Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Postapokalipsa > Archiwum sesji z działu Postapokalipsa
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Postapokalipsa Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Postapo (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 02-02-2014, 01:37   #21
 
Lost's Avatar
 
Reputacja: 804 Lost jest godny podziwuLost jest godny podziwuLost jest godny podziwuLost jest godny podziwuLost jest godny podziwuLost jest godny podziwuLost jest godny podziwuLost jest godny podziwuLost jest godny podziwuLost jest godny podziwuLost jest godny podziwu

17.11.2056
07:51

Travis powoli szedł wypaloną ulicą. Co jakiś czas omijał popalone zwłoki spętane kajdanami i wciąż żarzące się wraki. Nagle jego ciało ugięło się pod potężnym atakiem kaszlu. Gryzący dym i słodkawy odór śmierci wdzierał się do płuc. Mutant naciągnął na twarz grubą chustę. Szedł dalej. Ruiny budynków wpatrywały się w niego ze smutkiem swoimi oczodołami dawno wybitych okien. Dziś rano, wzięli to co zostało z Nashville, podpalili i kolejny raz ugasili krwią.
Uklęknął nad dwoma martwymi ciałami spętanymi w bitewnym uścisku. Jego pobratymiec miał przestrzelone gardło, cały pokryty był krwią, w ręce trzymał długie złamane ostrze, które wbite było pomiędzy żebra jego wroga. Mutant trzymał je pociętą, zakrwawioną łapą. Człowiek ściskał w dłoni pistolet. Obaj wciąż patrzyli na siebie przerażonym wzrokiem.
Travis podniósł broń i zważył ją w dłoni, po czym wyładował i rzucił ją na stertę uzbrojenia, którą powoli formowali mutanci. Jego żołnierze, jeden po drugim podchodzili do rosnącego kopca broni i ekwipunku, na którym raz po raz lądował kolejne sztuki. Wysoki, cały pokryty łuszczącymi się płatami skóry mężczyzna zagadnął dowódcę.
Wycofali się na południe. Miny powinny ich dokończyć. – Travis przytaknął. – To ilu dostaliśmy? – Zapytał jeszcze tamten. Dowódca zdjął hełm, po czym zakrwawioną dłonią przeczesał irokeza. Wygląda na to, że jego rana na ramieniu znów się otworzyła.
Ze pięćdziesięciu, coś koło tego. Zajmie im długie tygodnie, zanim spróbują znów handlować z ludźmi. – Powiedział zachrypniętym głosem, po czym zawiesił wzrok na rozbitej czaszce jednego z leżących nieopodal łowców. Nie cieszył się ze zwycięstwa. Traktował je wręcz trochę, jak swoją osobistą porażkę. Jeszcze kilka miesięcy temu prowadził negocjację z Dentystą, mając zamiar od niego kupić cały transport niewolników, którzy mieli dla nich harować. Nie dogadali się jednak z ceną. Dentysta postanowił więc sprzedać transport do Nashville.
Jeden z przechodzących obok mutantów z całej siły kopnął ludzkie zwłoki. Można powiedzieć, że dzisiejszy poranek to tylko biznes.
Mężczyzna z chorobą skóry zasępił się.
Rozmawiałem z Mary Jane. – Travis spojrzał na niego znudzonym wzrokiem. – Straciliśmy jedenastu mutantów. – Dowódca tylko skinął głową.
Posegregujcie broń i amunicję, wrzućcie na wozy i wracamy. Ciała spalcie. – Powiedział ruszając wzdłuż ulicy. Nie oglądał się za siebie. Co jakiś czas jego wojskowe buty rozbijały kałuże krwi. Kilku wojowników z jego grupy przyłączyło się do niego w marszu przez opuszczone ulicę. W końcu doszedł do miejsca najbardziej oddalonego starcia, przewróconej na bok ciężarówki, dookoła której kręciło się kilku mutantów. Nieopodal niej w jeszcze dymiącym kraterze leżało kilkanaście ciał. Nieruchomo, stał nad nimi jeden z mutantów z odbezpieczonym kanistrem łatwopalnej cieczy. Travis klepnął go w ramię. Tamten spojrzał spomiędzy bandaży założonych na jego twarz i zaczął cicho.
No nie wiem... Czterech naszych tu leży.. tak pomiędzy tymi ludzkimi szczynami ich chować. Chyba nie powinniśmy... – Travis spojrzał w dół krateru. Z przestrzelonymi głowami leżał Jeckyll & Hyde, obok niego Rekin i jeszcze dwóch, których nie kojarzył. Uklęknął. Nie miało dla niego żadnego znaczenia jak pozbywają się trupów. Po prostu, gówno musiało być zrobione. Z pół roku temu ani oni, ani te psy z Nashville się tym nie przejmowali, aż wybuchła zaraza, która przetrzebiła obie strony. Teraz palą zwłoki, czasami tylko ostrzegawczo wieszają na słupach. Z zamyślenia wyrwał go mężczyzna zeskakujący z wraku ciężarówki. Szybkim krokiem podszedł do krateru i wyrwał kanister niezdecydowanemu mutantowi.
Nie pierdol, kurwa... – Wycedził przez zęby polewając zwłoki łatwopalną cieczą. Tamten tylko spojrzał na Travisa ze smutkiem.
Z drugiego piętra zawalonego budynku Clyde przyglądał się całej scenie. Kilku mutantów obsiadło ciężarówkę systematycznie rozkręcając ją na części. Któryś z nich właśnie taszczył CKM z prawie pudłem naboi.
Ej Ty! – Nim jeszcze echo krzyku rozniosło się po ruinach zagłuszył go strzał i odgłos ciała upadającego na ziemię.

***

Ezechiel leżał w gruzach przykryty kawałem brezentu, całego zesztywniałego od gromadzącego się latami pyłu. Obserwował powoli falującą pierś rannej kobiety. Ursula, bo tak chyba miała na imię, mimo iż wciąż nieprzytomna czasami co jakiś czas cicho pojękiwała z bólu. Mężczyzna delikatnie odsłonił jej prowizoryczny opatrunek. Skrzywił się patrząc na poszarpane mięso. Przy tej kobiecie, jego rana wyglądała jak zaledwie draśnięcie. Podniósł głowę lekko ponad ceglany murek, za którym się skrył. Nie widział żadnego ze swoich niedawno poznanych towarzyszy. Sam leżał w miejscu, w którym miał dobry widok na ścieżkę, która prowadziła przez gruzowisko.
Czekał.
Ciche rżenie konia pobudziło jego zmysły. Powoli podniósł rewolwer, celując w wylot ulicy, którą obserwował. Sylwetka ludzka przemykała pomiędzy gruzowiskiem. Wstrzymał oddech, kiedy muszka jego broni rozdziela głowę przybysza na pół.
Odetchnął z ulgą, kiedy rozpoznał w porannej szarówce powracającego niewolnika. Wnioskując po odgłosach inni też go dostrzegli powoli wychylając się ze swoich kryjówek. Pierwszy wyszedł Fray. Opierając swój karabin na barku rzucił w stronę nadchodzącego Kinga
I? – Murzyn był cały pokryty pyłem.
Gówno. – Szajbus spojrzał na niego roześmiany.
Czyli zupełnie tak, jak mówiłem, że będzie. - Clyde zakaszlał strzepując z siebie pył.
Mutanci byli już przy ciężarowce, jeden do mnie strzelił. – Ezechiel spojrzał na niego z powagą.
Widzieli Cię? Nie traćmy więc więcej czasu. Ruszajmy.


17.11.2056
13:23

Jeszcze jeden krok, a później jeszcze dwa. Ciężki oddech, na chwile przykucnąć, poprawić buta w złym rozmiarze. Potknąć się, przewrócić. Jeszcze jeden krok, za kilka minut zrobią przerwę. Łyk mleka, pot kapiący z czoła. Ledwo dostrzegalna ciepła para oddechu, rozpływająca się w zimnym poranku.


Już kilka godzin maszerowali przez przedmieścia. Po jakimś czasie kompletnie ustały odgłosy strzelaniny z południa. Gdzieś w oddali słyszeli jeszcze odgłosy silników, ale nic po za tym. Może jakiś krzyk, może ujadanie psa. Później ciszę.
Ruiny w tym miejscu wyglądały mniej mizernie niż wszędzie. Wśród zniszczonych domów i nadpalonych wraków ktoś wytyczył ścieżki zaznaczone czerwonymi szmatami, które smętnie powiewały na wietrze. Co jakiś czas potykali się o wyschnięte ludzkie truchło, rozwłóczone na asfalcie zwierzę, zakrwawioną kość. Mimo, iż człowiek próbował zagarnąć ruiny dla siebie, to Miasto żyło, żywiło się sobą i cały czas atakowało.
Clyde z udręką spojrzał na pustą butelkę po mleku. Pot lał się z niego strumieniami. Ciężki wór łusek ciążył nie mniej, niż bezwładne ciało Ursuli. Obejrzał się przez ramię. Starzec, który zgodził się nieść przez chwilę drugi koniec prowizorycznych noszy, mimo iż oddychał ciężko, to wyglądał o wiele lepiej od niego.
Musimy znaleźć jakąś wodę. – Wysapał medyk po dłuższej chwili ciszy. Maria, która była kilka metrów przed nim przysiadła na kopcu usypanym z gruzu.
Tu coś jest... Woda! Jak na zawołanie! – Powiedziała rozradowana wczołgując się pomiędzy dwie betonowe płyty. Za chwilę wychyliła się z wyrazem obrzydzenia na twarzy.
Straszliwie śmierdzi. – powiedziała do rozczarowanego Kinga. – Chyba zaległy się w niej jakieś roba... – Nagle Fray ostro jej przerwał.
Cisza! – Rzucił. Wszyscy zamarli podążając wzrokiem do miejsca, które skrzywioną lufą karabinu wskazywał nadzorca. W oddali, na kolejnej kupie gruzu klęczało dziecko. Było ubrane w brudną, za dużą na nie kurtkę. Z tej odległości póki tkwiło w bezruchu można by było pomylić je z kupą szmat. Było odwrócone do nich plecami i chyba jeszcze ich nie dostrzegło. A może zwyczajnie, nie przeszkadzała mu ich obecność. Przez chwilę nawet nie drgnęło, by za sekundę podnieść kawałek rozbitej cegły i uderzyć w coś znajdującego się przed nim. Fray wycelował w nie z karabinu. Szajbus również podniósł swoją strzelbę. Dzieciak wstał, odsłaniając leżące przed nim martwe ciało i siadł na nim okrakiem. Kolejny raz podniósł cegłę, tym razem pokrytą krwawą mazią i ponownie uderzył w głowę trupa. W końcu odrzucił na bok swoje narzędzie i zabrał się do uczty. Fray wystrzelił pierwszy. Pocisk uderzył w betonową płytę obok potworka i zrykoszetował trafiając malca w udo. Ten zapiszczał okropnie i rzucił się do ucieczki. Kilkadziesiąt metrów dalej, idąc za krwawą smugą znaleźli jego dogorywające ciało. Obrzydliwie wykrzywiona gęba pełna ostrych kiełków, brudna, pozbawiona nosa twarz z nienaturalnie szeroko otwartymi oczyma, chude długie palce zakończone szpikulcami, nagie, żylastę ciałko. Jacob spojrzał na bestię z obrzydzeniem.
Croat. – Powiedział, miażdżąc obcasem krtań mutanta.


17.11.2056
15:37

Zszywacz mocno przycisnął do piersi płaczącą dziewczynkę. Syknął z bólu gdy mała obejmując go dotknęła jego zabandażowanej rany.
Prze-przepraszam – wyjąkała, połykając łzy.
Hej, nic się nie stało.. – wydyszał. Zerknął na opatrunek. Krwawe wykwity nie wróżyły dobrze. Usunął już wcześniej kulę i prowizorycznie zaszył ranę. Mimo tego dalej krwawił. Dziewczynka wtuliła twarz w jego ramię.
Zostaniemy tu? – zapytała cicho. Zszywacz nie odpowiedział wpatrując się w odrapaną ścianę walącego się budynku, w którym się schronili. Po kilku minutach, wciąż ogłuszony środkami przeciwbólowymi, przymknął oczy. Oddalili się kilkanaście kilometrów od miejsca, w którym bandyci zaatakowali karawanę. Kilka godzin bolesnego marszu przez ruiny. Udało mu się zastrzelić trzech mutantów, którzy podążyli za nimi. Później jeszcze dopadł niewolnika chcącego wziąć na nim odwet. Rozbił mu głowę metalowym prętem i dobił nożem. Dziewczynka na szczęście tego nie widziała. Słyszała tylko. Wziął głęboki oddech i wysunął magazynek. Ostatnia kula. Z powrotem wsunął magazynek i wprowadził nabój do komory. Nie miał już więcej amunicji. Nie zdążył założyć kamizelki taktycznej, kiedy to wszystko się stało. Dał się załatwić, jak byle zielony. Spojrzał na klatkę piersiową dziecka, unoszącą się w nierównym oddechu. Przestała już łkać, siedząc w kucki obok niego. Trzęsła się za to z zimna. Lekarz zdjął swoją kurtkę i kazał jej ją ubrać. Przypatrywał się, jak dziewczynka zarzuca na siebie ubranie zakrywając sweter z namalowaną na nim jaskrawą „tarczą”. Spojrzał jej prosto w oczy. Uratował niewolnika. Mała usiadła obok niego.
Już cieplej – powiedziała. Zszywacz sztywno objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Uratował dziecko i nie może myśleć inaczej.
Czas mijał. Czekali.
Chcę mi się pić. – Przerwała ciszę dziewczynka. Zszywacz usiadł, przyciągając do siebie ciężki plecak i wyjmując z niego butelkę kawy, podał ją dziewczynce. Ta łapczywie upiła kilka dużych łyków, krztusząc się przy tym.
- Niedobre. - Powiedziała.
Pij powoli – Odparł mężczyzna. Dziewczynka ze zrozumieniem upiła jeszcze trochę mętnej cieczy.
Powinniśmy iść. – powiedziała oddając mu kawę. Zszywacz dopił końcówkę i odstawił butelkę. Stęknął z bólu, zbierając się na odpowiedź.
Pójdziemy... Pójdziemy wieczorem. – Zastanowił się chwilę. – Teraz jest za jasno. – Dziewczynka przyjrzała mu się dokładnie.
Będziemy wracać do wszystkich? – Zszywacz zamyślił się chwilę, przywołując wspomnienie odjeżdżającej karawany. – Nie. – Rzucił i zdjął z głowy hełm. Łzy znów popłynęły po twarzy małej.
Pójdziemy do miasta. – Powiedział po chwili ciszy. Dziecko spojrzało na niego zapłakanymi oczami.
Czy... – zbierało się sekundę na odwagę. – Czy tam mnie sprzedasz? – Zapytała zlęknionym głosem.
Nie – natychmiast odpowiedział, stanowczym tonem.


