Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Warhammer > Archiwum sesji z działu Warhammer
Zarejestruj się Użytkownicy

Archiwum sesji z działu Warhammer Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie Warhammer (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 26-09-2010, 21:52   #1
 
Bielon's Avatar
 
[WFRP] Rycerskie obyczaje I

Rycerskie obyczaje cz.1





Berenger, pan na włościach i jeden z ostatnich żyjących potomków Jeana d’Arvill, czołgał się przez paprocie modląc się do Panienki, by dane mu było ujść cało. Zmrok jaki powoli zapadał nad gęstwiną leśną zdawał się mu sprzyjać, lecz on wolał nie cieszyć się na wyrost.

Pod Twoją obronę uciekamy się,
święta Panienko,
naszymi prośbami racz nie gardzić
w potrzebach naszych,
ale od wszelakich złych przygód
racz nas zawsze wybawiać,
Panno chwalebna i błogosławiona.
O Pani nasza,
Orędowniczko nasza,
Pośredniczko nasza,
Pocieszycielko nasza.


Słowa modlitwy dudniły mu w głowie, lecz on wciąż rozpamiętywał zasadzkę w jaką wpadł ze swoimi ludźmi. Jak dał się podejść jak dziecko rzucając się na obóz du’Ponte i atakując jego „śpiących żołdaków”. Wciąż pamiętał bezmiar zdumienia Marcela, gdy bełt wystrzelony z zasadzki wbił mu się w pierś szkarłatem plamiąc szarą opończę. Pamiętał młodego, butnego osiłka, Gerlena, którego trzy bełty zmiotły z powierzchni tak, że nakrył się w biegu, w szarży, butami. Pamiętał też siebie, jak miast iść im w sukurs skrył się za wielkim pniem a zaraz później zsunął w bagno. Skrył się pośród tataraków i trzcin wybierając raczej topiel niźli śmierć z ręki du’Ponte. Bo, że zasadzka była dziełem Cedryka du’Ponte wiedział to od razu. Panienka jednak nad nim czuwała. Nie pozwoliła utonąć. Nie pozwoliła zginąć. Wyprowadziła go na suchy brzeg kilkadziesiąt kroków od zasadzki, gdzie wciąż trwała walka. Tu zaczął pełznąć wśród paproci modląc się do Niej o łaskę …. I nie zawiódł się…


- Kogo to oczy moje widzą! – słowa były wypowiedziane głośno a Berenger d’Arvill spojrzał w górę i ujrzał zimne oczy Alofsa, Łowczego du’Ponte. Mierząca mu pomiędzy oczy kusza zmuszała do posłuszeństwa. Stary rycerz w tej jednej chwili zrozumiał, że przegrał. Zrozumiał, że zawiódł swoich przodków dając kolejny przyczynek do chwały du’Ponte. I zrozumiał coś jeszcze. Że oto ostawił swe ziemie na pastwę losu. I na łaskę Panienki. Podobnie jak i niedojrzałego syna, ostatniego potomka rodu. Rodu, który wraz z nim mógł przestać istnieć…

===============================================

Trzy godziny po zabiegu:

Ja Armand, piszę te słowa, choć wiem, że nie znajdzie się nikt, kto je przeczytałby kiedykolwiek. Zamknięty w wieży mogę jedynie zajmować się rannym, co niniejszym czynię. Mój pan kazał mi zająć się rannym, który bez ducha, nagi, ranny w głowę i pierś trzykrotnie, został mi przyniesiony przez sługi na marach. Zatem zająłem się ze wszelką swą wiedzą i kunsztem, choć wiem ja, że bliski jest jego koniec.

Rannego ułożyć kazałem jak, nakazuje sztuka, głową ku północy. Przyniesioną wodą rany obmyłem, krawędzie oczyściłem ze skrzepliny i zgnilizny, która już wdała się w brudne rany. Oczyszczone rany posmarowałem sadłem niedźwiedzim i chlebem z pajęczyną obłożyłem. Dopiero wówczas naparem z beladonny opatrunek nasączyłem a wszystko okryłem lnianymi szmatami w beladonnie namoczonymi. Pozostało czekać, lecz ja, biedny zamknięty w wieży eremita, nic więcej uczynić nie jestem w stanie.

Siedem godzin po zabiegu:

Przypłynęli jako ostatnio łodzią wioząc prowiant i napitku dla dwóch. Jakby ranny ozdrowieć mógł tak szybko. Pytali o niego, czy gadał co i czy się ocknął, alem zgodnie z prawdą zaprzeczył. Dałem im spisaną na pergaminie listę niezbędnych mi utensyliów, które w mieście łacno kupić można a przy opiece nad rannym wielce się przydać mogą. Ranny zasię żyje, choć bez ducha leży a gorączka, dreszcze i brak przytomności wyraźnie wskazują na to, że koniec jego bliski. Rany powtórnie obmyte, zaognione się okazały. Czas rannego już policzony.

Dziesięć godzin po zabiegu:

Teraz już wiem, jakim byłem ślepcem. Ranny nie ocknął się jeszcze, choć gorączka nieco zelżała. Jednak imię, które w malignie powtarzał sprawiło, że ja, zamknięty w wieży od dwudziestu lat eremita poznałem oblicze człowieka, który zratował mi życie. I wiem ja, że nie spocznę póki nie uczynię wszystkiego, by go z tej opresji wydobyć. D’Arville. Imię, zawołanie, ród a tu, na ziemiach du’Ponte również przekleństwo. Wiem ja już, czemu ranny został do mnie dostarczony. Nie godzi się wszak porywać szlachcica, nie godzi się porywać sąsiada. Ja jednak zrobię, co muszę. Niniejszym więc kreślę słowa sekretnego listu i modlę się do Panienki, by udał się mój plan. Bo wiem, że niepowodzenie okupię swym życiem.

============================================

Do D’Arvill wieść przyniósł Pierre Luclac, dziesiętnik w służbie Wielmożnego Berengera D’Arvill. I jak przystało na zwiastuna złych wieści spotkała go śmierć, choć nie z rąk tych ku którym zmierzał a wyłącznie z ran, które odniósł podczas boju. Nim jednak zmarł zdołał opowiedzieć rwanymi, wydobywanymi siłą słowy o tym co spotkało Lorda i ludzi, którzy z nim społem ruszyli na łowy. O zasadzce, którą zdradziecko uczynił na nich w borze ludzie du’Ponte. O rzezi zbrojnych i sług, którzy ruszyli w las. O tym jak z łowców zamienili się w zwierzynę. I jak niczym owa zwierzyna uciekał. Aż w końcu dotarł do domu. By tu umrzeć. Jednak jego śmierć nie poszła na marne. Zdołał przekazać wieść i przestrzec miasteczko i młodego panicza oraz jego świtę. du’Ponte szykowali zapewne zdradziecką napaść, ale na to D’Arvill miało być gotowe…



================================================

Nie nawykli do tłoczenia się w tak małych izbach. Jednak Mistrz Cecile, biegły jurysta który w D’Arvill praktykował od wielu lat, nalegał aby spotkanie odbyło się u niego. Dla niektórych przybycie tu było swego rodzaju dyshonorem. Wyuczony kiep z gminu zmusił ich do zniżenia się do jego poziomu i porzucenia zamku na rzecz jego domu w centrum miasta. A można wszak było posłać po niego zbrojnych i z pętlą na szyi przywieść na zamek. Można… ale nikt przy zdrowych zmysłach nie uczynił by tego. Mistrz Celicle miał bowiem przyjaciół na wielu dworach a sam znany był z tego, że załatwia najdziwniejsze sprawy, których nikt inny podjąć by się nie zgodził. Poza zwykłymi sprawami wymagającymi biegłości w prawie ziemskim, miejskim i rycerskim Cecile znany był jako specjalista od rozwiązywania wielu … problemów. A rozwiązania, które proponował i przeprowadzał, zwykle satysfakcjonowały zleceniodawców przez co czasami ustawiały się do niego kolejki oczekujących. Tym bardziej zaproszenie do niego było wyróżnieniem, choć ci, którzy wychowali się na zamku spoglądali na wszystko nieco inaczej. Mistrz Cecile żył w D’Arvill z łaski włodarza tych ziem i cieszył się jego opieką. Był winien swemu lordowi coś więcej niźli samo posłuszeństwo. Pozostali, ludzie z gminu choć od lat w służbie Berengera D’Arvill lub przyjezdni, którzy jednak czas jakiś gościli już na jego dworze, na komnatę zerkali zupełnie innym wzrokiem. Dla nich wizyta tu była swego rodzaju wyróżnieniem i nagrodą, zważywszy na towarzystwo w jakim się znaleźli. I kto ich zaprosił. Można było tylko domyślać się czemuż to Mistrz Cecile nalegał by przybyli. Choć nie każdy z nich miał taką wyobraźnię.

