i od razu podkulając kolana pod brodę - Ale jak pan chce to śmiało - wzruszyła ramionami - Chyba że ma pan herbatę… gorącą. Zimno mi.

Mężczyzna wpierw miał zaprzeczyć, że wcale nie miał alkoholu. Zrezygnował jednak.
- Nie martw się, niedługo będzie gorąco - rzekł i nastawił wodę na herbatę. - Przepraszam cię za tę szklankę - dodał. - Zaraz ktoś przyjdzie i posprząta. Ale pokaż proszę kieszenie. Zabrałaś jakiś kawałek szkła? No pokaż no… - lekko zatoczył się.
Woda się gotowała, on natomiast podszedł do zlewu i obmył twarz. Spojrzał na swoje odbicie oraz wory pod oczami. Cała jego rodzina starzała się bardzo powoli dzięki wschodnim genom. On natomiast wyglądał na dużo starszą osobę. Jakby to miejsce wysysało z niego wszelką siłę życiową.

Szarowłosa głowa pokręciła się na boki.
- Nie czuję ciepła - mruknęła przy tym i zaraz dodała pustym głosem - Po co mi szkło? Nie jestem tu po to, aby zrobić panu krzywdę. Te mury mają wystarczająco wiele cieni, nie trzeba mu kolejnego - westchnęła, patrząc na odbicie lekarza i jego sylwetkę ogólnie. Ostatnio kiedy się widzieli chyba wyglądał lepiej.
- Co cię dręczy, doktorze? - spytała głosem podobnym do świstu wiatru w dziurach starych okiennic. - Nie możesz spać? Nie sen jest najgorszy, najgorsze jest przebudzenie.

- Najgorsze są paraliże senne - odpowiedział Watanabe. - Ale nie o moich problemach teraz mamy mówić - zalał jej torebkę wrzątkiem. - Również nie martwiłem się o moje zdrowie, a o twoje. Nie chciałbym, żebyś zrobiła sobie krzywdę.
Nacisnął jakiś przycisk na interkomie, po czym usiadł.
- Dobrze, Abigail. Powiedz mi. Co takiego chciałabyś zrobić po tym, jak stąd wyjdziesz. Chciałabyś coś lub kogoś zobaczyć? Coś cię ciekawi? - rzucił kilka pytań.
Wyjął z szuflady notatnik i długopis. Chwycił go w dłoń, choć ręka nieco się trzęsła.

Po drugiej stronie biurka pacjenta wlepiała w niego szare oczy z zaciekawieniem z jakim patrzy się na do połowy obgryzione kości potrąconego szopa gdzieś pośrodku autostrady.
Andy stanął Azjacie za plecami, widziała jak zagląda mu przez lewe ramię.
- Nie bój się, doktorze… to tylko zimno. - popukała się w lewy policzek i ramię - Czujesz je, prawda? Dreszcz wzdłuż kręgosłupa, spójrz na włoski na przedramionach. Stoją na sztorc… - westchnęła, wzrok jej sposępniał - Po co te pytania? Oboje wiemy gdzie pójdę po wyjściu stąd. - skrzywiła usta - Trafię do celi śmierci, gdzie do wyroku spać będę na zimnej podłodze w celi bez okien i mebli… a gdy wreszcie wyrok się uprawomocni, zostanę zabita zgodnie z procedurami tego stanu… lub sąsiedniego - wzruszyła ramionami - Kwestia czy sąd zdecyduje o ekstradycji i wykonaniu wyroku według tamtejszego prawa stanowego.

- A jeśli napiszę ci opinię, że wszystko robiłaś w pełni niepoczytalna? - zapytał Watanabe. - Ale teraz już nie jesteś chora? Gdybym wszystko tak ustawił, że będziesz mogła wyjść na świat zupełnie tak, jakby to wszystko się nie wydarzyło? Powiedzmy, że mam taką moc. Raz jeszcze zadam więc te pytania. Jak wtedy ułożyłabyś swoje życie?
Czknął pijacko i nakreślił kilka kresek w notatniku. Nawet z odległości Abby widziała, że rysował kwiatka.

Śmierdziało podstępem na milę, albo i pięć mil. Dziewczyna zmrużyła oczy czujnie. Lekarz wyglądał jakby coś go dręczyło, wspominał senne paraliże. Tylko że ona doskonale zdawała sobie sprawę czym mogły być i co wtedy widywał. Mógł stwierdzić, że jeśli się jej pozbędzie, problem zniknie z jego życia i wszystko wróci do normy.
- Z dala od ludzi - wyszeptała, patrząc na zmęczoną twarz z cieniami pod oczami i westchnęła cicho - Jak najdalej stąd… z Amy. Chciałabym pojechać z Amandą daleko na północ, aż na koło podbiegunowe. Tak daleko, jak tylko się da… tam, gdzie polarna noc, garstka mieszkańców kilku osad na krzyż i zapasy dowożone helikopterami cztery razy do roku. Chciałabym mieć dom w głuszy - obróciła głowę do okna - Pośród wiecznej zimy i polarnych świerków… i psa. Dużo psów, zaprzęg cały. Chciałabym żeby nikt… - zacięła się, opuszczając głowę - Teraz moja kolei, doktorze. Czemu miałbyś to zrobić?

Mężczyzna zamyślił się. Jeszcze przez moment rysował kwiatka. Następnie posłał jej bardzo głębokie spojrzenie. Niby był pijany, ale nagle poczuła się bardzo analizowana. To było zabawne, że ludzie tak bardzo ślepi jak on wciąż potrafili łypać inteligentnym wzrokiem. Wstał i przeszedł naprzód biurka. Oparł się o nie.
- Z dobroci serca - powiedział. - Chcąc okazać ci wdzięczność za to… jak ty okazałaś wdzięczność mi.

Abigail zrobiła zdziwioną minę i zamrugała.
- Nie rozumiem… jak to zrobiłam? - odwzajemniła badawcze spojrzenie i nagle uniosła brwi - Ktoś do pana mówił podczas tych paraliżów sennych? Widział pan… coś? Nie musi się pan bać… nic panu nie zrobią, zabiorą trochę sił, wysysają sporo ciepła, ale potem zostawią. - przełykając głośno ślinę uniosła rękę w jego stronę jakby go chciała prosić do tańca - Pokaż.

Mężczyzna zagryzł wargę.
- Ale jak z nimi walczyć? - zapytał i podał jej rękę.
 
Ombrose jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:21.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168