- Gdzie teraz? – Dobiegł ich żeński głos. Dziewczynka mocna szarpnęła Zszywacza za ramię. Ten ocknął się ze snu, rozglądając się zdezorientowany dookoła.
Co do... – Dziecko przystawiło palec do ust w geście ciszy i wskazało na wyrwę w ścianie wychodzącą na ulicę.
Jewteś pefna? – Padło pytanie. Zszywacza przebiegł dreszcz, kiedy rozpoznał odrobinę zniekształcony głos. Fray – Nadzorca szóstego komanda. Lekarz nakazał dziewczynce zostać w miejscu, a sam podczołgał się do okna. Na zewnątrz stało pięć osób. Na prowizorycznych noszach leżała jeszcze dwójka – kobieta i mężczyzna. Prowadzili za sobą czarnego wierzchowca. Większość z nich, oprócz kobiety i starucha należała do dawnego komanda szóstego. Rzucił okiem na ich ekwipunek. Karabiny, hełmy, kamizelki taktyczne, okrwawione ubrania. Poznawał je. Wszystko było zerwane z martwych ciał zwiadowczego. Stała przed nim grupa morderców, nie lepsza, ani trochę niż on sam. Medyk rozejrzał się po starym budynku, w którym znaleźli schronienie. Dawny dom mieszkalny straszył walącymi się ścianami i resztkami porozbijanych mebli. Prowadziła do niego tylko wyrwa w ścianie, która kiedyś była drzwiami. Okna zostały bardzo dawno temu zabite, teraz butwiejącymi deskami. Schody, jak i całe drugie drugie piętro, nie wytrzymały próby czasu zawalając się. Zszywacz oparł głowę o podgniłą tapetę. Będąc na morfinie po prostu wybrał na schronienie pierwszy budynek, który wydawał mu się w miarę bezpieczny. Teraz dopiero zauważył, że nie ma on drugiego wyjścia.
Sam wlazł do trumny.
- Ja pierdole... – dobiegł do niego zrezygnowany głos jednego z niewolników. – Idę się wyszczać. – dokończył tamten. Zszywacz wychylił się trochę, żeby zaraz przywrzeć do ściany. Jeden z nich trzymając w ręku strzelbę zbliżał się prosto do domu. Łowca, mimo gwałtownej wymiany zdań między resztą niewolników, słyszał zbliżające się kroki. Mężczyzna ze strzelbą zatrzymał się zaraz za ścianą, za którą stał Zszywacz. Lekarz powoli wyciągnął z kabury odbezpieczony pistolet. Słyszał, jak tamten rozpiął spodnie. Spojrzał na dziewczynkę. Ta schowana za rozbitym biurkiem mocno przyciskała obie dłonie do swoich ust. Medyk wstrzymał oddech. Powoli powiększająca kałuża moczu wlewała się już przez próg. Niewolnik prawie kończył, kiedy dziewczynka nerwowo drgnęła. Do Zszywacza dobiegł odgłos pospiesznie zapinanych spodni i odbezpieczonej strzelby. Medyk z przerażeniem obserwował jak lufa broni powoli wsuwa się do wnętrza budynku.
Mam Cię – wydyszał niewolnik wpatrując się w dziewczynkę z pożądaniem. Facet zrobił krok do środka, kiedy nadział się na pistolet Zszywacza.
Ani mi kurwa drgnij. – Ogorzała twarz niewolnika zamarła.

***

Jacob dyszał ciężko, mieląc przekleństwa pod nosem. Jęczący na noszach Ridley doprowadzał go do furii.
Gdzie teraz? – Zapytała Maria, która stała na rozstaju dróg razem z Frayem przyglądając się mapie i próbując ustalić kierunek. Tylko tego im teraz brakowało. Dziewczyna zerknęła na arkusz, przystawiła do niego kompas rannego Ridleya i podniosła rękę wskazując odgruzowaną ulicę. – Chyba tędy. – Odpowiedziała sama sobie.
Jewteś pefna? – zapytał nadzorca, pakując do ust pieczonego kartofla. Dziewczyna przytaknęła raczej bez zbytniego przekonania. Szajbus splunął i pokręcił głową z niedowierzaniem.
Ja pierdole.. – powiedział sam do siebie. Jego wzrok skrzyżował się ze wzrokiem Kinga. Lekarz wyglądał na wyczerpanego. Siedział na ziemi, ze zdjętym butem obserwując ranę stopy. – Idę się wyszczać. – Rzucił Szajbus, opuszczając trochę za mocno noszę z Ridleyem. Mężczyzna tylko jęknął cicho. Jacob nic sobie z tego nie robiąc, zabrał swoją strzelbę, którą do tej pory trzymał w nogach rannego i ruszył w stronę najbliższych zabudowań. Przeszedł kilka kroków, stanął przy wyrwie prowadzącej do jednego z budynków i rozpiął spodnie. Dochodziły do niego dźwięki coraz ostrzejszej wymiany zdań, ktoś nie był pewien kierunku, ktoś zastanawiał się, czy jest sens dalszego taszczenia rannych, a ktoś chciał się zatrzymać już i teraz. Szajbus znów pokręcił głową. Wolał o wiele łatwiejsze sytuację. Stado mutantów i on ze strzelbą. Skończył już prawie wysikiwać swoje inicjały na ścianie, gdy nagle zauważył jakiś ruch w środku budynku. W kupie śmieci leżał umorusany krwią dzieciak. Szybko naciągnął gacie i odbezpieczył strzelbę. Zerknął na pozostałych. Tym razem nie miał zamiaru dać się wyprzedzić Frayowi. Ten Croat był jego. Powoli, starając się nie robić żadnego hałasu wszedł do środka.
Mam Cię – wycedził przez zęby obserwując kulącego się w rogu mutka. Nagle poczuł lodowato zimny kształt na swoim karku.
Ani mi kurwa drgnij.

***

Zszywacz obserwował, jak niewolnik opuszcza strzelbę. Lufę pistoletu miał wycelowaną trochę poniżej hełmu, który kiedyś należał do One Two.
Młodych cipek się zachciało, co? – Wysapał w złości. Nie miał złudzeń, ani przez te wszystkie lata, ani też teraz. Był trupem, to pewne. Tym razem przegrał. Wiedział, że to kiedyś nadejdzie i był z tym pogodzony. Miał teraz tylko jeden nabój, był ciężko ranny, ledwo mógł utrzymać pistolet, tamtych było dużo więcej.
Co ty pierdolisz? – Cicho odezwał się niewolnik. Ku zdziwieniu Zszywacza, facet nie brzmiał na przerażonego. – Myślałem, że to Croats się tu czai. Nie wiedziałem, że ktoś tu jest. Zostawię was. – Dodał. Gówno prawda. Medyk przez kilkanaście miesięcy obserwował takich jak oni. Pół cywilizowane brudasy, które prędzej wielokrotnie zgwałcą i zabiją dziewczynkę niż ich puszczą. Nawet jeżeli zabiłby go i dałby dziecku czas na ucieczkę, to sama w tych ruinach, to i tak pewna śmierć. Dziewczynka nie mogła już liczyć na niego, a na pewno nie będzie mogła na nich.
Myśląc, o tym, co mogło tą malutką dobrego w życiu się spotkać, trochę ze znudzeniem obserwował, jak tamten powoli przesuwa lufę strzelby coraz bliżej jego ciała. Czasami mężczyzna musi wybierać dobrze z samych złych opcji. Zszywacz mocno ściągnął spust. Nawet nie znał jej imienia.

***

King słysząc pierwszy wystrzał poderwał się z ziemi mocując z kaburą Welroda. Wyszarpał w końcu pistolet i ruszył wraz z innymi biegiem w kierunku budynku, do którego wszedł Szajbus, kiedy kolejny wystrzał przeciął powietrze. Mimo trudów marszu i poranionej stopy wyprzedził wszystkich, wskakując przez wyrwę do środka. Momentalnie, jednak się zatrzymał i prawie przewrócił, wpadając na stojącego w środku Nemroda. Łowca Mutantów stał na środku pomieszczenia, wpatrując się leżącego na ziemi mężczyznę. Clyde zerknął w jego stronę. Mimo panującego tu półmroku od razu poznał zabitego: Zszywacz – sanitariusz łowców. Facet oberwał ze strzelby Jacoba prosto w klatkę piersiową. Musiał zginąć na miejscu.
Zastrzelił ją. – Powiedział Nemrod dziwnym tonem. W rogu pomieszczenia leżało bezwładne ciało dziecka z przestrzeloną głową.
Kilka minut później ruszyli dalej. Milczeli.


17.11.2056
17:58

- Mocniej! – Krzyknął Fray do Nemroda. Raz po raz napierali na stalowe drzwi próbując je wyważyć. Broniły one wejścia do dwupiętrowego budynku. Niewielki kwadratowy dom wyglądał jakby był przygotowany do oblężenia. Okna były pozastawiane metalowymi płytami i workami z piaskiem. Drzwi również zabezpieczone były porządnym zamkiem. Jednakże elewacja nie nosiła śladów po kulach, a okolica nie wyglądała, jakby przetoczyły się tu jakiekolwiek walki.
Ilu ich jest? – Zapytała przestraszonym głosem Maria. Leżący na wraku przewróconego autobusu Ezechiel odjął lornetkę od oczu.
Trzydziestu.. około. Będę tu za kilkanaście minut. – Clyde klęczał nad Ursulą sprawdzając jej tętno. Kobieta żyła, oddychała w miarę równo, ale była coraz bardziej rozpalona.
Może spróbujemy inny dom? – Zapytał nie podnosząc wzroku.
Nie, to miejsce jest dobre – rzucił Ezechiel. – Nie wyróżnia się, a jest, jak forteca. Mieliśmy szczęście, że na nie trafiliśmy – powiedział, by po chwili wrócić do obserwacji zbliżającej się karawany. – Mają z ośmiu ludzi pod bronią. Reszta to niesie jakieś pakunki. Część z nich to chyba ludzie... – Zapauzował. – Niewolnicy. – Maria nerwowo rozgrzebywała piach butem.
To na pewno mutanci? – Ezechiel potwierdził skinieniem głowy. W końcu drzwi ustąpiły pod naporem mężczyzn. Ze środka buchnął obłok czarnej sadzy i zapach stęchlizny. Na zewnątrz słońce powoli zachodziło już za horyzontem, więc w środku panował nieprzyjemny półmrok. Powoli, trzymając latarki i broń w pogotowiu weszli do środka. Przeszli przez zastawiony pustymi workami na piasek, metalowymi płytami i drutem kolczastym hol.
Cholera. – Wydusił Clyde zza szalika zasłaniającego mu usta. W następnym pomieszczeniu wśród rozbitych mebli i sprzętów leżały trzy ciała obwiązane mocno liną – dwóch mężczyzn i kobieta. King mógłby przysiąc, że wpatrują się prosto w niego. Zarówno ich oczy, jak i skóra miały niebieski odcień. Zmarli sprawiali wrażenie zmumifikowanych. Najwidoczniej stojące powietrze i niska temperatura powstrzymały ciała od rozkładu, pomyślał. Fray oświetlając sobie drogę latarką podwieszoną pod strzelbą zbliżył się do nich. Sprawdził linę. Wyglądała na solidnie zawiązaną. Przeniósł wzrok na trupy
Kurwa. – Wycedził. Pierwszemu z nich z piersi wystawało kilka strzał.
Jak jeż. – rzucił Nemrod z przekorą. Trup wciąż trzymał oswobodzoną ręką jedną z nich wbitą w jego pierś prawie po samą lotkę. Maria patrzyła na to zdenerwowana.
On.. On zrobił to sobie sam? – Fray mocnym ruchem wyrwał jedną ze strzał. Grot został w ofierze.
Na to wygląda. – Powiedział. Siedząca pomiędzy mężczyznami, martwa kobieta nie miała żadnych widocznych obrażeń. Mocno związana, w kurczowo zaciśniętej dłoni trzymała nadpalonego misia. Drugi mężczyzna wpatrywał się w nich jednym okiem, które wciąż tkwiło w jego przestrzelonej czaszce. W rękach trzymał przerobiony na strzelbę rewolwer. Dookoła niego walało się kilkadziesiąt łusek.
A ten do kogo tak walił? – Ezechiel oświetlił ścianę na przeciwko.
Do niego. – Pod podziurawioną ścianą leżały wielokrotnie rozstrzelane zwłoki mężczyzny. Obok na ziemi leżał pistolet maszynowy. Wszystko w pomieszczeniu pokryte było grubą warstwą czarnego pyłu wzbijającego się przy każdym kroku.
Maria miała przejść do następnego pomieszczenia, kiedy potknęła się i upadła na ziemię.
Kuźwa – wyszeptała otrzepując spodnie. – Randall przyświeć mi tu, proszę. – Powiedziała do nadzorcy. Ten niechętnie rzucił snop światła na przedmiot, o który wyrżnęła dziewczyna. – O mój boże... – wyszeptała.


Stali w milczeniu obserwując zakopanego w pyle niemowlaka. Dziewczyna patrzyła na nich przerażona.
Nie powinniśmy tu zostawać. – Wydusiła w końcu. Ezechiel odwrócony tyłem do pozostałych, obserwował karawanę mutantów wchodzących do budynku kilkaset metrów od nich.
Wydaje mi się, że nie mamy wyboru.
 
__________________
Spacer Polami Nienawiści Drogą ku nadziei.

Ostatnio edytowane przez Lost : 21-02-2014 o 12:39.
Lost jest offline  
Stary 10-02-2014, 14:45   #22
 
Szarlej's Avatar
 
Reputacja: 2996 Szarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputację
Wszyscy byli zajęci. Nie Randall siedział sobie spokojnie z boku wpatrując się w jeden punkt. Nie wyglądał jednak jak ofiara szoku czy zmęczenia. Bez problemu reagował na bodźce zewnętrzne. Odkąd się schronili odezwał się tylko parę słów do Marii, bo jego komunikacji z Ridleyem za rozmowę uznać nie można. W końcu wziął się za sprzęt. Zdjął płaszcz i zaczął na nim przeglądać broń. Z obecnych pukawek znał dobrze tylko jedną. Różnych konwersji M4 używał często ale nie wiedział jak poprzednia właścicielka o nią dbała. Pochłonięty tym nie zwrócił uwagi, że po za zasięgiem jego słuchu toczy się rozmowa. Następnie dopasowywał ochraniacze, przypalił końcówki sznurówek i wyregulował wszystkie troki i paski by podczas marszu było mu jak najwygodniej. Następnie zaczął, również na płaszczu wykładać ekwipunek by nie nieść niepotrzebnych gambli. Gdy podszedł do niego Ezechiel trzymał właśnie zdjęcie przedstawiające Rudego z rodziną. Gdy je odrzucał przez jego myśl nawet nie przeszło, że ten człowiek miał kogoś kogo kochał. Że teraz żona i dzieci jego brata mogą zginąć. Lub wylądować jako niewolnicy. Spokojnym wzrokiem przyjrzał się Teksańczykowi.
- Chciałbym dowiedzieć się więcej o Dentyście - rzucił prosto z mostu Ez - Maria mówi, że jesteś właściwią osobą do rozmowy na ten temat.
Randall chwilę mu się jeszcze przypatrywał poważnym wzrokiem. W końcu się odezwał.
- Nie jest mi bratem nie swatem. Ale to on mnie złapał więc faktycznie poznałem go najlepiej.
- Jaką funkcję pełniłeś?
- spytał - Kiedy się spotkaliśmy po raz pierwszy nie wyglądałeś jak reszta.
- I to ma coś wspólnego z Dentystą?

Na Twarzy Fraya wykwitł delikatny uśmieszek.
- Wszystko ma, chce dowiedzieć się o nim jak najwięcej. - Ez zachowywał ponurą minę. - Ma znaczenie jeśli ci zaufał. Chociaż częściowo.
- Zaczynam się zastanawiać kto jest tematem Twojego zainteresowania. Ale dobrze. Pełniłem funkcję nadzorcy nad “komandem”, czyli grupą niewolników do której w większości zaliczali się tu obecni.

- Wiesz w takim razie jaką taktykę stosuje? Jakie ma plany? - spytał. - Rozumiem, że nie dzielili się z tobą takimi informacjami, ale może coś zasłyszałeś.
- Pewnie uciekł do Nashvile. Co do taktyki wiem tyle co inni. Miał dwie siły. Pierwszy z nich to oddział zwiadowczy, obecnie wyrżnięty. Twarde skurwiele. W większości martwi. Drugi to siły główne czyli obstawa niewolników, rodzin łowców, zaopatrzenia i tłustego dupska Dentysty. Nie wiem ilu z nich przeżyło. Pięciu? Pięćdziesięciu? Taktyki ich nie znam, jakbym mógł wcześniej poobserwować jak się szykują…
- lekki uśmieszek zastąpił inny, ten szeroki i psychopatyczny. - Większość z nich to szumowiny, potrafiące strzelać ale nie znający się na taktyce czy dyscyplinie. Są jednak i prawdziwi twardziele. Jak Rudy. Uzbrojenie też różne ale dobre. Automaty, snajperki… Pewnie też coś cięższego. Ale sporo z tego poszło na mutki i zostało porzucone. Jeżeli chcesz ich zabić to mała grupa ludzi, dobrze poprowadzonych ma szansę ich rozwalić.
- A sam Dentysta ma jakąś obstawę, stałą ochronę?
- Ezechiel… Jest wielki ale to pizda. Tchórzliwa pizda. Nie rusza się sam jeżeli nie ma wyjścia lub nie czuje się bardzo bezpiecznie. W krzaki z nimi nie chodzą ale jeżeli liczysz, że dorwiesz gnojka gdzieś samemu… Będzie ciężko.