Izba była przestronna, choć ludzie nawykli do wielkich sal zamkowych zdawali się stłamszeni w gabinecie jurysty. Wysokie półki uginały się pod ciężarem zbiorów pism i ksiąg, których wartość musiała być ogromna. Równie opasłe tomiszcza stały ustawione w stosach pod ścianami oraz pomiędzy meblami sprawiając w pomieszczeniu pozór rozgardiaszu i ścisku. Jednak tak po prawdzie Mistrz Cecile, gdyby kazać mu wyszukać w owych zbiorach złożony tu niegdyś dokument, odnalazł by go w dwa pacierze. W swoim królestwie moli był prawdziwym władcą. Siedzieli na rzeźbionych krzesłach, choć dziwacznie się czuli wszyscy. Jedni siedząc wobec tych, którym na co dzień usługiwali bądź których polecenia wykonywali a drudzy siedząc z plebsem i chamstwem. Uczucia jednak nie smakowali wpatrzeni w dokument, który majestatycznym gestem wydobył ze skrzyni gospodarz. I który to dokument okazał, jako zapieczętowany i opatrzony insygniami ich pana, Berengera D’Arvill. Wątpliwości nie mogło być żadnych, bo w laku pieczęć i klejnot odciśnięte były wyraźnie. Okazawszy wszystkim zapieczętowany dokument Mistrz Cecile złamał pieczęć i rozwinął jasny rulon pergaminu. Który był powodem dla którego się tu wszyscy znaleźli…

===============================================

Stary człowiek spojrzał podejrzliwie na dwóch solidnych byczków, którzy przynieśli mu listę spisaną odręcznie rozchwianym pismem na karcie pergaminu. Nie wyglądali na takich, którzy byli by w stanie pisać czy czytać. To tłumaczyło wiele, choć nie wszystko. Jednak człek, który dzierżył pergamin nie był znany z tego, by przeciwstawiał się ludziom takim jak ci, którzy właśnie go odwiedzili. Stary cyrulik o dawno zgaszonym wzroku nie był tym, kim był niegdyś.

- Tu jest napisane… - zaczął, ale nie dane mu było skończyć. Jeden z dwóch byków rąbnął pięścią w blat jego kontuaru, którym odgradzał się od nazbyt nachalnych gości i błyskawicznym ruchem schwycił go za połę koszuli przyciągając do swojej, śmierdzącej winem twarzy.

- Gówno mnie obchodzi co tam jest napisane. Jak bym kurwa chciał czytać to bym się tego, ten no… - wyraźnie zgubił myśl. Drugi zarechotał i podpowiedział usłużnie – Nauczył. Choć jak cie znam Rand, nie nauczył byś się nawet swego imienia. Nawet jak by ci je gorącym żelazem na dupie wypalili, hahaha!

- Ty kurwa co się śmiejesz? Takiś doktorus? To sam czytaj! – ten zwany Randem nie puścił starego cyrulika, który się nawet nie wyrywał. Znał takich jak oni i wiedział, że krzywdy mu nie zrobią a tylko chcą nastraszyć. Tyle, że on się już nie bał. Strach zmarł w nim przed laty…

- Dawaj dziadku co tam napisane i szybko. Dziewki stygną… - cyrulik puszczony niedbałym gestem opadł na kontuar z głośnym sapnięciem, które sprawiało wrażenie ulgi. To rozbawiło dwójkę na tyle, że dali mu spokój. Tym bardziej, że w oko wpadła im jakaś pannica, która miała dość pecha by przechodzić opodal. Ich gromkie komentarze jej urody burzyć mogły krew niektórym przysłuchującym się ludziom nie nawykłym do tak prostackiego zaczepiania białogłów, ale z kolei noszony przez nich oręż odradzał polemiki. Wiedzieli to i zachowywali się wyzywająco. Jak zwykle.

Odnalezienie wszystkiego z listy staremu zajęło chwilkę. Po chwili z pergaminem w dłoni i koszykiem pełnym medykamentów stanął za swoim kontuarem. Odchrząknął głośno by zwrócić na siebie uwagę zbirów.

- Wszystko mam, już spakowałem … Panom. Należy się dwa ludwiki. – powiedział skruszonym głosem. Znał z góry odpowiedź, ale nadzieja nie pozwalała mu nie spytać.

- Do swego pana się zgłoś i powiedz, że Rand i Barnaba cię posłali po zapłatę, hahaha! – żart musiał być przedni, bo biorąc koszyk zaśmiewali się do rozpuku. W drżącej, usianej plamami dłoni podał im pergamin z którym przyleźli. Rand zadowolony już widać z jego sprawności, jedynie wytrącił mu niedbale pergamin z dłoni. – Se w rzyć wsadź! – warknął na odchodnym. Wnet wyszli spiesznie. Panna znikła im w zaułku i musieli się spieszyć.

To nie martwiło starego cyrulika. A pergamin podniósł równie spiesznie, co tamci wychodzili. Raz jeszcze czytając rozchwiane pismo.

„ Uncja beladonny, kwarta oleum Dillenia alata oraz wywary z Laelia superbiens, Lagerstroemia regia i Syngenesia polygamia frustranea. Do tego maść z Vaccinium salignum. Ja Armand, eremita i wywołaniec żyjący w wieży Point du Mer Diable, błagam o pomoc! Trzy dni temu przywieziono mi usieczonego rannego, który najpewniej jest …”

Wiedział, że coś z tym zrobić będzie musiał. Choćby z czystej sympatii do Randa…

============================================

„ Ja niżej podpisany, w obecności Mistrza Cecila, którego biorę na świadka, wzywam was wszystkich obecnych i powołuję do Bractwa na równych prawach bez wyjątku żadnego. Wiem ja, że dla wielu z Was będzie to dziwnym się zdawało, ale ręczę, że nie minie nawet rok, gdy wszystko co ukryte odsłoni przed wami swą tajemną prawdę. Zatem Bracia … i Siostry. Ja Berenger D’Arvill, świadom swej rychłej śmierci, wzywam was swą ostatnią, pośmiertną wolą, do wypełnienia jedynego zadania i celu, którym dla Was przewidział. Wolą moją bowiem jest, byście wspólnie złożyli ślub wierności memu jedynemu synowi, Malcolmowi D’Arvill, oraz zadbali o to, by ród mój nie zginął. Oraz o to, by me ziemie nie wpadły w ręce przeklętych du’Ponte. Taka jest ma wola a mocą tego testamentu powołuję do życia owe Bractwo, którego członkami chcę byście byli. I o co was w mej ostatniej woli proszę. Bo choć nakazać to mógłbym, zza grobu jedynie prosić mi pozostało. Bractwo D’Arvill dzięki Wam zachowa me włości dla moich potomków i ocali je przed pazernością zdrajców du’Ponte. Odpłatę tym ostatnim zostawiam synowi…”