Ezechiel odwrócił się bokiem do Fraya i wbił wzrok w ścianę, najwyraźniej analizował słowa mężczyzny. Westchnął. - Będzie ciężko - powtórzył za rozmówcą - ale Dentysta musi zginąć.
- Jak każdy.
- Przydadzą się warty
- zmienił nagle temat - stanę na straży, reszta niech na razie odpocznie.
- Dwuosobowe. Stanę z Tobą.

Ezechiel skinął głową zgadzając się, polecił Marii trochę odpocząć i poprowadził Fraya nieco dalej. Na warcie mogli porozmawiać nie obawiając się, że ktoś ich podsłucha.
- Ta kobieta, Ursula - zaczął - spowalnia nas.
Randall jednym ze swoich zwyczajów chwilę się przypatrywał rozmówcy.
- Murzyn będzie oponował.
- Tak - potwierdził - dlatego wciąż z nami jest. Przyjdzie jednak czas, gdy będziemy musieli ją zostawić. - Spojrzał Frayowi w oczy. - Albo zabić.
- To się ją zabije. Albo zostawi. Podobnie Murzyna i Szajbusa jeżeli nas zaatakują większe siły
.
Większość ludzi mówi z większą ilością emocji “jak będziesz w Nowym Jorku to znam tanią garkuchnie z znośnym żarciem”.
- Tak sądziłem - powiedział nie patrząc już na swojego rozmówcę - Dlatego Dentysta przydzielił ci to zadanie - bardziej stwierdził niż oskarżał Fraya.
- Dlatego żyję. I Ty też. Pustkowia mają swoje prawa.
Ostatnie zdanie powiedział wolno, jakby z lekkim wysiłkiem.
- Nie każdy je zna i nie każdy się do nich stosuje - odparł - Na razie czekamy.
- A Ty staruszku ciągle je pamiętasz?
- Jakoś się tu dostałem, prawda? Sam
- odparł niewzruszony.
Fray wzruszył ramionami. Więcej nie rozmawiali. Obserwowali, robili obchody i dbali o bezpieczeństwo. Głównie własnych tyłków. Innych tylko przy okazji.
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]
Szarlej jest offline  
Stary 10-02-2014, 17:27   #23
 
Fabiano's Avatar
 
Reputacja: 365 Fabiano jest po prostu świetnyFabiano jest po prostu świetnyFabiano jest po prostu świetnyFabiano jest po prostu świetnyFabiano jest po prostu świetnyFabiano jest po prostu świetnyFabiano jest po prostu świetnyFabiano jest po prostu świetnyFabiano jest po prostu świetnyFabiano jest po prostu świetnyFabiano jest po prostu świetny
Do budynku go wnieśli. Przykryli jakimś kawałkiem płaszcza i pozostawili. Przez całą podróż Ridley albo był nieprzytomny, albo bezsilny. Nie odczuwał głodu ani pragnienia. Co jakiś czas Maria czy Clyde częstowali go bezsprzecznie obrzydliwym mlekiem. Organizm całkowicie skupił się na regeneracji. Skąd miał wziąć jednak siły? Jak miał sobie poradzić z zakażeniem, które z całą pewnością zadomowi się w ciele?

Nosze z Ridleyem zostały postawione w jednym z pomieszczeń. Nie był przypięty ani przywiązany zatem zszedł ostrożnie i przeklinając ból oraz całe Zasrane Stany, a jakże, rozejrzał się po dostępnych pomieszczeniach. Był blady. Ledwo potrafił ustać na nogach. Bynajmniej nie wyglądał na takiego co był w opałach po raz pierwszy, ale najwyraźniej w aż takich chyba jednak nie był. Podszedł do Clyda.

- Dzięki stary, - głoś miał cichy i świszczący. Dławił kaszel. Najwyraźniej wolał by nic nie mówić. Rozejrzał się za Nemrodem, - Tobie również wielkie dzięki. W sumie wszystkim chyba muszę podziękować. - Spojrzał również na Randala i Marię - Mam nadzieję, że będę miał okazję się wam odwdzięczyć.

Maria tylko skinęła głową w półuśmiechu. Nie był naturalny. Widocznie nie była w sosie. Randal równie – wzruszył jedynie ramionami. Dziwne, nie? Przecież tyle radosnych chwile ostatnio mieli.
Clyde natomiast widząc Marsa zerwał się z ziemi, gdzie na klęczkach przebierał w plecaku Zszywacza i podszedł do łowcy.

- W takim stanie nie wolno ci chodzić. - złapał Ridleya delikatnie pod ramię i niemal wymusił by ten zawrócił do łóżka - Połóż się, zaraz się Tobą zajmę.

Tak. Ridleyem trzeba było się zająć. Blady, z raną sącząca się delikatnie na prowizoryczny opatrunek, nie wyglądał dobrze. Nawet uśmiech, który złożył w podzięce wyglądał jak doszyty. Oczy zaropiałe. Idąc powłóczył nogami. Wrak człowieka. Też był w nie sosie bez dwóch zdań.

- Jak się czujesz? - King przysiadł na ziemi i zaczął grzebać w torbie lekarskiej najpewniej w poszukiwaniu czystych rękawiczek albo innego sprzętu, których będzie potrzebował do pracy.

- Źle, jakby mnie ktoś podziurawił. - mówił powoli. - Mamy przerąbane, co?

- Pewnie tak. – Odpowiedział Clyde - Ale jeszcze żyjemy, prawda?

Kolejne przedmioty opuszczały torbę i były układane w równym rządku na rozpostartej pałatce. Nie wiedząc czemu, przypominało to rzeźnika przed akcją. King podrapał się po głowie po czym wstał i podreptał po pomieszczeniu przyglądając się stalowym płytom stojącym w kącie.

- Przydadzą się co? - rzekł King jakby do siebie, po czym spróbował przytargać żelastwo by stworzyć choć namiastkę stołu operacyjnego. Nie dało się jednak ich ruszyć. - Powiedz mi… Ridley. – Zwrócił się ponownie do Marsa. - Mogę Ci mówić po imieniu?

- Jasne, jesteś po tej lepszej stronie skalpela.

- Generalnie masz przebite płuco odłamkiem szkła. Fray otworzył ci odmę, ale odłamek ciągle jest w ranie i daleko z nim nie zajedziesz. Muszę go usunąć. Będzie bolało, ale postaram się zminimalizować ból. Ok?

- Zminimalizuj obrażenia. Ból jakoś będę musiał wytrzymać. – Ridleyowni ciężko było płynnie mówić. - Odma? To jakaś choroba?

- Nie, odma to taka poduszka z powietrzem, która pojawia się, gdy narusza się struktura płuca. Nieważne. Teraz trochę Cię zbadam. Sprawdzę, czy szkło jeszcze czegoś ci tam nie pocięło. - King rozpiął koszulę na piersi Ridleya i za pomocą nożyczek rozciął fragment otaczający ranę.

- Powiedz kiedy zaboli, – polecił Clyde lekko macając okolice zranienia.

- Boli cały czas. Aaa, cholera. Teraz piekielnie, – wydyszał Ridley.

- Długo byłeś w niewoli? - Clyde próbował skupić uwagę pacjenta na czymś innym niż krwawiące płuco - Jak cie złapali?

-Wystawił mnie pewien magnat w Appalachach. Pierdolony władyka. Oni są normalnie nieobliczalni. Płacą jednak najlepiej.

- Co takiego tam robiłeś?

- Mówiąc krótko, robiłem za hycla. Jedynie nie do końca wiedziałem o tym, że oprócz stada śmierdzących psowatych, będzie na mnie czekał jeszcze ogromny mutek. Coś jak niedźwiedź. - Ridley mówił powoli co chwilę łapiąc powietrze. Na twarzy widać było goszczące, już chyba na dobre, uczucie bólu.

- Niedźwiedź, co? – Clyde zdawał się zamyślony - Dałeś radę niedźwiedziowi, a i tak cię złapali? Musiało być ich chyba tuzin.

- Z bronią wystarczy dwóch, zwłaszcza kiedy sam jesteś bez broni. A bestii nie rozwaliłem. Pomogła mi z śmierdzielami, to ją zostawiłem.

- A co robiłeś wcześniej? – Twarz Kinga przybrała przyjemniejszy wyraz. - Miałeś sporo szczęścia. Kilkanaście centymetrów obok i byłbyś trupem.

- Byłem. - Ridley próbował się zaśmiać. Kaszlnął. - Nie chodzi, żeby we wszystko pakować śrut czy inne badziewie. Jak bym dostał zgłoszenie, to bym pewnie ukatrupił mutka, ale zlecenie było na psowate.

- Długo już dostajesz “zlecenia”? - King odwrócił się po gaziki, szczypce i środek do dezynfekcji. Czyżby zdziwiony?

- Długo. Razem będzie kilkanaście parszywych lat. Z jednego bagna w inne. Długi czas zajmowałem się płotkami. Prawie dosłownie, bo łowiłem duże okazy ryb w kanałach Miami. I wcale nie było to łatwiejsze zadanie niż ostatnia zabawa w hycla. A ty co porabiałeś zanim zostałeś licencjonowany chirurgiem?

Clyde trochę się speszył.

- Studiowałem. Różne kierunki. Na Nowym Maryland. Nie wszędzie wojna wyrządziła tyle szkód. - King chwilę pomilczał - W każdym razie nie od razu.

- To tam cię nauczyli tak oszukiwać w karty? - Zapytał Ridley bez cienia złości w głosie.

- Oszukiwać? - spec prawie się zaśmiał - Nie… To w zasadzie nie jest oszustwo. W każdym razie nie większe niż to co wyprawiali inni. Poza tym nie sądzę, żeby ktoś mógł mnie na tym nakryć. - Clyde’owi niemal zaświeciły się oczy w ciemności, a lekki uśmieszek zagościł na jego ustach.

- Po prostu często udawało ci się mnie obgrać. - uśmiechnął się - I inni mówili, że dobrze grasz. Także podpuściłem cię. W zasadzie nie oszustwo… Nie myślałeś o Vegas?

- Vegas… chyba nie wyglądam ci na kogoś komu śpieszno w takie miejsce, co? Zdobyć trochę jedzenia i przysług w więzieniu to co innego, niż pakować się w interesy kolejnym niebezpiecznym typom. Zresztą dość atrakcji mamy na miejscu, prawda? Starczyłoby na całe Vegas. - Uciął temat . - Czym cię znieczulić? W sensie, wolisz odpłynąć, czy być przytomny?

- Zdecydowanie odpłynąć. Nie na długo tylko. Jeśli ma to być na długo, to może nie. Ale godzinkę snu chyba jestem w stanie przetrzymać. - Ironizował, co do tego nie było wątpliwości. Ale ulga w oczach była czytelna aż nadto. - Tam w torbie są jakieś prochy. - Wskazał Clydowi plecak OneTwo.

- Jakieś. Masz tam cały zestaw dla zawodowego ćpuna. Dobra, jest morfina, ale nie mamy jej zbyt wiele. Są też środki przeciwbólowe w kapsułkach. Kokainy chyba nie chcesz wciągać?

- Dawaj przeciwbólowe.

Chwilę później odpłynął. Nic nie śnił. Jakby z całych sił organizm bronił się przed Duchami Przeszłości. Miał czego się bać. Nie raz słyszał, że w snach się umiera. Wątpił by chodziło o coś innego jak po prostu zaćpanie się, ale któż tam wie?

Gdy się obudził. Przez dłuższą chwilę się nie ruszał. Bał się spowodować krwotok czy inne cholerstwo. Ból nie był tak silny jak wcześniej, jednak wcale to go nie cieszyło – no może trochę, bo zdawał sobie sprawę, że to działanie painkillerów. W środku nie musiało być tak dobrze jak na zewnątrz. Po kilkunastu minutach leżenia doszedł do wniosku, że musi się wreszcie odlać. Nie pił już dawno, ale to będzie druga sprawa jaką będzie musiał załatwić. Marzył też o pieczonym kruku, albo jakimś szczurze z rusztu. Miał nadzieję, że chłopaki nie próżnowali.

Nie mylił się. Właśnie trwały próby dostania się do piwnicy. Poszło sprawnie i to była chyba dzisiaj jedyna dobra nowina dla całej grupy. Dla Ridleya, wiadomo, druga. Płuco nie oberwało aż nadto. Jest szansa, że się wyliże. Dlatego tez przejrzał swoje graty. Jakże się uśmiechnął, że ma spirytus. Wiedział, że przez najbliższą chwilę nie będzie mógł myśleć o niczym innym. Wziął dwa nieznaczne łyki. Nie mógł się urżnąć, choćby nie wiadomo jak chciał. Zdawał sobie sprawę, że zwiększy to ewentualny krwotok, wiedział też, że pewna ręka może się mu jeszcze chwilę przydać. Mimo, że ma do dyspozycji w pełni tylko lewą. Ruch prawej sprawia ból w klatce.
Potrzebuje temblaku, ot co, pomyślał. Ze starej kurtki wojskowej, tej która ma wymalowany X. Wyciął kawał materiału na temblak. Nie miał zamiaru nosić tej kurtki. Przyjrzał się łukowi. Z kuszy strzelał kiedyś do ryb i ptaków. Z łuku nie może być dużo gorzej strzelać. Zamierzał kilka strzał wystrzelić do zanim się położy spać.

Drzwi poszły z kretesem. Pod podłogą znajdował się jakiś schron. Na dole było wiele ciał i jakieś beczki z czymś co Kingowi przypominało smołę. Nie było chętnych by tam zejść ponownie. Mars poszedł by bez wahania, ale schody były niezbyt przystosowane do przemieszczania się po nich. Zamierzał zatem i to zrobić zanim pójdzie spać.

Cały dzień można byłoby skwitować tym, że był do bani, gdyby nie deszcz i możliwość się w nim wykąpania. Dodatkowo deszczówka uzupełniła nadszarpnięty budżet. Życiodajna woda znacząco zwiększyła morale grupy. Może z jednym czy dwoma wyjątkami. Problemem był oczywiście obóz mutków kilkaset metrów dalej. Ale jakby teraz mniej znaczący. Trzecią rzecz, którą zamierzał zrobić przed snem, to na pewno ustalić warty z chłopakami. Maria wyglądała na załamaną, choć mniej niż godzinę czy dwie wcześniej.

Kawałek pieczonego drobiu, a mógłby zapomnieć, że miał dziś zły dzień.
 
__________________
gg: 3947533

Fabiano jest offline  
Stary 11-02-2014, 20:34   #24
 
Dziadek Zielarz's Avatar
 
Reputacja: 617 Dziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemu
Pierwszy dzień wolności. Trudno było w to uwierzyć, ale choć rano obudzili się w kajdanach teraz maszerowali jako wolni ludzie. Odziani w sprzęt zdarty ze swoich prześladowców, w pewnym sensie wkroczyli w buty oprawców. Oni jednak nie szli niszczyć i odbierać wolność, w każdym razie nie Clyde. Pewnie kiedyś przyjdzie chwila kiedy nie wystarczy robić to co słuszne, ale nie dziś. Dokąd zmierzali? Teraz pewnie do Nashville, choć kto to mógł wiedzieć gdzie zmierzali naprawdę. Zagracona wrakami ulica prowadziła w jedną stronę.

Po drodze odnaleźli Zszywacza. Ich spotkanie było krótkie i dramatyczne. Nemrod wlazł na chwilę do budynku, padły strzały, padły trupy. Śmierć sanitariusza przyjęli względnie spokojnie. Choć nikt się nie odzywał wszyscy w milczeniu przyjęli to jako część zemsty za doznane krzywdy. Ilu jeszcze łowców przyjdzie im zabić nim ucichnie rządza krwi? W oczach towarzyszy dostrzegał, że to dopiero początek vendetty. Zwłaszcza szare oczy Ezechiela błyskały złowrogo, kiedy tylko poruszano temat niewolniczej karawany. Z nielicznych rozmów podsłuchanych przez Kinga wynikało, że kowboj śledził bandę Dentysty od dobrych paru miesięcy i nie zanosiło się by prędko odpuścił. Zapewne na długo potem, kiedy ich wspólna podróż dobiegnie końca sędziwy rewolwerowiec będzie kontynuował pościg. Na szczęście decydowanie o życiu i śmierci znajdowało się poza zasięgiem Clyde’a. Spec znalazł dobre strony w całej sytuacji. Zszywacz miał przy sobie ciepłą kurtkę, znacznie lepiej chroniącą od chłodu niż dziurawa pałatka, hełm oznaczony czerwonym krzyżem, oraz parę solidnych butów. Denat był niemal tego samego wzrostu co Nauczyciel, a jego buty układały się wygodniej niż znoszone desanty One Two. Choć King kierował się w tym momencie bezwzględnym pragmatyzmem, zdzieranie ubrań z jeszcze ciepłego trupa bezwolnie budziło niesmak. Porzucony obok plecak sanitariusza skrywał pokaźny zapas leków i sprzętu medycznego. Znalezisko mogło okazać się bezcenne, zwłaszcza dla rannych towarzyszy.