============================================

Mistrzowi Cecilowi nie drgnął głos, choć wielu z obecnych głośno westchnęło słuchając czytanej przezeń ostatniej woli ich niedawnego suzerena. Raz, że czytane przezeń słowa z całą pewnością czytane były w przekonaniu, że D’Arvill nie żyje. Dla zgromadzonych w domu Mistrza Cecile już to stanowiło szok. Wszak ledwie tydzień temu wyruszył na łowy, na których bywało, że i pół miesiąca bywać zwykł. Teraz zaś mówiło im się, że nie żyje. Zmarł. Przyniesione wcześniej wieści uznano za plotki i posłano umyślnych, by sprawdzili czy aby umierający dziesiętnik w gorętwie głupot nie gadał. Teraz jednak otwierano ostatnią wolę pana na D’Arvill. To znaczyło, że Lord Berenger zmarł. To zaś znaczyło wiele zmian na zamku wśród których ta, mająca miejsce w tej komnacie, znaczenie miała najmniejsze. Tak przynajmniej myśleli. Dwa, że jego wola łączyła ich dziwacznym węzłem, którego rozum ich nie w pełni pojmował. Trzy zaś, że stawiał przed nimi zadanie, którego wcale tak łatwo wykonać się nie dało. I to zadanie na lata. Czym zasłużyli sobie na takie zaufanie? Czym zasłużyli sobie na ten … zaszczyt? Czym… podpadli losowi, że uwikłał ich w trwające już kilka wieków porachunki? Wiele pytań cisnęło się im do ust, lecz nie każde mogło znaleźć odpowiedź. Nie każde nawet mogło paść z ich ust. Z pewnością jeszcze nie teraz…

- Panie! – drzwi rozwarły się z hukiem a służący w granatowej liberii, który zakłócił spokój zgromadzenia, od progu kłaniał się w pas zmierzając jednak nieubłaganie ku swemu pryncypałowi. Widać sprawę miał arcy pilną, bowiem nie zatrzymało go pełne zaskoczenia sapnięcie któregoś z gości jego pana ani też jego spojrzenie, które gdyby miało moc spalania spopieliło by sługę. – Panie! List z du’Ponte do was adresowany. Pode drzwiami znaleźlim! Nie wiada kto go ciepnął, bo nikto na ulicy jakeśmy wyjrzeli.

- Daj Kosma i wyjdź! – powiedział Mistrz Cecile odbierając z rak sługi złożony pergamin, który wyraźnie był sfatygowany nielicho. Kosma chwilkę, ledwie mgnienie, czekał na coś sycąc swój wzrok widokiem Lady Lucienne. Jednak wnet ruszył do wyjścia, wciąż w głębokim ukłonie, jednak tak kierując swe kroki, by choć przez chwilę pozostać w jej aurze, poczuć woń perfum, musnąć skrawka sukni. Jednak nie zatrzymał się ani na chwilę. Ani na ułamek chwili i wnet zamknęły się za nim ciężkie, drewniane drzwi. Cecile w tym czasie już zdołał rzucić okiem na pergamin a bladość jego oblicza nie pozostawiała złudzeń – wieści były istotne. Wnet jednak i oni zdołali się przekonać, że takimi są w istocie, bowiem Cecile przeczytał list na głos.

- Proszę o uwagę, bo wieści dziwne i ważne być mogą. Otóż ktoś nam pisze tu tak… – Cecile wstał i podszedł do okna starając się uważniej przyjrzeć tekstowi, po czym zaczął czytać.

„Panie. Wiem, że spraw wiele Pan jest w stanie załatwić. Nikogo innego, lepszego w D’Arvill nie znam. Otrzymałem wieści, że w wieży Point du Mer Diable niejaki Armand opiekuje się rannym. Ma to być Lord D’Arvill. Strzegą go zbrojni. Dwaj mnie odwiedzili po leki. To może być prawda.”

- Podpisano „Przyjaciel”. Ciekawe czyj… – Cecile raz jeszcze spojrzał bliżej na pergamin, powąchał go, obejrzał raz jeszcze. Oni zaś pomknęli oczyma wyobraźni ku owianej złą sławą wieży Point du Mer Diable. Wzniesionej na skale, którą opływały wartkie, zwodnicze prądy, często atakowaną przez sztormy, gdzie niegdyś zamykano szaleńców. Wieży, gdzie ducha wyzionęło nie mało obłąkanych. Takich, których nie godziło się zabijać. O których rody chciały zapomnieć. Wieży o której mówiło się, że w jaskiniach u jej podnóży śpi diabeł morski. Wieży omijanej przez ptaki, ryby i rybaków. Przeklętej wieży, jedynej w swoim rodzaju u wybrzeży Akwitanii. I o tym, kto się ma tam znajdować…



================================================== =

W „Zajeździe pod Złotą Monetą” jak zwykle o tej porze było tłoczno, jednak Młokos nie poświęcał uwagi wszystkim gościom. Dla pytających o niego był nieobecny. Miał dość ludzi do tego, by samemu zajmować się tym, czym chciał. Tym razem słuchał. Nie czynił tego zbyt często, jednak trójka zbirów, którzy szastali na lewo i prawo ludwikami i zamawiali najdroższe żarcie do alkierza, którego to słowa nawet nie byli w stanie poprawnie wymówić, była swego rodzaju ciekawostką. Czymś tak dziwnym co wymagało poświecenia jemu odrobiny uwagi. Gdyby Młokos nie był czuły na takie sprawy, nie byłby tym kim był. I nie miałby tego co miał. Teraz siedział z uchem przy ścianie nasłuchując pijackich przekomarzań swych gości w alkierzu. Specjalnie spreparowane otwory pozwalały mu słuchać nie będąc widzianym. Wcale często z nich korzystał, choć nie zawsze osobiście. W tej trójce było jednak coś, co sprawiło, że postanowił zająć się nimi sam. Wysłuchawszy ledwie kilku zdań wyrwanych z pijackiego bełkotu zrozumiał, że było warto. Choć sam przed sobą musiał przyznać, że póki co nie wiedział, jak zdobytą informację wykorzystać. I raz po raz powtarzał w myślach pijackie słowa, by nie zapomnieć. Zapisać ich nie było ni jak ni czym. „Ale wiesz Gascoin za co cię szanuję? Tak! Szanuję cię! Głupiś, ale cie szanuje, boś Alofsowi w pysk wykrzyczał, że D’Arvilla my złapali, nie on. Kurwi syn jeden już się pewnie z nagrodą witał. A tak Du’Ponte za swego wroga zapłacił nam, nie jemu. I to jak! Królewska to zapłata, hojny pan Cedryk, jako ten książę. Ale ponoć płacić miał czym, bo na kolektora się sadzi, co na dniach ma być w okolicy. A później kupę zbiera na wojenną wyprawę na sąsiada. Pójdziem braciszkowie, oj i znów grosik wpadnie w kieszonkę. A jak wpadnie, to znów się zabawim…” Wymyślne opowieści o jeszcze wymyślniejszych zabawach Młokosa interesowały już mniej. Mimo to słuchał jeszcze długo, dopóki pijackie gadki nie zamieniły się w pijacki bełkot. A ten w chrapanie…



================================================== ===


Powodzenia Wam życzę wszystkim. Miasto opiszę w następnym poście, jak będę wiedział jak Wy je widzicie. Dodam tylko, że D'Arvill to nie metropolia. Ale też nie kozia wólka. Powdzenia raz jeszcze...

.
 
Bielon jest offline  
Stary 27-09-2010, 13:28   #2
 
Eliasz's Avatar
 
Kolorowe, dobrze dopasowany niemalże szlachecki strój odzwierciedlał funkcję halflinga - podobnie jak rzeźbiona laska zakończona posrebrzaną rękojeścią, która zazwyczaj wskazywał i dyrygował służbą. Od biedy służyła do wykonywania prostych kar cielesnych na niepokornej służbie. na szczęście nie musiał specjalnie poganiać służby - ta dość szybko nauczyła się, że halfling jest wszędobylski i nie mają szans odpocząć w ukryciu. Gdyby tylko wiedzieli jak ważne jest dokładne przygotowanie balu, zorganizowanie zamkowego zaopatrzenia czy choćby wysłanie delegatów we właściwym terminie nie obijaliby się tylko pomagali Tupikowi ze wszystkich sił... oczywiście halfling nie był na tyle durny aby w to wierzyć, chłopi robili swoje i ani myśleli jeszcze dodatkowo się starać aby podnosić reputację ich panów. Tupik przeciwnie, dwoił się i troił, aby jego służba wypadła jak najlepiej i przyniosła wymierne korzyści D'Arvillom. "Może dlatego zostałem wybrany na spotkanie u Mistrza... może ktoś wreszcie docenił moje starania?" - zastanawiał się Tupik w drodze.