Gdy dzień chylił się ku wieczorowi, dotarli do ufortyfikowanego budynku. Po wielu godzinach marszu wszyscy byli wyczerpani, dlatego z uśmiechem przyjęli możliwość odpoczynku. Odkryte wewnątrz ciała nie nastrajały pozytywnie, ale nie mieli wyboru. Bliskość obozu mutantów i nadciągający zmierzch nie pozostawiały dużego pola manewru. Szybko przejrzeli porzucone w pomieszczeniu przedmioty i każdy udał się w swoim kierunku. Spec szukał jakiegoś stosunkowo czystego miejsca, by urządzić sobie tam noclegownię, oraz ułożyć w pobliżu rannych. Ostatecznie trafił do składziku na drugim piętrze. Brudu było tutaj jakby mniej, a przez szpary w oknach wpadało odrobinę powietrza. Musiało wystarczyć.

W składziku umieszczono nosze z Ridleyem. Ursula Trafiła do sąsiedniego pomieszczenia. Z kobietą nie było najlepiej, trawiła ją gorączka, ale nie mógł jej zbytnio pomóc. Rana babrała się i puchła, a bez specjalistycznego sprzętu, nie był w stanie jej porządnie leczyć. Na razie zostawił ranę tak jak jest. Łowca wyglądał na mocno osłabionego, ale mimo znacznego upływu krwi i odłamka szkła próbował wstawać i się przemieszczać. Niemrawe próby zostały zakończone przez Speca. Szykując sprzęt do operacji ucięli sobie krótką pogawędkę. Mars okazał się być całkiem sympatycznym człowiekiem. Nieco zgorzkniałym i szorstkim, ale jednak w jego życiu było coś więcej niż niezdrowe zamiłowanie do butelki. Może jeszcze będzie okazja by podpytać go o coś więcej. Wkrótce łowca z Miami odpłynął pod wpływem środków przeciwbólowych, a King zabrał się do pracy. Operacja przebiegła szybko i sprawnie. Rana okazała się być płytsza niż wyglądało to z zewnątrz i zaszycie jej nie stanowiło większego problemu. Blizna zostanie na resztę życia, ale za jakiś czas mężczyzna powinien odzyskać sprawność. Gdyby szkło wbiło się trochę głębiej, albo nieco dalej pewnie nie żyłby od kilku godzin. Może to on powinien spróbować szczęścia w Vegas?

Potem zjawił się kowboj. Nie siląc się na uprzejmości podkasał koszulę i zapytał, czy coś da się z tym zrobić. Miał na myśli ranę postrzałową. Dość płytką, ale nieopatrzona mogła przerodzić się w coś gorszego. King polecił mu usiąść i wziął się do pracy. Kula przeszła na wylot, więc tylko przemył, zszył zabandażował i po kłopocie. Ezechiel siedział przez chwilę zapinając ubranie, po czym sięgnął do swojej torby i bez słowa wręczył Clyde’owi książkę Ernesta Hemingway’a „Stary Człowiek i Morze”. Mężczyzna wstał, skinął kapeluszem i oddalił się. Cóż, najwyraźniej był to dla niego szczyt okazywania wdzięczności, ale z drugiej strony kowboj pochodził z Teksasu, więc jego szorstkie zachowanie specjalnie nie dziwiło.


Za oknem zaczął padać deszcz. Początkowo ledwo słyszalny przez grube mury, jednak wkrótce odgłos kropli bębniących o elewację roznosił się głuchym echem po budynku. W wyschniętych na wiór ruinach woda z nieba była rzadkim błogosławieństwem. Spec polecił wszystkim wystawić puste naczynia na dwór by zebrać deszczówkę nim zmieni się w błotnistą breję. Może tak zbierana woda nie była najczystsza, ale lepsza taka, niż żadna. Deszcz oznaczał też dobrą okazję do kąpieli, toteż Clyde wystawił nagi grzbiet pod zimne krople i energicznie nacierał się pozbywając warstw krwi i brudu. Chłód szczypał w skórę, a zimny beton wpijał się w stopy, jednak cudowne uczucie czystości nie pozwalało długo roztrząsać niewygody.

Następnie ubrał się i wziął się za przepakowanie sprzętu. Byle jak upchnięte graty zostały wyłożone na podłogę i starannie posortowane, wielkościami i przeznaczeniem. Mniej ważne na spód, te które mogły się przydać częściej – na wierzch. Znaleźną Berettę rozłożył na części, starannie oczyścił mechanizmy, po czym z powrotem poskładał. Broń znalazła się na pasie taktycznym, razem z amunicją załadowaną do magazynków i innym sprzętem. Wszystko zostało zapakowane tak, by nie przeszkadzało w dalszej podróży. Teraz pozostało na wszelki wypadek zbadać drzwi do piwnicy.

Ciężkie, stalowe drzwi prowadziły najwyraźniej do schronu burzowego, jednak były zamknięte na głucho. Gruba płyta, cztery zamki i przyspawane zawiasy nie wyglądały na łatwą do pokonania przeszkodę. King dłuższy czas dumał przed drzwiami, a towarzysze znudzeni brakiem efektów porozchodzili się w swoich kierunkach. W końcu, po dokładnych oględzinach Spec wymyślił sposób na otwarcie drzwi. Wytrych sporządzony ze starego klucza poradził sobie z trzema zabezpieczeniami, jednak ostatni był zacięty na amen. Wyglądało na to, że bez użycia siły się nie obejdzie. Choćby i po to, by zdjąć z zamka osłonę i wymontować cylinder.

- Dasz radę zamkowi, Jacob?
- Bez łomu? – Szajbus uśmiechnął się kpiąco – Gołą ręką to się mogę najwyżej po jajkach podrapać.
-Daj mi chwilę. – King poszukał wzrokiem Marii.

Ta stała przy uchylonych drzwiach na zewnątrz trzymając w ręku Crowel. Ubranie dziewczyny było przemoczone, podobnie jak twarz, choć tę poza kroplami deszczu znaczyły dwie pionowe bruzdy wyrzeźbione w brudzie przez łzy. King nie pytał nawet co się stało. Z pokoju zniknęło ciało noworodka, a przez szparę w drzwiach było widać niewielki kopczyk świeżo skopanej ziemi. Clyde tylko położył jej rękę na ramieniu i pomilczał chwilę nim poprosił o pożyczenie narzędzia. Maria westchnęła wciąż wpatrzona w szparę w drzwiach i bez słowa podała Crowel.

Po kilku próbach zamek puścił. Klapa uniosła się a z ciemności wzbił się nowy obłok pyłu wywołując gremialne salwy kaszlu.
- Patrzcie pod nogi. Nie wiadomo czy ktoś nie zaminował tego miejsca przed wyjściem… -

Co mówiąc King postawił kilka ostrożnych kroków na schodach prowadzących w dół. Stopnie skrzypnęły, ugięły się pod ciężarem medyka i nim ktokolwiek zdążył zareagować pękły z trzaskiem. Serce stanęło specowi w gardle, jednak już po chwili wylądował na czymś miękkim wzbijając obłoczek pyłu.
- Wszystko w porządku?! – zwabiona łoskotem Maria krzyczał gdzieś z góry.
Krztusząc się i rozganiając pyłową chmurę nauczyciel sięgnął po latarkę. Snop światła wydobył z ciemności szczegóły. Nic nie było w porządku.




-O rzesz cholera! – głos Ridleya poniósł się z góry. Kinga otaczały ciała. Kilkanaście powykręcanych trupów, jakby uczepionych ze sobą w śmiertelnej walce. Wszyscy pokryci czarnym pyłem. Ledwie opanowawszy wymioty Clyde zerwał się na równe nogi i zatoczył w głąb pomieszczenia. W rogu coś błysnęło. Kilka blaszanych beczek. Oprócz nich i zwałowiska ciał pomieszczenie wydawało się puste puste. Ciała i beczki. Jasny otwór drzwiowy był jakieś dwa metry w górze.

- Żyję! - Szok powoli przechodził w obrzydzenie i strach. Co to za przeklęte miejsce?! – Jest tu mnóstwo ciał. Jakieś beczki… - Powoli potykając się o martwych spec dotarł na drugi skraj schronu, tam gdzie stały blaszane pojemniki. Jeden z nich był otwarty



- Chyba smoła. – Kingowi zakręciło się w głowie – Wyciągnijcie mnie stad! -

Z pomocą kompanów King został wyciągnięty z przyziemia. Opadł na podłogę i kaszlał przez chwilę. Nie wyglądał jakby prędko miał ochotę wrócić do trupiarni poniżej. Nie widział ku temu najmniejszego powodu. Zamiótł nieobecnym wzrokiem po zebranych, po czym wstał gwałtownie i wciąż lekko się zataczając od zawrotów głowy wyszedł na zewnątrz wprost na lejący się z nieba deszcz. Clyde chwytał łapczywie świeże powietrze i pocierał energicznie umorusane w pyle dłonie. Krople ściekały mu obficie za kołnierz. Obrazy wyschniętych ciał mieszały się z widokiem ulicznego błota i kawałków gruzu. King miał ochotę zwymiotować, ale mimo silnych skurczów nie miał nawet czego zwrócić. Odchylił się do tyłu opierając o ścianę. Oddychał miarowo, pozwalając ciału się uspokoić. Łykał krople deszczu spływające po wargach. To było już stanowczo zbyt wiele jak na jeden dzień. Potrzebował snu, długiego i spokojnego. Jak w transie powędrował na piętro. Owinął się w ciepłą kurtkę, oraz śpiwór i zwinął się w kłębek. Choć ciepło powoli napływało do organizmu King wciąż lekko się trząsł, aż w końcu pozwolił ciału opaść bezwładnie i odpłynąć w odmęty nocy.
 

Ostatnio edytowane przez Dziadek Zielarz : 12-02-2014 o 02:10.
Dziadek Zielarz jest offline  
Stary 12-02-2014, 01:01   #25
 
Bebop's Avatar
 
Reputacja: 877 Bebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwu
Nashville rządziło się swoimi prawami, jakby po wejściu do miasta trafiało się do innej rzeczywistości. Powietrze było tu przesiąknięte śmiercią. Wszechobecny gruz, zawalone budynki, ludzkie oraz zwierzęce szczątki na ulicach – to wszystko sprawiało, że człowieka łatwo dopadało przygnębienie. Nieświadomie spadał on w dół lecąc w bezkres ciemności póki nie stracił wszelkiej wiary. Gdy już opuszczała go nadzieja, mógł spokojnie położyć się i umrzeć, bo i po co było walczyć? Ten dziwny stan udzielał się nawet Ezechielowi, zazwyczaj twardo stojącemu na ziemi Teksańczykowi, choć dokładał wszelkich starań by wyprzeć go ze swego umysłu. Być może ratowało ich właśnie to, że działali w grupie, dla Deakina byli to obcy ludzie, a zarazem towarzysze niedoli. Nie zastanawiał się jakie mieli plany, póki co wszyscy zapewne chcieli wynieść się z Nashville, a potem uchlać się w jakiejś spelunie i zapomnieć. Ezechiel inaczej do tego podchodził. Ze wszystkich sił chciał dopaść łowców, choć póki co zemsta musiała zejść na drugi plan, ważniejsze było zapewnienie Marii bezpieczeństwa. Był to winny jej, swemu bratu, całej rodzinie. Przyjdzie jeszcze odpowiedni czas.

Schronienie, które znaleźli nie było idealne, ale lepszego nie mieli. Musieli odpocząć, przygotować się do dalszej drogi. Znaleźli sporo ciał, Deakin nie myślał o nich jak o ludziach, ale raczej dostawcach ekwipunku. Tak było łatwiej. Nauczył się tego wiele lat wcześniej, to pozwoliło mu przeżyć. Tamci byli już martwi, oni jeszcze nie. Potrzebował przede wszystkim ubrań, wyglądał bardziej jak włóczęga niż kowboj. Zdołał się jednak zaopatrzyć w wojskowe spodnie, jakieś rękawiczki, płaszcz, a nawet skórzaną zbroję. Przy okazji jego wyposażenie powiększyło się o kolejne noże, w tym jeden bardzo mały, umieszczony w pochwie przypiętej do butów. Zdobył również HK 45, porządną broń niemieckiego pochodzenia.

Przebrał się niemal natychmiast, a następnie zabrał się za przygotowanie dla siebie miejsca do spania. Koc ze skór kojotów był wygodny i przyjemnie ogrzewał, dawał złudne wrażenie bezpieczeństwa. Jego broń wymagała nieco uwagi, nie był mistrzem czyszczenia, ale jego zdolności zdecydowanie wystarczyły by poradzić sobie z lekkim zabrudzeniem. Clyde zabrał się tymczasem za opatrywanie, zdecydowanie Ridley wymagał najwięcej opieki, lecz i Ezechiel uskarżał się na bóle. Na szczęście King profesjonalnie oczyścił ranę, a następnie zaszył poszarpane przez kulę mięśnie brzucha. Nie ulegało jednak wątpliwościom, że jeszcze przez jakiś czas niemiłe wrażenia będą mu doskwierać. W podziękowaniu Deakin rzucił coś krótkiego, wspominając przy tym o swoich nie za dużych umiejętnościach w pierwszej pomocy i wręczył mężczyźnie jedną z książek znalezionych u Daltona. Wyglądał na takiego, który potrafiłby docenić ten dar.

Zajął się czyszczeniem broni, gdy w jego pobliżu usiadła Maria, nie wyglądała za dobrze. Może i wcześniej na niego nawrzeszczała, lecz teraz zdecydowanie potrzebowała rozmowy. Z tym, że stary rewolwerowiec nie był odpowiednią osobą do tego zadania. Widział to co ona, dostrzegał okrucieństwo i pojmował jej cierpienie, a jednak sam przejmował się znacznie mniej. Ci wszyscy martwi ludzie? To dziecko? To było złe, bardzo. Nie miał jednak na to wpływu, nikt z nich nie miał. Stało się, koniec. Trzeba żyć dalej. Lepiej oni, niż my – prosta zasada. Kiedyś, gdy był młodszy, stosował się tylko do niej. To były jednak inne czasy, bardziej burzliwe i durne.

- Jak sobie radzisz? - spytał odrywając się na moment od pracy i podając dziewczynie jedną z konserw.

Odpowiedziała mu wdzięcznym uśmiechem, lecz usilnie unikała jego wzroku. Początkowo nic nie mówiła, zapadła chwila ciszy przerywana jedynie uderzeniami zapiaszczonego ostrza multitoola o wieczko. - To dziecko… I to poprzednie... Cały ten syf... – przemówiła wreszcie, zmusiła się nawet by spojrzeć mu prosto w oczy - Śmiertelnie zmęczona. – Gdy ostrze po raz kolejny się ześlizgnęło opuściła dłonie odpuszczając sobie dalszą walkę. - Chyba i tak nie jestem głodna – rzekła niemal szeptem, następnie wbiła wzrok w grubego szczura wychylającego swój łebek zza rozbitej szafki. Cóż, przynajmniej jemu się tutaj powodziło. - Nie sądziłam… Nie sądziłam, że się jeszcze spotkamy.

- Ja też nie - odparł wyciągając jej delikatnie z rąk konserwę. Mówił prawdę, choć przez całą podróż wciąż o niej myślał, pogodził się niemal z myślą, że przepadła. - Nashville umiera, a w raz z nim wszyscy, którzy nie odejdą na czas. - Wyciągnął swój własny multitool. - A my jesteśmy niczym hieny, żerujemy by przetrwać. - Westchnął. - Wiesz kto jest za to odpowiedzialny? Kto przewodzi łowcom? - spytał podając jej otwartą konserwę.

Cicho mu podziękowała speszonym głosem. Nie miała przy sobie sztućców, ale multitool świetnie je zastępował. Nie śpieszyła się, jadła powoli, dokładnie przeżuwała każdy kęs. Nie trudno było odnieść wrażenie, że myślami jest zupełnie gdzie indziej. - Dentysta. – powiedziała nagle znów unikając jego spojrzenia - O ile wciąż żyje. Proszę - powiedziała uprzejmie podając Ezechielowi drugą połowę konserwy. Nastąpiła kolejna dłuższa cisza, gdy Deakin posilał się resztką pożywienia. - Nie chcę wracać do Teksasu – wydusiła z siebie.

- Jesteś wolna, nie musisz tam wracać, kiedy już z tego wyjdziemy możesz udać się gdzie chcesz - odparł.

- Czyli gdzie? – spytała - To też nie jest takie proste. – Uśmiechnęła się na moment smutno, patrzyła na niego nieobecnym wzrokiem. Miała racje, to nie było takie proste, ale życie ogólnie takie nie jest.

- Mam dom w Federacji, nic wielkiego, ale stoi - odpowiedział - Już tam nie wrócę, możesz się tam zatrzymać, zostać na stałe, cokolwiek. – Westchnął znowu.

- Dziękuje, choć chyba nie o tym powinnam teraz myśleć.

- Ten Dentysta, chciałbym o nim dowiedzieć się więcej.
– Znów nakierował ją na właściwy tor.

- Widziałam go tylko kilka razy, przez te parę miesięcy. – Skinieniem głowy wskazała na siedzącego w rogu Fraya. - Randall go znał lepiej i powinien coś wiedzieć. Zapytajmy go.

Deakin chwycił dziewczynę za ramię i spytał cicho - Można mu ufać

Maria odpowiedziała niepewnym wzrokiem. - Można z nim porozmawiać. – To musiało wystarczyć.

Podczas rozmowy z Frayem Deakin zastanawiał się skąd znał jego twarz. Miał nieodparte wrażenie, że gdzieś już widział to spojrzenie. Zajęło mu kilka chwil zrozumienie tego faktu. Widywał już podobną twarz w lustrze dawno, dawno temu. Też mówił o prawie pustkowi, nawet o prawie silniejszego, a jeszcze częściej sprytniejszego. Łatwość z jaką przychodziło Randallowi decydowanie o cudzym życiu wcale go nie zaskakiwała. To dlatego wciąż żył. Dlatego obaj wciąż żyli. To tę iskrę dostrzec musiał Dentysta, nie bez powodu uczynił go wyższym od innych niewolników. Ze swoim zdaniem dotyczącym Ursuli nie powinni się jednak afiszować, przynajmniej na razie. Ridley mógł dojść do siebie, choćby częściowo. Wtedy pewnie okazałby się przydatny, ona nie.

Po warcie z Frayem miał zamiar nieco odpocząć, wszyscy powinni to zrobić. Nie wiadomo kiedy przytrafi się kolejna okazja.
 
__________________
See You Space Cowboy...
Bebop jest offline  
Stary 12-02-2014, 02:09   #26
 
aveArivald's Avatar
 
Reputacja: 218 aveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie coś
Gdzieś poza czasem...

- Wody. Wody!
- Oh... -
na twarzy Dicka wymalował się bezgraniczny wyraz zdziwienia.
Nie był w stanie określić gdzie dokładnie, ale z pewnością kilka metrów za jego plecami, tam skąd dobiegał nikły głos, zagrzechotało coś metalowego. Odwrócił się błyskawicznie wyciągając przed siebie broń. Był gotów w każdym momencie pociągnąć za spust ale...
- Aaaa... no tak. Nie spodziewałem się, że umarli mogą mówić.
- Wal się, jeszcze żyję -
wychrypiał mężczyzna zamknięty w klatce wiszącej około metra nad ziemią.
Wredny uśmiech wpełzł Dickowi na twarz.
- Już niedługo kolego.
Skazaniec z którym miał nieprzyjemność rozmawiać ubrany był w resztki zakrwawionych łachmanów. Na pierwszy rzut oka nie miał broni ani nawet większych możliwości ruchu toteż Dick trochę się rozuźnił. Pokręcił głową wkoło sprawdzając czy na pewno są tu sami, tak na wszelki wypadek, lecz prócz trzema innymi klatkami wypełnionymi koścmi nie dostrzegł niczego podejrzanego.
- No to jak będzie dziadku? - zagaił obszarpaniec.
- Nie jestem dziadkiem. W przeciwieństwie do ciebie - fuknął. Nieznajomy rzeczywiście wyglądał staro. Miał pewnie co najmniej pięćdziesiątkę. I to po przejściach.
- Jak tam sobie chcesz... To jak, dasz tej wody? - w głosie skazańca było słychać wyczerpanie i ból lecz, co dziwne, wplecione były tam też nuty zawziętości lub butności.
- Nie słyszałem, żebyś poprosił.
- A jak poproszę, coś to zmieni?
- Nie -
odparł Dick i stwierdziwszy, że nic mu nie grozi usiadł z powrotem na wielkim, ciepłym jeszcze od słońca kamieniu.
Wyprostował nogi i rozłożył mapę ignorując niechciane towarzystwo. Miał jeszcze trochę drogi przed sobą. Powiódł palcem po papierze, przyjrzał się horyzontowi i wiszącemu nad nim słońcu. Pomarańczowy blask bijący z zachodu oblepiał niemal cały stok jałowego wzgórza, na którym się znajdowali. Czerwona niczym krew droga znikała gdzieś między skałami poniżej.
- To dobry kierunek, jeśli zmierzasz do Humble Town - usłyszał Dick lecz nic nie odpowiedział zapatrzony w wizjer lornetki. - Mówiłem, że to dobry kierunek do tej zapadłej dziury jaką jest Humble Town! Słyszałeś?!
Cisza.

Ogorzała twarz Dicka nie wyrażała żadnych emocji. Po chwili złożył delikatnie mapę i schował ją do oblepionego kurzem plecaka po czym wyjął stamtąd szmatkę i niespiesznie, z najwyższą ostrożnością, przetarł zabrudzone szkiełka używanego przed chwilą urządzenia.
- Dobrze! Udawaj, że mnie tu nie ma! - wrzasnął więzień wstrząsając całą klatką - Pierdolę to! Słyszysz, dziadku!? Mam na to do cna wyjebane!
Dick miał nadzieję, że na tym się skończy lecz po chwili... usłyszał łkanie. Skazaniec zapewne zasłużył na swój parszywy los i jeszcze gorszą śmierć ale...
- Masz - rzekł podchodząc z pękniętym plastikowym kubkiem, na dnie którego znajdował się łyk wody - i niech mi Bóg wybaczy.
Wrak człowieka jakim był mężczyzna za kratkami nagle się przebudził i jął wyciągać w kierunku Dicka drżące ręce. W momencie gdy brudne dłonie o połamanych paznokciach już miały dotknąć naczynia, gwałtownie złapały miłosiernego samarytanina za przegub chcąc go przyciągnąć do żelaznych krat. Miłe uczucie rodzące się w sercu wędrowca prysło jak bańka mydlana. Dick jednak nie byłby tym kim był gdyby i na to nie był przygotowany. Szybki niemal niewidoczny wymach drugiej ręki uzbrojonej w stalową pałkę, zakończony mocnym ciosem, niemal natychmiast go oswobodził.


Obrzeża Nashville...

- Fuck! - Szajbus zbudził się niczym rażony prądem.
Chwycił niezgrabnie strzelbę leżącą do tej pory tuż przy nim i zerwał się na równe nogi. Przyspieszone bicie serca, gorąc zalewający twarz i sperlony pot na czole spotęgowały strach. Rozejrzał się nerwowo próbując przeniknąć wzrokiem mrok pomieszczenia jednak prócz zakurzonej, śmierdzącej stęchlizną wersalki, na której spał i jakiegoś połamanego mebla, w pomieszczeniu nie było nic godnego uwagi. Uspokoił się nieco lecz nie opuścił broni.

Podszedł ostrożnie kilka kroków delikatnie stąpając po skrzypiącej cicho podłodze. Wyjrzał przez szczelinę w płytach zabezpieczających okno. Środek nocy. Burza trwała w najlepsze i chyba nabierała cały czas na sile bo nie dało się już dostrzec widocznego wcześniej jak na dłoni obozu mutantów. Cholera, która to godzina? Nie wiedział ale musiało być już trochę po północy.

Ten sen... Po co? Z jakiego powodu? Szajbus nie był człowiekiem zabobonnym jednak ktoś kiedyś naopowiadał mu dużo o znaczeniu snów, podświadomości i tym jak działa mózg. Łowca mutantów wiele z tego co prawda nie zapamiętał ale zauważył, że rzeczywiście, przynajmiej w jego przypadku, zachodzi pewna prawidłowość. Szczególnie w przypadku tego snu. Bez wątpienia groziło mu jakieś niebezpieczeństwo. Coś... Coś albo ktoś...
- Idiota - podsumował sam siebie rozluźniając się i wracając na wersalkę.
Byli zbiegłymi niewolnikami ściganymi przez niedawnych właścicieli oraz hordę wściekłych mutantów, nic dziwnego że gdzieś na granicy świadomości czuł zagrożenie. Zwykł to uczucie odpychać i tłamsić w sobie, jednak nie potrafił całkowicie się go pozbyć, stąd jego obecność w snach.

Łowca przystanął nad rozsypanymi zdjęciami porno, przedstawiającymi kilka niezłych sztuk. Zebrał je i zaczął przeglądać czując się coraz bardziej pobudzony. Stwierdził, że chyba nikt nie poczyta mu za złe jeśli zwali sobie do nich konia gdzieś w kącie. Gdy było po wszystkim czuł się o wiele lepiej. Schował foty delikatnie do jednej z kieszeni plecaka.

Już wcześniej przejrzał wszystkie łupy jednak nie miał ochoty na ich dokładną rewizję. Spacerował, ogolił się, umył w strugach deszczu. Czuł, że żyje. Już dawno nie cieszył się z tego prostego faktu aż tak bardzo. Nie przeszkadzały mu nawet trupy na parterze. Porównując do facjaty Ezechiela to nawet miały w sobie więcej życia, niż ten podejrzany, zasuszony gościu. Właśnie, skoro o suchości mowa. Nemrod tabletek żadnych niemiał, ale duże ilości wody opadowej, które wypił przy prysznicu skutecznie pomogły mu w walce z "sucharem". Krótko mówiąc czuł się jak młody bóg.

Wypił kilka łyków opadówki, zapalił skręta i położył się na powrót na wersalce. Przypomniał sobie Zszywacza, i małą którą tamten zastrzelił. Rozsądnie. Los dziewczynki przypomniał mu o innej, której imię, o dziwo, nadal pamiętał... Ellie. Myślał też o swoich nowych towarzyszach. O tym jakie to dziwne, że w sytuacjach kryzysowych, niemal skrajnych ludzie potrafią niemal bezgranicznie sobie zaufać. Oczywiście w kwestii przetrwania było to ważne. Może nawet najważniejsze. Szajbus jednak nie potrafił do końca zaufać. Nie po tym co przeżył, czego doświadczył, czego był świadkiem. Ten sen...

Może to przez tą masową mogiłę? Może przez to, że niemal deptali po olbrzymim grobie? Kto wie ile niemowlaków zostało zagrzebanych w pyle parteru? Kto wie ile śmierci i cierpienia widziały te ściany? Kto wie jaka klątwa ciąży nad tym miejscem? Klątwa? Tfu!

Już uśpił sumienie i miał zamykać oczy gdy dostrzegł leżący na podłodze dziecięcy rysunek. Podniół go ostrożnie i przyjrzał się bazgrołom. Vinnie, jego dziecko oraz żonka. Czyli nie żartował z tym bachorem... Niemal natychmiast oczy Szajbusa posmutniały lecz bynajmniej nie z powodu śmierci łowcy niewolników. To przez los dzieciaka, który wydawał się mu bardzo podobny do jego własnego. Też kiedyś miał starych, ale stracił ich bezpowrotnie. Bachor co prawda mógł jeszcze liczyć na matkę, o ile w ogóle obie jeszcze żyły, ale tak czy siak, sytuacja była podobna.

Cholera! Nie powinien tego wspominać! Nie powinien zaprzątać teraz myśli takimi sprawami! Po co rozkminiać to co było? Nie w takiej chwili, nie gdy uciekał i walczył o życie!

Już miał zmiąć i wyrzucić bazgroły lecz nagle przed oczami wyobraźni stanął mu Clyde z tymi wszystkimi swoimi zasranymi ideałami, zasadami i wyświechtanymi mądrymi słówkami. I zamiast zmiąć, podrzeć i pozbyć się bezużytecznego świstka papieru... Złożył go ostrożnie i schował do kieszeni plecaka między zdjęcia porno.
 
__________________
Wieża Czterech Wichrów - O tym co w puszczy piszczy.

Ostatnio edytowane przez aveArivald : 12-02-2014 o 10:59.
aveArivald jest offline  
Stary 23-02-2014, 00:25   #27
 
Dziadek Zielarz's Avatar
 
Reputacja: 617 Dziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemuDziadek Zielarz to imię znane każdemu
To nie była spokojna noc. Wspomnienia minionego dnia kotłowały się w głowie nauczyciela. Clyde wiercił się nerwowo, jak w malignie przewracał zamkniętymi oczami. Hałasy mieszały się z okresami spokoju, kiedy to tępy ból pulsował nieznośnie. Huk pocisków, ryk silnika ciężarówki, odległy skowyt mutantów, krzyki rannych, a potem cisza przetykana chrzęstem żwiru pod podeszwami butów i blaszanym szczękiem dobytku. I szum, wszechogarniający szum deszczu. Ciemność przed oczami przybrała kształt drzwi w podłodze, które rozwarły się niespodzianie. Podłoga osunęła się i King runął do środka, wprost na piętrzący się stos ciał. Byli tam Joshua, Chloe, gość z Pinneville, One Two, Bisley, Vinnie, Rudy, Zszywacz, bezimienna dziewczynka, nawet stary pułkownik ze Studni i pokryci pyłem ludzie na dole. Każdy z nich przyglądał się z wyrzutem Clyde’owi, otwierał usta w niemym krzyku i wyciągał ku niemu ręce próbując zatrzymać przy sobie. Drzwi nad ich głową zatrzasnęły się z hukiem. Spec odpychał od siebie zimne ciała i bił z całych sił w zamkniętą stalową płytę, ale nikt nie mógł go usłyszeć. Rytmiczne uderzenia jego pięści niosły się echem po budynku…

Murzyn usiadł gwałtownie. Ogarnęła go ciemność. Przez ściany niósł się nieustępliwy szum deszczu. Burza rozszalała się na dobre, smagając ściany budynku lodowatymi strugami. Spec zsunął z siebie zaplątany śpiwór i przetarł oczy. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że poza odgłosami nawałnicy dobiega go jeszcze jeden dźwięk. Rytmiczne stukanie z parteru, jakby ktoś uderzał ręką w metalową płytę…

King zamarł w bezruchu. Wydawało mu się, że wciąż śni, jednak odgłos był całkiem wyraźny. Do tego nigdzie nie było widać towarzyszy. Czyżby sobie tak po prostu poszli w środku nocy? Takie rzeczy dzieją się zwykle w tanich historiach z dreszczykiem, jednak teraz wszystko było całkiem realne. W pierwszym odruchu King miał ochotę zwyczajnie zabarykadować się w pomieszczeniu, w którym spał, ale coś pchnęło go do działania. Mężczyzna sięgnął po pistolet i latarkę, po czym ostrożnie wyjrzał na korytarz. Do stukania dołączył delikatny, natarczywy chrobot, jakby coś drapało paznokciami o metal - co gorsza dużo bliżej niż podejrzany stukot. To właśnie ku owemu drapaniu skierował kroki Clyde. Pomału przesuwając się krok za krokiem wzdłuż ściany pełzł z bronią wyciągniętą przed siebie. Latarka pozostawała zagaszona.

Mężczyzna minął zakręt i stanął naprzeciw lekko uchylonych drzwi do dawnego gabinetu, wciąż pozostawiając schody na niższe piętro w zasięgu wzroku, na wypadek, gdyby stukacz postanowił odwiedzić piętro. Pomieszczenie sprawdzali przynajmniej kilkakrotnie i za każdym razem było tak samo puste. Teraz jednak ktoś wyraźnie tam był. King zaświecił latarką w podłogę i powoli przesunął snop światła w kierunku wnętrza pokoju. Ręce zaciśnięte na pistolecie drgały nerwowo.