Gdy już pojawił się u mistrza zdumiał się w jak doborowym towarzystwie się spotkał. Były tu osoby które znał już zamku - jak choćby lady Lucienne czy Zygfryd de Leve , jednakże nie miał do tej pory z nimi więcej do czynienia, różnice w urodzeniu determinowały ich dotychczasowe relacje. Tupik dbał o pokój i potrzeby Lady, podsyłając jej najczęściej służki, z magazynem wojskowym miał zaś do czynienia tyle co nic, no chyba że akurat ściągał zapasy oliwy czy bełtów, ale i tu zazwyczaj musiał być informowany o brakach, gdyż głównym punktem jego zainteresowania i jedynym towarem którego nigdy nie zabrakło - było jedzenie, a tu halfling sam się prześcigał w pomysłach jak tu je urozmaicić i jak zrobić jeszcze większe zapasy...
Chuderlawy choć bogato ubrany halfling otworzył usta ze zdumienia gdy słyszał ostatnią wolę Lorda Berengera.
Tupik długo jeszcze nie mógł ogarnąć całości sytuacji. Nie wiedział jeszcze jak to wpłynie na jego służbę w zamku, ale domyślał się , że w sposób ogromny. Właśnie zaczęła docierać do niego informacja o haniebnym i podstępnym ataku na jego pana. Tupik już i tak miał dług wdzięczności za przyjęcie go do służby, a tu jeszcze takie coś - wciągnięcie go do bractwa które zrównywało status wszystkich doń należących, a że było tam kilka wyśmienitych i dobrze urodzonych person to i halfling zakwalifikowany do owej grupy czuł jakby po raz drugi Berenger D’Arvill wyświadczał mu przysługę. "Jak mogłem nie wiedzieć o zasadzce? Niech no ja kurka dopadnę mojego informatora na zamku du’Ponte ..." - co prawda wątpił aby zamkowa pomywaczka mogła mieć jakieś pojęcie o szykowanym zamachu, no ale od tego przecież tam była, aby nadstawiać uszu i uprzedzać o tego typu planach. Zresztą płacił to i wymagał, a póki co wieści przynoszone przez sprzątaczkę nadawały się tylko do plotek - choć dobre było i to...

Śmierć Lorda Berengera mogła nieźle namieszać w stanowisku piastowanym przez Tupika, mało to było konkurentów na jego miejsce? A może komuś się naraził, podczas piastowania swego urzędu a jedyną osłoną był sam lord którego teraz zabrakło? tyle pytań i tak wiele wątpliwości , a przede wszystkim strach przez nieznanym, przed kolejną zmianą, pół biedy gdyby przydarzyło się to na początku gdy tylko się pojawił w okolicy , a nie teraz...Tyle wysiłku i starania aby umościć sobie gniazdko na zamku i wszystko to mogło ulec zniszczeniu i to z dnia na dzień.

Jaka rolę w tym wszystkim odgrywał Mistrz Celicle tego jeszcze Tupik nie wiedział. Wiedział natomiast , że mistrz był jego jedynym konkurentem z prawdziwego zdarzenia jeśli chodziło o załatwianie spraw różnorakich. Tupik nie mógł z nim zresztą stawać w szranki, gdyż ilość i jakość kontaktów i pracowników jakich miał przewyższała możliwości tupikowskie - choćby z racji czasu jaki miał na przygotowanie swojej siatki ludzi...

Berenger D’Arvill zaskoczył wszystkich swoją ostatnią wolą - Tupika przede wszystkim tym, że zrównał go w ramach Bractwa ze stanem osób wysoko urodzonych, a była to nobilitacja której wcześniej nawet nie kosztował. Oczywiście zdarzało mu się podróżować w towarzystwie szlachty, a nawet jak ostatnio - służyć jej, ale zawsze wiedział gdzie w tym zaprzęgu jest jego miejsce... Tymczasem "Bractwo" a przynajmniej ostatnia wola Berengera D’Arvill zmieniała ową sytuację zupełnie.


Bractwo D’Arvill... Tupik rozważał wszelkie aspekty ostatniej woli Berengera D'Arvilla , najważniejszym z nich było zapewne podniesienie statutu halflinga, który ze zwyczajnego chłopa z urodzenia a mieszczanina z wychowania stawał się ... niemal szlachcicem. Jak można by bronić i chronić ziem przez zakusami du "Pontów, jeśli się nie ma zasobów - ludzi i pieniędzy... Tupik domyślał się więc, że owe Bractwo nie będzie funkcjonowało jedynie z nazwy... Możliwości?? Czyż członkowie Bractwa, bezpośrednio wybrani przez Berengera mogliby mieć lepszą legitymację do zarządzania włościami pana , niż ostatnią wolę w której powierza im to wszystko? Nie mówiąc już o szacunku i splendorze jaki musiał spływać na członków owego bractwa - szczególnie na ziemiach D'Arvillów.


Była tez druga strona metalu, Tupik doskonale zdawał sobie sprawę, że członkowie Bractwa będą ścigani i eliminowani przez du'Pontów
choćby z racji samej przysięgi wierności i lojalności jaka mieli złożyć wobec syna Berengera. Nie mówiąc już o faktycznym ściągnięciu na siebie uwagi - poprzez wykonawstwo ostatniej woli D'Arvilla.

Zamierzał przygotować się na każdą ewentualność, póki istniał choć cień szansy na to że ich pan wciąż żyje, należało to dokładnie sprawdzić. Posłaniec co prawda zniknął pozostawiając podrzuconą wiadomość, ale jej treść sama wskazywała na to kto mógł ją wysłać.
"Dwaj mnie odwiedzili po leki" - a kogóż to się odwiedza po leki jak nie aptekarza tu dzież prywatnego cyrulika?" - zastanawiał się w duchu.
Tupik doskonale zdawał sobie sprawę, że może to być podstęp mający na celu wyrżnięcie ostatnich obrońców rodu D'Arvill , jednakże przeciwko takim podejrzeniom przemawiały co najmniej dwie sprawy. Ponieważ zamach , podstępna pułapka jaką uszykowano na Lorda miała pozostać w tajemnicy dziwnym by było gdyby to du'Ponty wysłały informację o rannym Lordzie - niejako sugerując, że nastąpił zamach.
Poza tym można było dość łatwo sprawdzić, czy faktycznie aptekarz czy lekarz napisał prawdę - wystarczyło go znaleźć i osobiście przesłuchać. Miała być to pierwsza rzecz jaką Tupik wykona przed podróżą do osławionej złą sławą wieży. na pewno nie ostatnią bo wyzbycie się - choć na krótki czas funkcji kamerdynera nie było takie proste, musiał wszak wydać wiele poleceń , nie mówiąc już o innych działaniach jakie zamierzał podjąć. Wiedział, że na efekty będzie trzeba poczekać a podróż do wieży z nadzieją odnalezienia Lorda z pewnością ten czas oczekiwania by przyśpieszyła.

Poza tym wchodziła w role jeszcze jedna ważna kwestia, jeśli Lord był ranny to mógł wymagać opieki medycznej także podczas podróży powrotnej do zamku, Tupik wiedział, że jego umiejętności mogą być podwójnie cenne bezpośrednio w wieży i poza nią.