Latarka wyciągnęła z mroku sylwetkę kobiety, brudnej i zaniedbanej. Jej dłonie, Spec przełknął ślinę, były pozbawione paznokci i zdrapane do krwi. Kobieta nerwowo drapała okaleczonymi palcami o metalową płytę. Sylwetką z grubsza przypominała Marię… ale co jej się stało w ręce? Clyde poruszył się nerwowo w stronę opuszczonego wcześniej składziku szurając niechcący buciorami. Stwór jak na dany znak przestał drapać.

- Widzę Cię – głos kobiety przyprawiał o dreszcze. Nie miała prawa widzieć co się dzieje za nią.

Lufa beretty uniosła się do pozycji strzeleckiej, ale dłonie trzęsły się Kingowi jak cholera. Nie był wyszkolonym strzelcem, a już na pewno nie był przygotowany na taką sytuację. Spróbował innego podejścia.

- Kim… kim jesteś? - spec starał się nie brzmieć na tak zdenerwowanego jak w rzeczywistości był.

Stwór jak na dany znak wstał, a z jego rąk wypadło zawiniątko. Mimowolnie spojrzenie uchwyciło szkaradną istotę.


- Widzimy Cię.

Jezu… mutanci. Pierwsza myśl przecięła umysł z szybkością światła. Oddech przyspieszył, a poziom adrenaliny gwałtownie skoczył w górę. Pierwszy raz w życiu spotkał mutanta, który nie próbował go zaszlachtować. Przynajmniej nie od razu. Kobieta obróciła się powoli w stronę elektrycznego światła. Oczy mężczyzny rozszerzyły się w przerażeniu.


- Widzę Cię. -
- Czego chcecie? Czego ode mnie chcecie?

Głos Kinga stawał się coraz bardziej nerwowy. Stwór wykrzywił oberwane wragi w czymś co można uznać za grymas uśmiechu.

- Ciebie.

W świetle błyskawicy rozświetlającej pomieszczenie błysnął ostry, metalowy przedmiot, a Bestia drąc się wniebogłosy, skowytem rozrywanego zwierzęcia ruszyła do ataku. King początkowo nie wiedział co się dzieje, sparaliżowany strachem, ale już po chwili umysł przypomniał sobie o trzymanym w ręku pistolecie i mięśnie zadziałały same. Dwa strzały huknęły jeden po drugim i stwór runął w pół kroku ciężko zwalając się na nauczyciela.

Przez kilka dramatycznych sekund trwała walka o dominację, aż w końcu spec złapał czerwony kaptur stwora, przyłożył lufę do chudej piersi gotów by wystrzelić i… Zamarł z szeroko otwartymi oczyma. Czerwony kaptur, kobieta, dziecko, Maria. Potok myśli przemknął tak szybko, że głowa nie zdążyła ułożyć go w sensowną całość. Clyde ponad ramieniem powalonej kobiety dostrzegł raz jeszcze twarzyczkę noworodka. Teraz nie przypominał już swojej upiornej wersji sprzed kilku chwil, raczej tę której wczoraj urządzono pochówek. Czerwony kaptur też nie skrywał już potwora o wyłupionych oczach, a wystraszoną twarz Marii, która opędzała się od niego co sił. Krew sączyła się obficie tworząc kałużę. Beretta wyleciała z dłoni.

Spec nawet nie starał się zrozumieć co tu się, u licha dzieje. Kobieta wiła się pod nim. Jej twarz to przybierała ów przerażający kształt, to znów wyglądała jak oblicze Marii. Szamotała się, drapała własną twarz, wyła. Mężczyzna miał sekundy, by uratować stworzenie. Skąd w ogóle ta myśl?! Czy on nawet we śnie musi kogoś ratować? Istota dostała w udo. Przez niego. Cokolwiek zobaczył, dlaczego widział monstrum – to było teraz nieistotne. Teraz należało… Teraz należało jej pomóc. Ułamki sekund później szok zastąpiły wyuczone ruchy. W głowie uruchomiły się właściwe schematy i Spec przystąpił do tamowania krwotoku.

- Opanuj się! To ja, King! Coś tu jest zupełnie nie tak...

- WIDZĘ CIĘ! – stworzenie ryczało nieludzkim głosem.

Przede wszystkim musiał unieruchomić pacjentkę, choć ta wierzgała i miotała się w amoku.

- Uspokój się! – nauczyciel chciał przybrać rzeczowy ton, choć coraz mniej wiedział co się właściwie działo – Chcę Ci pomóc, ale musisz się uspokoić. Teraz.

Kobieta przestała wierzgać, jednakże cały czas próbowała wydrapać sobie twarz. Szamotali się jeszcze przez chwilę, aż wreszcie Maria została obezwładniona. Ręce spiął jej zaciskowymi kajdankami, żeby nie miała możliwości dalej kaleczyć sobie twarzy. Nie pozostało jej zbyt wiele czasu. Spec szybko wziął się do rzeczy. Nie wiedzieć skąd w ręku znalazły się bandaże, przybory do dezynfekcji i szycia. Kilkanaście minut później było już po kłopocie. Kobieta była przytomna, ale oddychała ciężko i patrzyła tępo przed siebie. Murzyn opadł do tyłu zbierając z podłogi swoją broń. Co tu się, do cholery wyrabia…? Wtem z korytarza na zewnątrz rozległy się kroki. Ciężkie, miarowe, które zatrzymały się dopiero tuż za drzwiami. Do wnętrza wsunęła się lufa pistoletu.

- Stój, bo strzelam! – Clyde wycelował w otwór drzwi. Wyświechtana formułka była pierwszym co przyszło mu do głowy. Kto dzisiaj w ogóle jej używał? Chyba tylko ktoś kto nie miał pojęcia co robi i naprawdę nie chce strzelić. A spec naprawdę nie chciał.

Lufa napastnika powoli przesunęła się w kierunku twarzy murzyna. King skoczył za mebel w rogu pokoju, by zejść z linii strzału. Kiedy schował się za prowizoryczną zasłoną adwersarz wszedł do pokoju.

- Stój bo strzelam! – powtórzył swoje ostrzeżenie.

Głos brzmiał bardzo niepewnie. Wrogi mężczyzna słysząc go, zaczął się śmiać. Śmiech ten brzmiał bardzo znajomo. Wciąż celując w Kinga, postawił swojego podbitego buta na gardle Marii.

- Mówiłem, stój. – Clyde miał już dosyć pieprzonego snu, wizji, czy czego tam. Wypalił ostrzegawczy strzał w ścianę tuż koło napastnika.

Gdy tylko padł strzał, mężczyzna niemal w tym samym momencie również wypalił, ale chybił o milimetry. A może wcale nie chciał trafić? W ciemnościach zaległa na chwilę cisza przerwana jedynie szuraniem dwóch par butów. Co to za jeden? Snop światła padł na twarz napastnika. Kinga aż zatkało.


Naprzeciw niego stał… on sam. Tyle, że twarz jego alter ego wykrzywiał uśmiech szaleńca. Spojrzenie pełne nienawiści, o jaką nawet by siebie nie podejrzewał, jakiej nigdy nie widział. I śmiech, głośny śmiech wariata, gotowego na wszystko. Własna ręka z Berettą podniosła się ku skroni. Jakby nie wiedziała którego siebie słuchać. A tamten tylko śmiał się jak wariat, któremu udał się świetny kawał. Chwilę trwała walka z samym sobą, aż w końcu mięśnie przypomniały sobie, kogo miały się słuchać i broń wyślizgnęła się z ręki na podłogę.

- Stój, bo strzelam. – syknął prześmiewczo upiorny brat bliźniak.

- Zamknij się. – w Kingu również wezbrała wściekłość, chłodna i nieustępliwa – Nie będziesz mi mówił co mam robić. Nikt nie będzie! Powstrzymam Cię, jeśli to będzie konieczne. - po krótkiej pauzie – Nie zmuszaj mnie, żebym pokazał Ci czego o mnie nie wiesz.

Mężczyzna zachichotał z pogardą, traktując słowa jak wyzwanie. Nagle spoważniał.

- Kim… kim jesteś? - rzucił urywającym się głosem. Powolnym krokiem zbliżył się wyciągając zza pasa mały nóż. Jego ciało całe było spięte, jakby gotowe do skoku.

To gra. Gra umysłu. A w moim umyśle to ja mam władzę.

- Nie wygrasz. Ciało można zabić, ale mojego ducha nie złamiesz. - dopływ adrenaliny pobudził szaleńczą pewność siebie, to pewnie przez brak snu – Odstąp.

Alter ego stało już prawie obok. – poczucia, że robi się coś właściwego. - kontynuowało dawno przerwane słowa. – Gdybyśmy przestali zachowywać się jak ludzie to… - mówiło wodząc nożem po gardle. – w zasadzie moglibyśmy położyć się i zdechnąć… - W jego ustach brzmiało to jak kpina. Żart.

- Masz rację. Cholerną rację. - stare słowa brzmiały jak frazes wycięty z Nowojorskiej broszurki – Mój dziadek zawsze to powtarzał. Przeżył drugą wojnę na Pacyfiku. Tam przy życiu tylko to ich trzymało.

Mężczyzna pokręcił tylko z politowaniem głową słuchając historii. Nie czekając nawet na koniec z impetem wpadł na Kinga próbując dźgnąć nożem.

- Tylko to potrafisz? Niszczyć? Nie poznaję cię. – Clyde nie próbował nawet atakować. Zbijał tylko ciosy, cofał się. Przecież nie może zabić sam siebie, prawda? Dwaj walczący wzbijali tumany pyłu w pomieszczeniu. Nóż ześlizgiwał się, chybiał, jednak w końcu trafił celu. Wbił się, aż po samą rękojeść w tors. Mężczyzna wyszarpał broń. Krew trysnęła z klatki. Ciało Kinga zwaliło się ciężko na ziemię.

Czyli to koniec. Czyli tak wygląda umieranie. Ma smak krwi i chłód zimnego ostrza w piersiach. Tyle niedokończonych spraw, które teraz są tak nieistotne, ulatywały gdzieś na boki. Najważniejsze na świecie stały się brudne ściany, drobinki pyłu wirujące w świetle latarki i ta wykrzywiona we wściekłości twarz. I kobieta ciężko oddychająca na ziemi…

Stop! Ja przecież jestem w swoim umyśle! On nie może mnie zabić. Próbuje mnie zdominować. Zastraszyć. Rozerwać na strzępy. A która pokusa nie próbuje? Wypalić od środka i zostawić chęć odwetu. Niech idzie w diabły z tą swoją pogardą i spojrzeniem psychopaty. Wstawaj, nieposłuszne ciało. W górę!

King wstał. Rana w piersi krwawiła, ale teraz zdawała się ledwie draśnięciem. W zasadzie nic mu nie było. Alter ego wyglądało na zaskoczone. Cofnęło się kilka kroków, a nóż wyleciał mu z ręki. Nie spodziewało się takiego obrotu sprawy.

- Ja tu dowodzę, słyszysz? - Clyde przemawiał spokojnym stanowczym głosem, nieznoszącym sprzeciwu – Nie wszystko jest stracone. Mamy po co zyć. JA mam po co żyć. - “I oni.” dodał w duchu myśląc o swoich towarzyszach. O Nemrodzie, Ridleyu, Marii, Ezechielu, a nawet Randallu.

- A teraz wypierdalaj.

Kaszel aż zgiął w pół. Mężczyzna upadł na kolana. Tamten wpatrywał się w tylko z satysfakcją, kiedy spec powtórnie upadł ciężko na ziemię. Rzeczywistość się rozmywała. Przychodził sen, a może raczej ogarniała go ciemność. W głowie kołatała się ostatnia myśl, myśl wypowiedziana na głos przez upiornego Clyde’a w rogu pokoju.

- Przeżyłem. -
 

Ostatnio edytowane przez Dziadek Zielarz : 23-02-2014 o 13:12.
Dziadek Zielarz jest offline  
Stary 24-02-2014, 22:13   #28
 
Bebop's Avatar
 
Reputacja: 877 Bebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwuBebop jest godny podziwu
Powieki powoli się otworzyły, wyczucie nabyte w ciągu wielu lat przebywania na pustkowiach zadziałało lepiej niż najnowocześniejsze radary. Ze snu wyrwał go stukot powtarzający się raz za razem. Wydawało mu się, że to czyjaś pięść z uporem uderza o ścianę. Odgłos na moment zanikał, zagłuszany przez pojedyncze błyskawice.

Zmienił pozycję na siedzącą i rozejrzał się po pomieszczeniu, nigdzie nie było widać jego kompanów. Na zewnątrz panował mrok z rzadka tylko rozświetlany piorunami. Było późno, najwidoczniej pozostali wciąż spali. Ezechiel chwycił za swój rewolwer i nóż, następnie powoli wstał na równe nogi. Chłód dawał mu się lekko znać, zdecydowanie przyjemniej było pod ciepłym kocem i przeszła mu przez głowę myśl by zakopać się pod nim i zignorować niepokojące odgłosy. Wyparł to jednak szybko ze swego umysłu.

Przez kilka sekund przyzwyczajał wzrok do ciemności, aż wreszcie bardzo powoli i czujnie ruszył w kierunku, z którego dochodziły dziwne odgłosy. Wciąż nie dostrzegał żadnego z towarzyszy, skierował się więc w stronę dawniej kuchni, której drzwi były na wpół uchylone. Przywarł do ściany. Lekko nacisnął na klamkę, chciał zobaczyć co się za nimi dzieje, ale drzwi stawiły opór zakopane w pyle. Tymczasem nieustający dźwięk przeszedł metamorfozę, wzmocnił się, w dodatku zawtórował mu nowy. Coś jakby pękająca kość? Nie był pewien. To jednak wystarczyło by pozwolił sobie na bardziej stanowcze działanie. Naparł mocniej na drzwi, które powoli zaczęły się otwierać pod ciężarem jego rąk.

Od razu zaczął rozglądać się po pomieszczeniu, mrużył oczy, lecz panujące w pokoju ciemności skutecznie utrudniały mu orientację. Mimo to wreszcie ją dojrzał, trwało to tylko chwilę. Sylwetka wyraźna dzięki błyskom piorunów. Dość by zobaczyć stojącą w kącie Ursulę, uderzała rytmicznie głową o ścianę zostawiając na niej krwawy ślad. Rewolwerowiec przez moment przyglądał się jej w osłupieniu, zdawał się nie dowierzać własnym oczom. Czy to faktycznie mogła być ona? Jakim cudem zdołała sama utrzymać się na nogach? Podszedł do niej powoli.

- Ursula? - wyszeptał. - Ursula! - dodał już nieco głośniej, chciał żeby przestała.

Jeżeli w ogóle zdawała sobie sprawę z jego obecności to bardzo skutecznie to maskowała. Nie zareagowała na jego słowa. Mimowolnie zacisnął zęby, kiedy kolejnemu uderzeniu zawtórował trzask i świeża smuga krwi. Deakin ukrył nóż za pasem, wolną ręką chwycił ją za ramię i szarpnął. Liczył, że tym sposobem uda mu się wyrwać ją z transu.

Nawet czując jego silną dłoń nie zaprzestała, wzdrygnęła się jednak, więc coś do niej dochodziło. Szarpnął ją więc znacznie mocniej, siłą oderwał ją od ściany i cisnął na podłogę. Wylądowała na ziemi, Ezechiel spojrzał na jej twarz, a raczej to co z niej zostało. Nie wyglądało to dobrze, miała mocno poszarpaną tkankę, wgniecione czoło i zapewne uszkodzoną czaszkę. Nagłe trzask, jakby zatrzaskiwane drzwi, wyrwał go z osłupienia.

- Zaczekaj tu – rzucił i odwrócił się.

W mroku stała postać, najwidoczniej przez cały czas tak tkwiła i obserwowała jego poczynania. Nie zauważył tego wcześniej, nie usłyszał, nie wyczuł – to nie wróżyło niczego dobrego. Wróg był sprytny i nieprzewidywalny. Groteskowo uśmiechnięty, nienaturalnie blady - niczym postać z dawnych horrorów. Nie był to może Freddy Krueger, którego Deakin pamiętał ze starych filmów, lecz i tak jego widok napawał grozą. Nawet takiego weterana jak Ezechiel.

Dzieliła ich odległość zaledwie metra, oddychał ciężko, badawczo przyglądał się rewolwerowcowi. W dłoni trzymał ostry przedmiot. Deakin nie zastanawiał się długo i wziął go na cel. To właśnie podpowiadał mu instynkt, wyeliminować zagrożenia od razu po jego zauważeniu. Nagle jednak zastygł w bezruchu, sam nie wiedział czemu nie nacisnął od razu na spust. Palec głaskał go czule. Wszystko to wydawało mu się tak dziwne, nienaturalne, szalone. Minęło tylko kilka sekund, ale jemu wydawało się, iż tkwił w tej pozycji znacznie dłużej. W końcu jednak rozległ się strzał.

Kula drasnęła brzuch potwora, ten jednak skoczył do przodu czemu towarzyszył upiorny wrzask. Odgłos ten mroził krew w żyłach i nie jeden z pewnością wpadłby w panikę. W jego dłoni błysnął znajomy nóż, ten sam, który za pasem skrywał Deakin. Nie miał jednak czasu się nad tym zastanawiać. Trzonek ostrza wybił mu rewolwer z ręki, broń z łoskotem wylądowała na ziemi. Przeciwnik był szybki, zaskakująco szybki. Łatwo przebywał dzielącą ich odległość, poruszał się szybko i zwinnie. Żałował, że nie miał przy sobie swojej szabli, dzięki niej mógłby utrzymać go na odległość.Ezechiel sięgnął po nóż, nie miał zamiaru dążyć do zwarcia, lecz raczej skupiał swoją uwagę na unikaniu nadchodzących ciosów. Utrzymywał dystans, odskakiwał, gdy za bardzo się on zmniejszał.

Rewolwer zniknął mu zupełnie z pola widzenia, ciemność i wzbijające się z każdym ruchem tumany kurzu nie sprzyjały poszukiwaniom. Deakin zwinnie odskoczył od wroga, nagle jego brzuch przeszył ból. Krew zmoczyła koszulę, czuł jak spływa w dół. Nie zdołał się nad tym zastanowić, gdyż jego przeciwnik natarł na niego z zaskakującą furią.

Na karku Deakina zacisnęły się potężne dłonie, pazury wbiły się w tył głowy zostawiając krwawe ślady. Rewolwerowiec nieco na oślep próbował uderzyć w twarz przeciwnika, ten jednak zdołał w ostatniej chwili wykonać unik. Następnie z niesamowitą siłą przyciągnął twarz Ezechiela do swojej, Deakin poczuł jego cuchnący oddech. Wreszcie z ciemności wyłoniły się rysy twarzy potwora. Uległy jednak zmianie…

Tylko instynkt sprawił, że rewolwerowiec zdołał nadgarstkiem zablokować nadchodący cios. Ostrze noża zawisło w powietrzu, z każdą mijającą sekundą zbliżało się coraz bliżej jego oka. Czyżby wzrok płatał mu figle? Umysł oszalał? Widział samego siebie, walczył z sobą. Na to nie był przygotowany. Resztkami sił starał się utrzymać ostrze z dala od swego oka. Uderzył nożem w rękę wroga.

To był błąd. W pomieszczeniu rozległ się przerażający krzyk rewolwerowca, gdy ostrze ku jego zaskoczeniu wbiło się w rękę. Zranił sam siebie?! Jak to możliwe?! Usłyszał jeszcze śmiech bestii nim nóż zagłębił się w jego oko. Wyjąc z bólu i rozpaczy wyrżnął na podłogę. Mężczyzna nagle rozmył się w powietrzu, został tylko staruszek. Tkwił na kolanach tuż obok Ursuli, ostrze wciąż tkwiło w jego gałce ocznej. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że sam ściska jego trzonek. Ursula przyglądała mu się z zaciekawieniem, znów zajęła się uderzaniem głową o ścianę.

Dłonie mocniej zacisnęły się na rękojeści, a on sam wyciągnął go z oka. Kolejny krzyk rozniósł się po pomieszczeniu. Ból był potworny, ale nie utracił jeszcze przytomności. Resztą sił przewrócił się na brzuch. Odruchowo sięgnął po rewolwer, ale przecież nie było go już w kaburze. Ręce błagalnie przesuwały się po podłodze w jego poszukiwaniu jakby tylko on mógł mu teraz pomóc.

- Ja też go widziałam – mówi Ursula wpatrując się w niego litościwie.

- Kurwa… Kurwa… - wyrzuca jedynie z siebie - Co to było...

Kobieta nic nie mówi, zapada cisza nie przerywana nawet piorunami. Nagle jednak zakłóca ją krzyk Marii dochodzący z górnego piętra i strzały. Deakin zacisnął zęby, poderwał się szybko do góry, ale nagły atak kaszlu cisnął nim niczym lalką o ziemię.

Podjął kolejną próbę, lecz gwałtowne torsje wstrząsnęły jego ciałem. Tkwił na kolanach, a z jego ust wydobywała się czarna maź. Wreszcie runął na ziemię. Był stary, był głupi, był bezradny i bezużyteczny.

- Maria… - wyszeptał i było to ostatnie słowo, które wypowiedział przed utratą przytomności.
 
__________________
See You Space Cowboy...
Bebop jest offline  
Stary 25-02-2014, 00:44   #29
 
aveArivald's Avatar
 
Reputacja: 218 aveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie cośaveArivald ma w sobie coś
Na nogi podrywa mnie głośny odgłos strzału z rewolweru. Zrywam się ze swojego legowiska dusząc nagły atak kaszlu, który wstrząsa całym ciałem. Chwila dezorientacji wywołana nagłym wybudzeniem z głębokiego snu nie trwa długo. Jestem w sypialni. No tak. Tam gdzie zasypiałem. No przecież. A gdzieżby indziej? Nie wiem. Ale to dobrze. Dobrze. Zmysły bezwiednie alarmują mózg, ciało polega bardziej na odruchach niźli przemyślanych działaniach, dlatego też dosłownie w ułamku sekundy trzymam już pompkę gotową do strzału.

Dziwnie tu jakoś... Niby leje i noc nadal to ciemno i niefajnie tak jakoś ale... Ten pył... Co to do ciężkiej cholery? Krztuszę się. Kaszlę. O kurwa. Charczę wypluwając na posadzkę gęstą czarną ślinę. Czy to krew? Raczej nie. Mam nadzieję, że nie. Nic mnie nie boli. To chyba ten pył. Unosi się w powietrzu przy gwałtowniejszych ruchach lub wietrze. Zauważam cieniutką, szarą warstewkę drobnego proszku pokrywającą dosłownie cały pokój wraz z mną. Cholerstwo było tu cały czas a ja debil nie pomyślałem, że... że co? Że mogę sie tym szajsem udusić? Niedoczekanie... Strzepuję nerwowo pył z ramion i przetrzpuję delikatnie spodnie.

Strzał, który usłyszałem, dobiegał z kuchni. Lub pomieszczenia, które kiedyś było kuchnią. Bez wątpienia z niższego piętra. Co to ma być? Strzał i cisza? Komuś się nudzi? Urządzili sobie nocne zawody czy na coś polują? Co im strzeliło do łba by strzelać? Hehe... Potok pytań zalewających mi łeb przerywa raptownie głośny krzyk. Też niewątpliwie z piętra niżej. Mężczyzna. Ale, który? Nasz czy może... Cholera go wie... Lepiej nie myśleć za dużo a zachować spokój i czystość umysłu.

Wychodzę ostrożnie z pokoju na korytarz starając się panować nad sobą i nasłuchiwać. Bardzo złe, wręcz paskudnie złe przeczucie, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, nie opuszcza mnie ani na krok. Drzwi od gabinetu po lewej są otwarte. Mogę przysiąc, że wcześniej były zamknięte. Nie! Kurwa. Odbija mi. Przecież jest cicho jak po pierdnięciu atomówki! Nie! Czuję czyjś wzrok na plecach... Zerkam w stronę łazienki. Zamknięte. Pusto. Staram sobie przypomnieć czy ktoś jeszcze kładł się spać na piętrze. Zdaje się, że Clyde. Chyba. W schowku na miotły czy coś takiego... Skupiam uwagę na drzwiach do gabinetu które, jak każde w tych ruinach, hałasują jak cholera. Stoją otwarte. Niby mogły mnie nie obudzić.

Coś każe wyjrzeć mi przez szczelinę pomiędzy dwoma metalowymi płytami. Trzymam strzelbę skierowaną w stronę drzwi, robę krok w prawo i rzucam okiem na zewnątrz. Przez chwilę wpatruję się w ciemną noc. Mimo niekorzystnych warunków, jakimś cholernym chyba cudem, dostrzegam ruch w obozie mutantów. Dwóch z nich rozpaliło pochodnie i wolnym krokiem rusza w stronę domu. Reszta ruin wydaje się spokojna.

Czyli nic mi nie odwala. Coś na prawdę się dzieje. Raczej złego.

Odwracam się.

Kątem oka dostrzegam, jak drzwi od łazienki otwierają się powoli.

Kurwa! Przestań! Krzyczę na siebie. Przecież nikt o takiej porze nie korzysta z kibla! Jakby to były mutki to najpierw wleźliby do sypialni i roznieśliby cię na strzępy! Zresztą, i tak pewnie jest zatkany! Kibel znaczy. To musiał być wiatr. Kieruję kroki w stronę gabinetu. Powoli. Ostrożnie stąpam po podłodze starając się nie robić zbędnego hałasu. Drewno skrzypi cichutko pod moim ciężarem. Nagle coś wyskakuje z pomieszczenia wprost w ciemność korytarza. Biegnie szybko w kierunku schodów na dół. Sylwetkę istoty zasłaniają drzwi, nie jestem w stanie ocenić z czym mam do czynienia. Ledwo powstrzymuję się od pociągnięcia za spust. Jedno jest pewne. Skurczybyk jest szybki. Nieprzyjemnie zbyt szybki. I bardzo lekki. Prócz stąpania nie dosłyszałem żadnych odgłosów. Żadnego sapania ani świstu powietrza. Niefajnie. Czymkolwiek była istota, znikła za załomem korytarza. Po chwili dobiegł do mnie tylko oddalający się cichy chichot. Bardzo niefajnie.

Coś każe zerknąć mi na sufit. Niby wcześniej sprawdzałem teren, ale lepiej jest się upewnić. Kiedyś tak właśnie bardzo nieopatrznie wlazłem w zwisające zeń zmutowane zielsko. Nic przyjemnego. Jednak tym razem na suficie pustka. Nic wartego uwagi.

Pierdole to. Chyba nie wytrzymuję napięcia. Po prostu nie mogę tak dalej. Ze skradania już nici więc włażę na próg do gabinetu gotów nakarmić śrutem cokolwiek zobaczę żywego. I taka wersja byłaby zwyczajnie fajna. Ale nie. Oczywiście nie mogę stanąć twarzą twarz z mutantem, władować mu w bebechy co mam pod ręką i walczyć o życie do ostatniego tchu. Nie mogę bo... w środku nie ma nikogo zywego. A przynajmniej tak to wygląda. Widzę sylwetkę ludzką leżącą we krwi na środku posadzki. Dokoła rozrzucony sprzęt medyczny. W podłogę wbitą maczetę należącą do Fraya.

Szybko decyduję, ze nie ma zbytnio czasu na dopatrywanie się kto tam leży, chociaż z ciuchów zdaje się wynikać, że to Maria. Wszystko pokryte warstwą tego cholernego, drażniącego nos pyłu. Ubrania pokryte są krwią, ale wydaje się, że to Maria. Zerkam w róg pomieszczenia i dostrzegam drugie ciało. Tu nie ma wątpliwości. Za rozstrzaskanym biurkiem leży, również cały pokryty krwią Clyde. Dookoła niego walają się elementy jego ekwipunku, nóż i dwa pistolety. Wnioskując po śladach, stoczył on z czymś zażartą walkę na śmierć i życie.

Nie. To nie może dziać się na prawdę. Przecież słyszałbym co się wyprawiało w pokoju obok. Walkę. Krzyki. Cokolwiek. Chociaż… to coś co mi czmychnęło… Było ciche… Kurwa! Czyżbym wariował? Zerkam na podłogę starając się wypatrzeć ślady krwi jakby Clyde i Maria zostali wciągnięci do pomieszczenia. Nie dostrzegam jednak nic ciekawego. Clyde leży za biurkiem, głową w dół. Twarz ma całą i żadnych widocznych na gołe oko obrażeń ale nie wiem czy żyje. Maria ma przecięte spodnie i zszytą nogę. Oboje umorusani w tym przeklętym pyle.

Nie ma czasu na sprawdzanie czy żyją. I tak medykiem nie jestem. Jestem tu od zabijania mutantów. A nawet jeśli to Clyde pewnie przed chwilą dosłownie oberwał, nie da się dobudzić podobnie jak to ostatnio mialo miejsce.
- Skurwysyn… - rzucam tylko cierpko sięgając po maczetę Fraya.
Wszystko wskazuje na to, że to sprawka tego psychola. Odwracam się i wychodzę na korytarz. Jeszcze tylko raz rzucam okiem w stronę drzwi do łazienki. Zamknięte. Ruszam za róg, na schody. Maczetę wciskam za pasek coby była pod ręką. Nie skradam się ale nie idę też za szybko. Raczej zdecydowanie, pewnie, nad wyraz uważnie, czujnie. Nie chce się głupio wpierdolić w jakieś zbutwiałe meble i narobić rabanu. Powoli nakręcam się we wnętrzu. Czekam tylko na najmniejszy pretekst do pociągnięcia za spust. Nerwy mam napięte jak ścięgna ramion przy podnoszeniu ciężarów.

Nagle słyszę głośne uderzenie drzwi z korytarza, który mam za plecami. Gdy zbliżam się do zejścia z dołu dobiega mnie też wyraźna szamotanina. Co tu się kurwa dzieje!? Dom strachów? Kurwa. Wybacz Clyde ale chyba czas stąd spierdalać. Nie mam na to nerwów! Szlag! Cicho sykam z powodu bólu głowy, który nagle prawie rozsadza mi czaszkę. Szamotanina w kuchni ucicha, ktoś upada. Jestem też prawie pewien, że oprócz mnie ktoś jeszcze idzie w tamtym kierunku. Od głownego wejścia.

Możliwe że już się spóźniłem. Za dużo zwlekałem. Za dużo myślałem. Nie! Pamiętaj czego cię uczyli ścierwojadzie! Ostrożności nie ma co oszczędzać. Jeśli jeszcze żyjesz to nie żałuj. Powoli ruszam w kierunku kuchni. Gdy tylko mijam załom korytarza intensywne światło latarki z południowej części korytarza wali mi prosto po oczach. Nie strzelam jeszcze powstrzymując odruch a jedynie rzucam się na ścianę przed sobą. Znaczy nie skaczę tylko zrywam się do biegu ze schodów pod ścianę. Raz, że szkoda mi amunicji na ślepe strzały, dwa, że nie wiem kto to do cholery jest! Błąd. Wystrzał ze strzelby. Niestety nie mojej. Ciężka kula dziurawi mi lewą dłoń. Dopadam do tynku celując w wejście do kuchni starajac się osłonić tę flankę jednak nieudolnie. Boli. Spoglądam na lewą dłoń.


Niech to szlag! Załatwili mnie. Chociaż nie do końca. Adrenalina uderza w żyły. Ból póki co jest jedynie tępym pulsowaniem. Nie będzie trzeba pompować. Mogę jeszcze oddać dwa strzały. Wystarczy jak lewą dłonią zwyczajnie podeprę broń. Chociaż to może boleć. Cóż. Takie chujowe to życie. Ale dobra. Czas spierdalać. Niestety jak na złość, tu gdzie stoję, przy schodach, nie ma żadnych okien. Mógłbym spróbować wyważyć od wewnątrz stalowe osłony. Mogłoby się udać. Na przykład w kuchni.