Jedyne czego się obawiał, to że zamek pozostanie zupełnie nie strzeżony, nie wyobrażał sobie jak mógłby funkcjonować czy opierać się przez skrytobójcami i złodziejami. Nie wątpił , że bractwo będzie musiało się rozdzielić aby dopilnować bezpieczeństwa zamku i potomka Lorda, Tupik zaś dopóki nie wiedział kto zostanie a kto pojedzie po Lorda sam nie mógł się do końca zdecydować, wybierając między przyjemnością a obowiązkiem -
tym bardziej że już sam nie wiedział czy pozostanie na zamku będzie spełnieniem obowiązków - czy też ratowanie Lorda, czy większą przyjemność zaczerpnie z nieznanej podróży, czy z wygody pozostania na zamku...
Na te pytania zamierzał szybko znaleźć odpowiedzi.
 
Eliasz jest offline  
Stary 27-09-2010, 16:35   #3
 
Mike's Avatar
 
Yavandir
Elf krzesło odstąpił godniejszym od siebie, nie żeby poważał aż tak miejscową elitę, wręcz przeciwnie. Miał ich w wielkim poważaniu, po prostu krzesła były kurewsko niewygodne. Ale nikt nie powiedział, że przyszedł tu dla przyjemności. Rozpiął skórzaną kurtę, bo się lekko zagotował, gdy usłyszał rewelacje jurysty. Do tego wciąż wyrzucał sobie, że dał się Berendarowi wysłać na łowy na kłusowników. Jednego co prawda ustrzelił, ale teraz to nie miało znaczenia. Gdyby był z nim sprawy inaczej się mogły ułożyć.
Gdy tak siedział w kucki w kącie, zdawać by się mogło, że przywarował tam wilk. Lekko skośne ślepia, ostre rysy i szczupła, wręcz chuda twarz i do tego ogolony na łyso łeb nadawały mu zwierzęcy charakter.
Zaprzęgnięcie go do bractwa przyjął spokojnie. Nie takie rzeczy już mu się przydarzały. Bardziej przejmował się Berengarem, uważał go za coś w rodzaju przyjaciela. Może nie oddałby za niego życia, ale z pewności nie miałby oporów by komuś przewietrzyć flaki by Berengarowi dobrze się wiodło.

- Dajcie mi ze dwóch ludzi w orężu biegłych, ruszę do wieży i zbadam sprawę. – powiedział wstając – jeszcze cyrulika jakiego coby w drodze Berengarem się zajął. Okolicę znam jako tako, da się kawałek podjechać końmi, kołyskę się zrobi i przywiezie go. A tamtych…
Nie dokończył, bo i potrzeby nie było. Zresztą każdy, kto go znał, a znali chyba wszyscy obecni wiedział, jak rozwiązywał sprawy.
- Chyba, że któryś zda się wam na coś żywy?
 
Mike jest offline  
Stary 27-09-2010, 16:40   #4
 
Sythriel's Avatar
 
Lady Lucienne przybyła do mieszkania jurysty ubrana w prostą brązową suknię, skórzane buty, rękawice i pelerynę z kapturem. Wszakże po rzekomej napaści na jej pana anonimowość stała się rzeczą nieodzowną. W takim stroju jedynie unoszący się wokół niej aromatyczny zapach lawendowych perfum wyróżniał ją z tłumu mieszczan. Zdawała sobie sprawę, że taki efekt nie jest trwały, wystarczyło by zdjęła kaptur ukazując piękną twarz owianą kasztanowymi włosami i już była w centrum uwagi. To zdecydowanie utrudniało życie…

Zasiadając na rzeźbionym krześle była zaintrygowana, nawet bardzo.
„W jakim celu zostały zebrane tak różne osobistości? Tu!? U człowieka który szczyci się opinią najlepszego szpiega rodu D’Arvill!? To musi być coś znaczącego.” – pomyślała.

Wkrótce po tym jak Cecile przeczytał list okraszony pieczęcią jej pana przekonała się, że miała rację.

Była w głębokim szoku. „Zostałam wybrana do trudnego zadania. Tylko po co? Co mogę zrobić aby uchronić spuściznę mego pana? Pan Zygfryd z pewnością potrafi obronić panicza Malcolma, to wspaniały taktyk i szermierz. Nasz drogi majordomus Tupik na pewno zdoła zadbać o sprawy organizacyjne zamku. Jak okiem nie spojrzeć sami tu mężowie. Co może kobieta wśród takiego towarzystwa? Chyba tylko herbatą częstować. Wiem jedno, muszę osobiście zaopiekować się Malcolmem, chłopak bardzo przeżył śmierć matki, mojej pani ukochanej. Jeżeli teraz nikt go nie wspomoże zginie prawdopodobnie z żalu a na to pozwolić nie mogę.”

Głęboka zaduma, która wtargnęła do jej umysłu sprawiła iż nie zwróciła nawet uwagi na bezczelnie wpatrującego się w jej ciało sługę. Dopiero słowa Mistrza Cecile ją otrzeźwiły.

„Panie. Wiem, że spraw wiele Pan jest w stanie załatwić. Nikogo innego, lepszego w D’Arvill nie znam. Otrzymałem wieści, że w wieży Point du Mer Diable niejaki Armand opiekuje się rannym. Ma to być Lord D’Arvill. Strzegą go zbrojni. Dwaj mnie odwiedzili po leki. To może być prawda.”

- A więc nie wszystko jeszcze stracone? Nie zważając na to czy prawdą jest ta wiadomość czy nie, jako kobieta wierna rodowi D’Arvill składam przysięge iż nie pozwolę na jego upadek! –
tu wstała najwyraźniej zdenerwowana. Podeszła do okna wpatrując się przez chwilę w widniejącą za nim wieże po chwili odwróciła się zadając kluczowe dla niej teraz pytanie
- Jakie są teraz nasze plany drodzy panowie?
 

Ostatnio edytowane przez Sythriel : 27-09-2010 o 18:23.
Sythriel jest offline  
Stary 27-09-2010, 20:18   #5
 
Komtur's Avatar
 
Bretonia cóż to był za kraj. Rozległe pola, winnice, sady, wszystko zadbane i wypielęgnowane. Tu było cudnie, przynajmniej tak na początku wydawało się Zygfrydowi. W porównaniu ze splugawionym przez najazd chaosu Talabeclandem, czy nawiedzaną przez upiory Sylvanią, Bretonia jawiła mu się niczym raj na ziemi.
"To ma być kara? He, mógłbym tu zostać choćby i sto lat." - rozmyślał młody rycerz, jadąc na swym rumaku przez wioski i spoglądając urodziwe wiejskie dziewki. Podróż jaką odbył ze środka Imperium do ziem rodu D'Arvill, była długa, ale nad wyraz spokojna. Możliwe że wymalowany na tarczy kruk, symbol świątyni której służył, odstraszał potencjalnych przeciwników, a może po prostu miał szczęście, tak czy siak dotarł na wybrzeże nie niepokojony przez nikogo.

Lord Berengar, przyjął Zygfryda życzliwie, choć początkowo łypał na niego krzywym okiem, zwłaszcza po przeczytaniu listu od kawalera D'Artua.
Pierwsze tygodnie zajęło rycerzowi badanie nowego miejsca zamieszkania i istniejących w nim układów, a w szczególności badaniu jędrności pośladków dziewek służebnych i specjałów tutejszej kuchni. Nudę która go czasami nachodziła, zabijał walkami ćwiczebnymi ze zbrojnymi, a także z miejscowymi szlachcicami.

Taka beztroska służba, która go po pewnym czasie zdecydowanie zaczęła nużyć, została nagle przerwana. Lord Berengar zginął lub został uwięziony. Takie wieści obwieścił im mistrz Cecil, czytając testament starego D'Arvill.
"Ha!" - pomyślał Zygfryd, wiedząc że musi wykonać ostatnią wolę zmarłego. Gdyby padło na kogoś innego, pewnie zmyłby się stąd w czasie który uznałby za stosowny, wymuszając wcześniej odpowiednie referencje. Jednak ten wiecznie zarośnięty, blond włosy wojownik, chciał piąć się na szczeble zakonnej kariery. Bóg któremu służył nie był co prawda zbyt wymagający, ale jedno dla niego było ważne, byli to zmarli. Nie było więc wyboru, to był znak od Morra, wypełnić wolę zmarłego.