Podsuwam się do załomu korytarza. Światło latarki gaśnie. Jednym szybkim, płynnym ruchem wystawiam strzelbę za róg celując wgłąb korytarza. Tynk rozpryskuje się w białym pióropuszu rowalony przez brenekę, która uderza mnie w brzuch. Na szczęście tylko draskając. Pociągam dwa razy za spust celując raz w lewy i raz w prawy róg. Zaraz po tym, niemal natychmiast, starając się osłonić głowę ramieniem, spinam się i rzucam w kierunku kuchni. Udaje się! Ręka boli jak cholera, adrenalina wali do żył ale żyję! Nie cieszę się jednak zbyt długo.

W środku widzę Ursulę z rozbitą czaszką, spomiędzy której przesącza się mózg. Obok niej na plecach leży Ezechiel z jednym ze swoich noży wbitym w gałke oczną, oboje są nieprzytomni. Nieprzytomni? Kurwa! To worki z mięsem! Mój wzrok pada nagle na otwartą za dnia klapę w podłodze. W sumie. Może i to lepsze rozwiązanie? Nie ma czasu na wyważanie okien. Dopadam do niej. Spoglądam wgłąb. Mrok. Nic nie widzę. Piwnica nie ma okien, więc nie dociera tam żadne światło, nawet księżyca. Pieprzę. Skaczę. Upadadam na stos ciał. Czekam chwilę. Nic się tu nie porusza.

Przesuwam się wgłąb pomieszczenia na leżąco. Staram się ignorować ciała. Nieruchomieję. Zakładam ramię jednego z nich na swoje plecy by choć trochę ukryć plecak. Staram się udawać trupa. Strzelbę chowam pod siebie i dobywam Colta. Trzymam go w zdrowej dłoni zaraz przy piersi, celując sobie w szczękę. Tak na wszelki wypadek. Gdyby to były mutki... Ciarki przechodzą mi przez plecy. Nie dorwą mnie żywcem. Ttuchło, pod którym się połowicznie chowam wydaje się całkiem świeże. Spoglądam na niego. To Ridley. O zgrozo! Toż to przecież jakiś pierdolony horror! Przez głowę przechodzi mi absurdalna myśl, że przecież uratowałem mu wcześniej dupe! Powinien teraz się odwdzięczyć i schować mnie jak tylko może najlepiej.

Słyszę uginające się deski. Ktoś chodzi po kuchni. Przystanął. Czeka. Jak na złość pył, którego wyjątkowo dużo jest w piwnicy zaczyna wdzierać się do mojego gardła. Z trudem powstrzymuję gwałtowny atak kaszlu, jednakże z mojego gardła dobywa się zduszone odkaszlnięcie. Mimo to czekam. Nie śpieszno mi na śmierć. Będę tu leżał dopóki tamci nie polezą w pizdu. Kroki oddaliły się w kierunku jadalnii. Nie usłyszał mnie. Fart. Więc lezę dalej. Wgłąb pomieszczenia. Wstaję, staram się nie wdychać tego cholernego pyłu. Z góry dobiega mnie okrzyk.
- Tu Fray! Liczę do pięciu i wchodzę! Raz… Dwa… - odlicza do pięciu, po czym słyszę strzał.
Fuck! Więc dobrze myślałem, to ten pojeb. Idę wzdłuż ściany dalej, wgłąb pomieszczenia. Zakrywam lewym ramieniem twarz i staram się nie wdychać pyłu. Znajduję kilka pojemników z czarną substancją, przypominającą smołę, o której wspominał wcześniej Clyde. Ponadto dostrzegam małe okienko. Ale szybko rezygnuję z pomysłów na wydostanie się przezeń z tej masowej mogiły. Musiałbym najpierw pozbyć się większych gratów, grubszych ubrań, plecaka. Nigdy to oznaczałoby pewną śmierć.

Badam ściany dalej. Przesuwam się powoli i ostrożnie starając się przebić wzrokiem mrok. Przy okazji przyglądam się zwłokom. Zdaje się, że leżą tutaj pewnie z dwa, może trzy tygodnie. Nie widzę u nich żadnej widocznej mutacji. Większość z ubrana jest w grube kombinezony robocze pokryte grubą warstwą pyłu.

Naglę słyszę znów słyszę kroki. Ktoś ruszył w stronę piwnicy. Moje dotychczasowe oględziny nic nie dały toteż padam na ziemię spowrotem. Albo raczej na podłoże to znaczy zwłoki. Ukrywam co się da na ile się da tak jak wcześniej przykrywając się ręką i nogą nieboszczyków leżących tuż obok. Czuję się okropnie, ale nie ze względu na to, że wysługuję się tymi zeschniętymi ciałami. To coś gorszego. Czuję się jak ścigana ofiara. Nie bezbronna a jednak ofiara. Nie łup a jednak nadal ofiara. Zaszczuta i zdesperowana.

Leżę przykryty zwłokami. Po jakimś czasie humanoidalna sylwetka staje nad kręwędzią drzwi. Nie dostrzega mnie, jednakże ja widzę jej zarys doskonale. Czekam. Postać podnosi do góry jakiś przedmiot. Dochodzi mnie ciche kliknięcie. Światło latarki ogarnia zsyp. Światło prześlizguje się po mnie powoli. Postać wciąż mnie nie widzi ale pewnie domyśla się. Pewnie wyczuwa moją obecność. Po co inaczej by tu zaglądała? Chociaż kto wie. Czekam. Już i tak jestem ranny. Nie ma co pakować się w jeszcze gorsze tarapaty.

Tamten na chwilę znika za ścianą. Dobiega mnie odgłoś ładowania strzelby. Gość wraca i ostrożnie wchodzi do środka. Czekam. Nadal oślepia mnie światło latarki. Nie widzę kto to, jednak domyślam się. Humanoidalna sylwetka. Koniec czekania.

Strzelam nie celując w żadną konkretną część ciała, po prostu w postać, sylwetkę. Zaskakujący huk zwielokrotniony przez echo niemal zamkniętego pomieszczenia ogłusza mnie na chwilę. Mierzyłem już do gościa przez chwilę, więc nie dziwię się zbytnio gdy kula trafia i obala go na ziemię na stertę ciał. Skurczysyn jednakże dalej we mnie celuje. Twardy jest trzeba przyznać. Krzyknął z bólu. Ledwo słyszałem, ale krzyknął. Ciężko powiedzieć coś więcej tym bardziej, że już w następnej chwili wszelkie moje myśli rozprasza niemożliwy do zniesienia ból. Gość mnie trafił. I to w ranną już rękę. Tylko, że tym razem breneka pogruchotała kość promieniową.

Całą rękę mam w strzępach. Krzyczę. Obraz powoli się rozmywa. Próbuję jeszcze podnieść do góry rękę z bronią, ale ciało nie chce mnie już słuchać.

Odpływam.
 
__________________
Wieża Czterech Wichrów - O tym co w puszczy piszczy.

Ostatnio edytowane przez aveArivald : 25-02-2014 o 00:47.
aveArivald jest offline  
Stary 26-02-2014, 13:10   #30
 
Szarlej's Avatar
 
Reputacja: 2996 Szarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputacjęSzarlej ma wspaniałą reputację
Sen Randalla przerwał strzał. W tych czasach nie było to takie dziwne, ciągle ktoś do kogoś strzelał. Mimo to rozsądnym jest wstać. Fray zerwał się i zaraz zaniósł się kaszlem. Gdzieś w głębi budynku rozległ się krzyk, mężczyzny. Co dziwne nie było śladu po Ezechielu i Marii a zasypiali w jednym pomieszczeniu co staremu się chyba zbytnio nie podobało.
Podróżnik wiele nie myślał, działał jak zwykle, instynktownie. Obwiązał sweter wokół głowy robiąc pseudo turban, grunt to nie wdychać tego świństwa. Potem założył kaburę z shortym a w rękę wziął dwururkę. Upewnił się też, że w kieszeni spodni ma latarkę. Przez cały ten czas czuł uporczywy ból głowy. Ostrożnie wyjrzał na korytarz i nie zobaczył tam nikogo. Szarpanina, którą wcześniej słyszał chyba ucichła wraz z odgłosem upadania czegoś ciężkiego na ziemię. Mimo braku oczywistego zagrożenia, wydawało mu się, że ktoś schodzi z góry. Fray ostrożnie przykucnął maksymalizując ochronę jaką dawał mu winkiel i z wycelowanym shotgunem czekał.

Schodzący się pojawił. Humanoid. Z strzelbą w dłoni. Jedynym uzbrojonym w śrutówkę po za nim samym był Szajbus. W tym wypadku sprawa była prosta. Sprawdzić kto to. Jeśli był to Szajbus spróbować połączyć siły, jeśli się nie uda to zabić. Jeśli to nie będzie Szajbus to poprostu zabić. I tak Fray zrobił. Odpalił latarkę taktyczną.


[center][/cemter]

Co by nie mówić o wyglądzie Nemroda to na pewno nie był on a mutek. Randall nie celował bo potwór mógłby mu uciec, poprostu strzelił. Trafił. Pomiot Molocha z rykiem bólu skoczył w stronę schodów i tam zniknął. Randall w tym czasie najzupełniej spokojnie załadował świeży nabój do dwururki i czekał obserwując korytarz. Po pewnym czasie zgasił latarkę i przeszedł na drugą stronę przyczajając się tam. Brzydal w końcu się wychylił, przygotowany były nadzorca strzelił jednak breneka chyba chybiła. A może otarła się? Mutek strzelił. Śrut minął dosłownie o centymetr głowę człowieka i nawet o ktoś tak żelaznych nerwach jak on nie wytrzymał. Momentalnie przypadł za zasłonę, przytulił się skulony do ściany, chwilę czekając tam. Starał się uspokoić, opuścił dwururkę na zawieszeniu i wyciągnął drugą strzelbę ładując nabój do komory a na jego miejsce trzeci śrutowy. Gdy się opanował ostrożnie wyjrzał trzymając broń za oba chwyty. Czysto. Chwilę nasłuchiwał. Chyba ktoś był w jadalni. Ponownie opanowany Fray zaczął w tamtym kierunku się skradać po drodze zerkając również w stronę kibla i schodów. W kuchni dostrzegł dwa ciała. Ursuli z pękniętą czaszką, leżącą w kałuży krwi. Jej mózg powoli przesącza się przez złamanie. Na jej kolanach leży nieruchomy Ezechiel. W jego gałkę oczną ktoś wbił nóż. Kobieta wygląda, jakby umarła głaskając go po włosach. Fray obrzucił je krótkim spojrzeniem. Niezbyt się tym przejął, bardziej zarejestrował zagrożenie. Mimo to przez ułamek sekundy poczuł smutek. Może polubił twardego i bezlitosnego Teksańczyka? A może liczył, że zmierzy się z nim tak jak i z Rudym? Że będzie dobrą zwierzyną?

Z piwnicy usłyszał zduszone odkaszlnięcie. Mimo to Randall postanowił sprawdzić najpierw jadalnie. Drzwi jednak były zamknięte jakby ktoś je trzymał. Przez głowę Fraya przeszło, że to może Maria, spanikowana po śmierci swojego rodaka. Dlatego postanowił zawołać.
- Tu Fray. Liczę do pięciu i wchodzeę Raz… Dwa… Trzy... Cztery... Pięć...
Zero reakcji, Podróżnik strzelił. Otworzyły się z hukiem i wielką dziura, śrutówka w zamkniętym pomieszczeniu to potęga. W środku o dziwo było pusto a jedyne okno zostało zasołnięte metalowymi płytami. W tym momencie ciałem Randalla wstrząsnął gwałtowny atak kaszlu. Gdy się opanował schował shorty'ego i wyciągnął double defense. Stanął nad wejściem do piwnicy, w środku było ciemno, nie widział żadnego ruchu. Odpalił podwieszaną latarkę. Snop światła oświetlił tylko stos ciał. Randall poczuł drapanie w gardle.


***

Naboje wskakujące na swoje miejsce, karmiące małe potworki pragnące siać zniszczenie i śmierć. Pewne ręce zaciśnięte na uchwytach. Kiepskie oświetlenie zawęża pole widzenia. Skok. Miękka amortyzacja. Ruch, po prawej. Twarz, człowiek, chyba, pistolet, wycelowany. Strzał. Człowiek był szybszy. Kula powala drapieżnika jednak ten ściąga spust. Potężny nabój zdolny powalić niejedną bestie trafia, rzuca tamtym. Drapieżnik skacze w bok. Nurkuje w stosie ofiar. Martwych ofiar. One nie należą do jego świata. Po sekundzie wychyla się znowu. Człowiek próbuje podnieść pistolet, okropnie poharatane ciało go nie słucha. Drapieżnik pada. Wyławia go z mroku. Jego twarz. Otwiera usta. Zadaje pytanie przerwane atakiem kaszlu. Pył traktuje wszystkich jednakowo, drapieżnika i ofiarę. Mężczyzna już nie odpowiada, może nie zrozumiał? Traci przytomność. Drapieżnik podnosi jego broń, w umyśle błyska mu iskierka współczucia. Strzela. Skraca męki swojej ofiary. Następnie sprawdza teren, nie jego teren, teren pyłu. Zajmuje się raną, powierzchowną jednak raną. Następnie uzupełnia swoją armatę.

***

Randal klęczał tam gdzie jeszcze przed chwilą stał oświetlając piwnicę. Kaszlał. Wymiotował czarną mazią. Minęło kilka minut by mógł wstać, mimo to szedł osłabiony. Już miał pójść po swoje rzeczy, już był w pomieszczeniu w którym Ezechiel zostawił konia gdy usłyszał jak ktoś wyważa drzwi a potem krótką wymianę zdań.
- Popierdoliło? - charczący głos przebijający się przez dźwięki ulewy.
- Zamknij mordę i osłaniaj. - odpowiedział drugi.
Podróżnik wycofał się do jadalni, ostrożnie, po mału by tamci nie usłyszeli. Zaczaił się za ścianą przy drzwiach z krótszą strzelbą w dłoniach. Jednocześnie znalazł wzrokiem dwie kryjówki z których mógłby skorzystać. Przewrócony stół i stertę gruzu oraz desek.
Tamci zaczęli przeszukiwać pomieszczenia, cicho rozmawiając. W końcu dotarli do kuchni.
- Ty patrz. Tu jeszcze ktoś leży.
- Żyją?
- Nie, chyba nie… Tego ktoś nieźle po gałach upierdolił.
- Sprawdź tą piwnicę.

Jeden skierował się do jadalni, Fray z najwyższym trudem pohamował atak kaszlu. Mężczyzna był już prawie w progu, zatrzymał się krzycząc do drugiego.
- I?!
- Daj spokój w życiu tu nie wlezę.
- Zamknij ryj i do środka.

W pomieszczeniu pojawiła się najpierw lufa karabinu a potem sylwetka.

[


Nie zauważył, że lufa super shorty'ego porusza się zaraz za jego głową. Gruby śrut praktycznie rozsadza głowę. Opryskuje Randalla na ustach, którego wykwitł szeroki uśmiech. Wychylił się przeładowując broń.
- Do kurw…!
Więcej nie zdążył powiedzieć, pada, impet obala go do zsypu. Randall ciężko oparł się o futrynę drzwi, potykając się o martwe ciało. Bóle migrenowe rozsadzały mu głowę, kaszel trząsł całym ciałem, wywoływał ból w klatce piersiowej. Ciągle jednak stał. Opanował się. Był twardym sukinsynem.

Ostrożnie zbliżył się do zsypu, poświecił latarką. Mężczyzna chyba przeczołgał się w głąb piwnicy. Słyszał ciche sapanie i jęki. Biorąc pod uwagę ilość krwi nie miał szans wyjść z tego żywy.

Kaszel i bóle były spowodowane tym dziwnym pyłem, teraz gdy fizyczne zagrożenie zostało wyeliminowane musiał się stąd wydostać. Z trudem dotarł do wyjścia, zaraz przy wyważonych drzwiach ponownie upadł. Zaniósł się kaszlem. Czarna mgła zasnuła mu oczy, był pewien, że zaraz straci przytomność. Na wpół pełznąć, na wpół się tocząc wydostał się na zewnątrz. Na zbawienny deszcz. Wymiotów nie hamował, chciał się pozbyć świństwa z swojego ciała. Ostatnim wysiłkiem sturlał się do przydrożnego rowu. Obok leżał kawał brezentu, ostatnim przebłyskiem świadomości naciągnął go na siebie. Zamknął oczy. Zgasł.
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]
Szarlej jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:12.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169