"Co do cholery?" - pomyślał gdy pierwszy opinię wyraził elf, a później zaraz lady Lucienne, która choć urodziwa za chuda wydawała się Zygfrydowi- "Nie dziwota że ród w kłopoty wpada skoro długouchy i dziewki prym wieść w nim chcą."
Rycerz nie odezwał się nic, do dziedzica należała decyzja co czynić. On tylko radę mógł dać, ale rozumu miał tyle by nie proszony pyska nie otwierać.
 
__________________
"Kto się wcześniej z łóżka zbiera, ten wcześnie umiera" - Mag Rincewind
W orginale -"Early to rise, early to bed, makes a man healthy, wealthy and dead."

Torchbearer dla opornych. Ostatnia edycja 29.05.2017.

Ostatnio edytowane przez Komtur : 27-09-2010 o 22:08. Powód: poprawki stylistyczne
Komtur jest offline  
Stary 27-09-2010, 20:43   #6
 
Azazello's Avatar
 
Mimo że głowa bolała go tego dopołudnia niemiłosiernie, tak że tupot szczurzych nóżek rozlegał się potężnym łoskotem niczym odległa burza albo goblińskie bębny rozbrzmiewające w otchłani, nie mógł nie zauważyć zamieszania jakie wywołało pojawienie się dziesiętnika Luclaca, którego koń wpadł prawie nie zrzucając swego jeźdźca na wewnętrzny dziedziniec zamku, tratując jakiegoś nieostrożnego kupca na podgrodziu.
- Nigdy nie słyszałem bębnów zielonoskórych, ale każdy potulny krasnolud pewnie takie dźwięki miał na myśli – powiedział ni to do owego kupca, ni to do siebie Wielki Mistrz Gildii Szczurołapów - oczywiście jak zawsze incognito – Waldemar de Watt – dlaczego ten głupiec nie odskoczył jak każdy żwawy deratyzator, jeno dał się potrącić jak baba na wiejskiej potańcówce – kontynuował patrząc na zaskoczonego kupca, po czym odwrócił się i ruszył w kierunku zamku. Na ból głowy najlepsza była zupa, której składniki niósł nadziane na kij oparty na ramieniu, a nie kwaszona kapusta, jak imaginował sobie cyrulik, czy zimne piwo, jak przekonywał kowal.

Straż, nawet gdyby w tym momencie nie była zaalarmowania nagłym rwetesem i obecna na stanowiskach, nie próbowałaby zatrzymać śmierdzącego kanałami szczurołapa. Roztaczał on dokoła urok tak znakomity, że każdy w promieniu kilku metrów zapomniał języka w gębie. Waldemarowi nie umknęło oczywiście to, że wyjeżdżając dziesiętnik dowodził drużyną, z której to teraz został jedynie rzeczony dziesiętnik i przede wszystkim to, że nie było z nim Pana Zamku. Co to oznaczało? Dowiedział się już niebawem. Pocięty Luclac zszedł.

- Gdzie jest ten pieprzony Kiciuś? Znowu ugania się za szczurami? Ja mu dam, miał uczy się przyjaźni do gryzoni, ale jest uparty jak osioł! – mruczał do siebie idąc brukowaną uliczką, potrząsając pustymi klatkami, które miał zamiar porozstawiać w zamkowych magazynach, gdzie lubiły przebywać szczury. Drzwi zwykle stawały przed nim otworem, był w końcu Mistrzem Gildii, bez niego całe to miasto zostałoby zalane przez potop szczurów, tak jak stało się to w Hammeln, mieście w Imperium. Każdy szczurołap zna tę opowieść. Rozstawić pułapki, zebrać swoje żniwo, rozsypać trutkę, powybierać małe, futrzane truchła. Dzień jak co dzień. Prawie, śmierć Pana Berengera d’Arvill to była szansa dla niego i Kiciusia, by zaistnieć na dworze. W tym celu musiał pierw zwielokrotnić ilość szczurów w okolicy zamku.
- Moje talenty zostaną zauważone, a Gildia osiągnie niebywałą pozycję!! – niemal krzyczał, tak że szczury rozbiegały się, nawet te, które początkowo wydawały się martwe. Widać leżały tylko z przejedzenia, a to był znak, że alchemik pomylił coś w składnikach trutki. Mam nadzieję, że zupa mnie nie otruje przez to, że przyprawa tak smakuje tym małym chujkom. Uerzał swoim kosturem dokoła wzbijając tumany kurzu, lub mąki, lub kaszy - w zależności w co trafiał.

Kiedy schodził do kanału dziękował za swoje bardzo wysokie skórzane buty. Przeciskając się przez zdjętą kratownicę prawie zgubił swój żółty ongiś szpiczasty kapelusz. Był on niegdyś żółty, podobnie jak onegdaj kubrak był czerwony, a galoty zielone. Zarówno ongiś, onegdaj jak i niegdyś były albo bardzo dawno, albo cierpiały na poważny daltonizm. Taaa, daltonizm, na to nawet cyrulik z alchemikiem nie pomogą, tylko zupka. Mniam!
 
Azazello jest offline  
Stary 27-09-2010, 21:04   #7
Banned
 
Dzień zaczął się kaprawo i nic nie wskazywało na to, że będzie lepszy. Szlag jasny w zasadzie by to wszystko trafił. Stara zasada, że jak coś ma być zrobione dobrze to trzeba to zrobić samemu, znów się potwierdziła. Szkoda było się denerwować, po zruganiu Malkolma, zapłaceniu kapitanowi krypy o wdzięcznej nazwie "Perła Południa" za milczenie oraz zastanowieniu się komu i ile trzeba będzie zapłacić za to, żeby to wszystko odkręcić. Młokos wsiadł na konia i stracił się z portu. Kilkanaście minut później - niby całkiem przypadkiem - wpadł do siedziby straży. Wizyta jak zwykle była owocna. Kapitan przyjął Młokosa w swoim pokoju i zaczął bez ceregieli:

- Zakładam, że idzie o wino?
- Wino byłoby doskonałe - odparł mężczyzna uświadamiając sobie, że straż jeszcze nie wie co jest w beczkach i skrzyniach - ja słyszałem, że tam tylko jakieś ciuchy... Ale mogę pomóc... w każdej kwestii.
- Jak zwykle... - wstał i wyjrzał z okna - Ej, Ruben! Weź mi te wozy ze środka placu ćwiczebnego do cholery! Upchnij to gdzieś, trzeba to będzie spisać, obejrzeć, przewieźć do spichlerza...
- Dobra, dobra... Zawołaj no... - padło z zewnątrz.
- Ale niech to zniknie do południa - mężczyzna zamknął okiennicę i odwrócił się od okna. - Beczkę wina mógłbyś zgubić po drodze...
- Jasne. Uszanowanie dla małżonki. - uśmiechnął się wstając.


Młokos ukłonił się lekko i wyszedł. W pewnych kręgach wiadomo było, że kapitan Ligen ma słabość do kobiet, a z drugiej strony wszystko począwszy od pozycji skończywszy na majątku zawdzięcza żonie - zazdrosnej purchawie. To dawało pole do popisu, zwłaszcza jak stosowało się niedopowiedzenia. Podobnie jak pole do popisu dawała karczma poza miastem... Od jakiegoś czasu Młokos pomagał straży w pozbywaniu się niewygodnych towarów. Układ miał być korzystny dla obu stron i w pewien sposób był. Straż nie miała roboty, a Młokos miał towar. To, że czasami był to jego własny towar było mało istotne. I tak się opłacało.

Na korytarzu mężczyzna zauważył jednego z kończących służbę strażników:
- Dzień dobry - wycedził przez zęby na pustym korytarzu.
- Ja... ale to nie moja wina... Statek przypłynął za późno i...
- Stul pysk. Policzymy się później...


*****


Prowadzenie interesu wymagało rozlicznych znajomości i kontaktów. A kontakty najlepiej nawiązywało się w centrum miasta, w sklepie z artykułami luksusowymi.


Taki sklep znajdował się tuż przy miejskim rynku w najznamienitszej okolicy. I był to drugi z oficjalnych interesów Młokosa. Początkowo wielu nie wróżyło mu długiej kariery w tym miejscu, bo jak mówiono: "Co taki karczmarzyna może wiedzieć o handlu?" Sklep jednak istniał, rozwijał się i karczmarzyna został oficjalnie wliczony w "znaczniejszych kupców" miasta. Oczywiście jak ognia unikano słowa "mieszczanin" w odniesieniu do Młokosa, ale jemu samemu to nie przeszkadzało, nie pojawiał się zresztą w mieście zbyt często, a przynajmniej nie oficjalnie. Wszyscy byli szczęśliwi.

Teraz też szybko przeszedł przez sklep, wszedł na drugie piętro kamienicy i zniknął w jednym z pokojów. Jagna miała dryg do prowadzenia takiego sklepu. Znała się na modzie i potrafiła utrzymać kontakt z klientem, odpowiednio połechtać ludzką próżność... Przy okazji potrafiła załatwiać wiele różnych spraw, niekoniecznie związanych z samym sklepem. Tym razem również rozmawiali tylko kilka minut. Ustalili szczegóły i Młokos zostawił na głowie Jagny całą sprawę odebrania towaru od Straży... oraz dostarczenia beczki wina, byle nie tego z przemytu, ale jakiegoś gorszego i jakiejś kiecki, aby źle nie wyglądało, do domu kapitana.


*****


Trzeba było załatwić jeszcze z dwie rzeczy i jakby na to nie spojrzeć zrobiło się późno. Znaczy się koło drugiej... Kilkanaście minut później był w "Zajeździe pod Złotą Monetą". Zajazd był słusznych rozmiarów, aby nie powiedzieć, że ogromnych. Częściowo usytuowany w wodzie stanowił fortecę, która mogła przez dłuższy czas opierać się atakom. Oczywiście pod warunkiem posiadania odpowiednich zapasów...




Zajazd znajdował się poza miastem, w odległości połowy dnia drogi, konno - jak dobrze się popędziło - trochę ponad godziny. Było to na tyle daleko od miasta, aby straży nie chciało się zaglądać za często, a jednocześnie na tyle blisko, żeby być w centrum zdarzeń wszelakich. Odosobnienie przybytku tłumaczyło również kilka nietypowych rzeczy: posiadanie własnych zbrojnych, sokolnika, łowczego i rzemieślników mogących w razie czego służyć pomocą bez konieczności fatygowania kogoś z zewnątrz. Wielu się to nie podobało i często podnoszono kwestię "Zamku pod Złotą Monetą"... Czasy jednak były nieszczególne i bronić się jakoś było trzeba. Mieszczanie też woleli samowystarczalny zamek, niż wysupłanie pieniędzy z miejskiej kasy na ochronę karczmy przez Straż miejską... Miasto zresztą zyskiwało konkretną ochronę przed zbójcami, a przynajmniej na to wyglądało.

Młokos zeskoczył z konia i rzucił cugle jednemu z chłopców stajennych. Jeszcze na dworze został zaczepiony przez Artana.



- Milordzie... - dowódca zbrojnych był kilka lat starszy od Młokosa, ale z upodobaniem zwracał się do niego jak do starszego i wyżej urodzonego. Znali się jednak za długo i zbyt dobrze, aby zwracać uwagę na tę ironię.
- Idiota... Coś się dzieje?
- Nie, nic. Poza tym, że kilka osób prosi o posłuchanie milordzie...
- Nie ma mnie. Dla nikogo. Towar przyjedzie wieczorem, razem z resztą zaopatrzenia, bo były małe problemy...
- A, pojawiło się jeszcze trzech najemników i zażądali najlepszego jadła, napitku i pokoju. Już mieli ich wywalić, jak okazało się, że mają sporo ludwików... Więc potraktowano ich standardowo i są w pokoju 23. Pewnie są już nieźle spici...
- Interesujące... To idę posłuchać. Niech ktoś mi przyniesie jakieś żarcie na koszt pokoju 23.

*****


Wcinając kaczkę w ziołach i popijając dobrym winem Młokos usłyszał całkiem ciekawą historyjkę. Mogła być prawdziwa... Po pierwsze tłumaczyłaby skąd takie mendy miały tyle pieniędzy, po drugie - byli zbytnimi baranami, aby taka historyjkę wymyślić... W pokoju zaczynały się już pochrapywania, a umysł Młokosa zaczynał opracowywać koncepcję... zarobienia na całej sytuacji.
Cholera, tylko jak? Z jednej strony skoro Du'Ponte miał w garści D’Arvilla to... po pierwsze na zamku D’Arvilla musiało być ciekawie. Po drugie - istniała szansa, że D’Arvill jeszcze żyje. Słabo, bo słabo, ale żyje. Przynajmniej Młokos zostawił by sobie przy życiu swego odwiecznego wroga, aby trochę go pomęczyć... Odbicie D’Arvilla nie wchodziło w grę, przynajmniej nie zaraz i nie teraz. Jednak to, że Du'Ponte zasadzał się na kolektora... To była jakaś opcja... Złupić złodzieja... Wyprawa wojenna również była bardzo zła dla biznesu... Przynajmniej tego oficjalnego... Cholera. Chociaż...


Różne myśli chodziły po głowie Młokosa, kiedy pisał:

Cytat:
Najemników wyszkolonych, profesji wszelakich, a na walkę gotowych za godziwą zapłatę najmę.
Kazał to wywiesić w okolicznych karczmach i tych lepszych i tych gorszych... I rozpuścić wici... Trzeba było jeszcze dowiedzieć się kilku rzeczy... I udać na zamek sprawdzić, czy D'Arvilla faktycznie nie ma.

D'Arvill nawet jeżeli nie był ranny przy pojmaniu, to zapewne odniósł obrażenia jak dostał się w łapy Du'Ponte'a. Lekarstwa... "Oczywiście baranie!" - pomyślał i wyjrzał na dziedziniec.


- Jakub! Jakub, cholero jedna! - Chłopak odwrócił się gwałtownie puszczając kurę. - Do mnie!
Chwilę później wcisnął chłopakowi kilka ludwików i kontynuował:
- Weź konia i błyskiem obskocz wszystkich cyrulików, zielarzy, herbarzy i szarlatanów. Chcę wiedzieć czy ktoś wczoraj lub dzisiaj sprzedał leki potrzebne do leczenia rannego... Rozumiesz?
- Tak jest. Wziąć konia i rozpytać o leki dla leczenia rannego.
 
Aschaar jest offline  
Stary 27-09-2010, 23:53   #8
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Peter odsunął od siebie księgę, nad którą siedział od paru godzin i rozejrzał się dokoła.
Komnatka w której siedział nie była zbyt wielka. Kamienne ściany, od których wiało chłodem, dopóki nie przyniesiono paru kobierców. I nie zatkano paru dziur, przez które wiatr swobodnie wdzierał się do wnętrza.
Cóż... Nie wiedzieć czemu Berenger d’Arvill uważał, że siedziba maga powinna się mieścić w wieży. Nawet jeśli mag jest najzwyklejszym na świecie uczniem czarodzieja. Dlatego też zaraz po przyjeździe Peter wylądował w wieży zwanej Mniejszą. Można by powiedzieć, że niemal na szczycie owej wieży. Co prócz paru zalet miało kilka wad.
Na przykład odległość od jadalni...

Peter nie narzekał.
Błędne mniemanie na temat magów to nic dziwnego, nie tylko w Bretonii. Peterowi to nie przeszkadzało, dopóki owe błędne mniemanie nie powodowało objawów wrogości. A tu miał ciszę, spokój, własny, dość przyjemny kąt, świece na każde życzenie, jadła pod dostatkiem, trunków również.
A mogłoby być inaczej. W końcu kim był dla d'Avrilla? Bardzo dalekim krewnym. Dziesiąta woda po kisielu, jak to określano obrazowo, acz nie do końca dokładnie, gdyby ktoś chciał zagłębiać się w prawa natury.

Stukanie do drzwi, niezbyt natarczywe, przerwało rozmyślania.
- Proszę! - powiedział Peter.
Jaen, młodziutki pacholik, ostrożnie wsunął głowę, nawyraźniej nie do końca ufając takiemu dziwnemu stworzeniu jak mag.
- Panicz prosi o zejście na dół. I o przybycie do mistrza Cecile'a.

Gdy szedł na spotkanie nie sądził, by był jakikolwiek powód, by pismo Berengera d'Arvill dotyczyło go w jakimkolwiek stopniu. Wszak nie mógł nic dziedziczyć. Szybko się okazało, że był w błędzie.
Oczywiście mógłby się odwrócić na pięcie i wyjechać czym prędzej. Jednak gdyby to zrobił... Wdzięczność za udzielenie dachu nad głową nie miała tu nic do czynienia. Więzy krwi obowiązywały. Nie byłby synem swego ojca, gdyby teraz zostawił młodego Malcolma samego.
Oczywiście nie zamierzał składać żadnej przysięgi. Na to nie pozwalały mu inne zobowiązania. W każdej chwili mógł dostać wezwanie do powrotu. Ale dopóki to nie nastąpiło, powinien pomagać swemu kuzynowi. Dalekiemu, ale zawsze.

Kolejne pismo rozbudziło ciekawość Petera.
Wyprawa? Taka, o jakiej mówiły opowieści bardów?
Jeśli go poproszą, to nie odmówi.
Ale nikt go nie poprosi... Jego umiejętności magiczne były - delikatnie mówiąc - niewielkie. Umiejętności walki - niewiele większe.
Nie było szans, by ktoś zechciał zabrać go z sobą.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 27-09-2010 o 23:57.
Kerm jest offline  
Stary 28-09-2010, 01:07   #9
 
Miaucur-Dymek's Avatar
 
Otto był, delikatnie mówiąc, zaskoczony. On, zwykły służący zaproszony do mistrze Cecile? Czyżby rzeczywiście był dla rodu D'Arvill kimś więcej niż tylko służbą? Co prawda wolałby żeby jego pan nie zginął, ale Bractwo było dla niego szansą, szansą zostania kimś więcej, zapisania się w historii! Może zdoła wybić się i zabłysnąć umiejętnościami walki? Z chęcią zasiekłby psubratów Du'Ponte. Jak mieli czelność próbować zabić Berengera i ostrzyć zęby na D'arvill? On im pokaże, razem z Bractwem uwolnią jego pana i pod jego wodza pokonają Du'Ponte.
Co prawda bardzo bał się że zostanie wyśmiany, że ktoś tak lichy jak on w obecności wielkich mężów waży się zabierać głos, ale wzbierające w nim emocje zmusiły go do zakrzyknięcia:
-Drodzy Bracia, i oczywiście Siostry, mam nadzieję że każdy z was zamierza z gorliwością wypełnić wolę Berengera! Skończmy próżne gadanie! Zgotujmy Du'Ponte gorące powitanie, lecz niech mała grupa co żywo przekradnie się i uwolni szlachetnego człeka z rodu D'Arvill z ich szponów!
 
Miaucur-Dymek jest offline  
Stary 28-09-2010, 08:43   #10
 
Akwus's Avatar
 
Frank Kress

~ Bić się lepiej w dużej kupie a pić w małej ~ kołatało się frankowi po głowie gdy patrzył na stłoczoną w izbie mistrza Cecile zbieraninę. Problem w tym, że nie do końca umiał określić, czy przyjdzie mu z nimi bić się, czy pić.
Kapitan Frank Kres był całą duszą wojskowym, wychowany niemal od małego w siodle przy boku ojca starego wiarusa w naturalny sposób wszedł na służbę u D'Arvillów poza nią właściwie był nikim, bez majątku, bez znajomości, odziedziczony po przodkach tytuł szlachecki był właściwie jedynym co posiadał a i to przez co mniej przychylnych poddawane było w wątpliwość.

Gdyby powiedzieć, ze Berengar był mu jakkolwiek przychylny musielibyśmy dokonać znaczącego nadużycia. Piastowane stanowisko zawdzięczał bardziej przypadkowi no i może małej pomocy zamkowego kamerdynera, który w odpowiednim momencie podsunął komu trzeba jego aplikację. Pasmo kłopotów związanych z funkcją coraz bardziej skłaniały go jednak do rezygnacji. Wraz ze śmiercią sir D'Arvilla niknął co prawda jeden z głównych problemów, lecz nadal nie rozwiązywało to pozostałych. Frank bawiąc się w dłoniach kapeluszem rozważał jaki efekt przyniesie jeśli za chwilę wstanie i podziękuje wszystkim za wspólna przygodę. Miał dość, po prostu miał dość i wolał poszukać miejsce gdzie będzie w pełni akceptowany a nie stale ktoś wypominać mu będzie jego dyskusyjne pochodzenie czy inne braki.

Przez kilka chwil szukał spojrzeniem wzroku Tupika, w stosunku do którego rezygnując z udziału w Bractwie czułby się najbardziej winny. Wiedział, że w jakiś sposób zawiedzie tym zaufanie kamerdynera, który jako jedna z niewielu osób okazała mu tyle wsparcia. Nie zwykł jednak robić nic wbrew sobie, a dalsza służba dla rodu D'Arvill byłaby właśnie takim działaniem.
W końcu udało mu się skupić na sobie wzrok niziołka, przez chwilę patrzyli sobie głęboko w oczy starając się wzajemnie przekazać co Frank zrobić zamierzał a Tupik o tych zamiarach myślał. Ledwo zauważalne kręcenie głową było na tyle wymowne, że Kressowi zrobiło się wręcz głupio podjętej już decyzji.~ Nigdy nie zmieniaj przemyślanego planu pod wpływem jednej emocji ~ Szumiała mu w głowie myśl ojca, której zamierzał być wiernym.

Nabrał powietrza w płuca i sprężyście podniósł się z fotela gotów odrzucić to, co dla wielu z tu zebranych było prawdziwym darem od bogów. Wstał z otwartymi ustami, dokładnie w momencie gdy Lady Lucienne odezwała się po raz pierwszy.
- A więc nie wszystko jeszcze stracone? Nie zważając na to czy prawdą jest ta wiadomość czy nie, jako kobieta wierna rodowi D’Arvill składam przysięgę iż nie pozwolę na jego upadek!
Odwróciła się pełna gracji i magicznego wręcz wdzięku, a Frankowi serce stanęło niemal z wrażenia. Nadal z półotwartymi ustami odprowadził ją wzrokiem do okna i trwałby tak wpatrzony w swoja boginię, gdyby nie fakt, że ta którą od tak dawna wielbił odwrócił się i nie zadała tak brzemienne dla nich w skutki pytania.
- Jakie są teraz nasze plany drodzy panowie?
Gdy wypowiadała każde słowo Frank miał wrażenie, że mówi wprost do niego, że oczekuje deklaracji od rycerza, który może stać się rycerzem jej serca. Bez namysłu podszedł do niej u ukląkł na jedno kolano - Pani, powiedziałaś to co każdy z zebranych tu mężów powiedzieć powinien już dawno, składam hołd twojej odwadze ustępującej jedynie twej urodzie. Biorę sobie również Was tu zebranych za świadków - to mówiąc wyprostował się odwracając do reszty zebranych - że prędzej zemrę niż pozwolę aby nasz podły wróg postawił na zamku choć jedną nogę!

Gdzieś w drugim końcu sali Tupik lekko prychnął słuchając słów porywu serca Kapitana, elf wzruszył beznamiętnie ramionami a cała reszta zaczęła spoglądać po sobie czekając na kolejne deklaracje, które już po chwili zaczęły się posypywać jedna za drugą ze służącym Otto na czele...
 

Ostatnio edytowane przez Akwus : 28-09-2010 o 14:22.
Akwus jest offline  
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 01:04.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172